fot. amanda souza

Jakoś tuż po Bożym Narodzeniu, pewnie na skutek standardowego wówczas stanu przejedzenia, zapałaliśmy (mój nieoceniony wikariusz i ja) ochotą na żur. Sięgnąłem więc po bonclok i przygotowałem zakwas. Dla niewtajemniczonych: bonclok to kamionkowe naczynie zazwyczaj w formie garnka z jednym lub dwoma uchami. Na Śląsku bonclok używany jest do przyrządzania wszystkiego, co się kisi. Czyli na przykład do domowej kiszonej kapusty albo właśnie żuru. Naczynie to zatem cenne, przechowywane pieczołowicie i czasem przekazywane przez pokolenia. Jako dziecko przez pewien czas otaczałem boncloki czcią wręcz bałwochwalczą. Dlaczego? To nieco dłuższa historia, ale postaram się ją sprawnie opowiedzieć.

Otóż miałem jakieś cztery, pięć lat, kiedy powierzona mi została w domu pierwsza dorosła misja. Dostałem bodaj pięć złotych i słoik z zadaniem przyniesienia żuru. Oznaczało to wyprawę do domu oddalonego o jakieś trzysta metrów od naszego, gdzie mieszkała nosząca się „po chopsku” (czyli chodząca na co dzień w tradycyjnym śląskim stroju, z chustką, zapaską itd.) kobieta, która kisiła żur dla całej okolicy. Była połowa lat siedemdziesiątych. Żuru ani mąki na żurek nie było w sklepach. Owa kobieta miała wtyki na wsi, które zapewniały regularne dostawy mąki i czosnku. Nie miałem wtedy rzecz jasna pojęcia o zawiłościach globalnej polityki, dzięki którym moja misja była konieczna – w niczym jednak nie odbierało to jej wagi.

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się