fot. andreas-brun

Kiedy Maciej przyjeżdżał do Rzymu, dzwonił do mnie, żeby się umówić na kolację. Miał do załatwienia sporo spraw, mnóstwo spotkań i rozmów, z których najważniejsze były te z Janem Pawłem II, ale zawsze znajdował czas, żeby usiąść i pogadać ze swoim młodszym bratem w zakonie, a w tamtym czasie także z podwładnym – był przecież prowincjałem polskich dominikanów. Jego wierność w przyjaźni ogromnie mnie ujmowała.

Zwykle spotykaliśmy się na placu Świętego Piotra i szliśmy do jakiejś ustronnej trattorii. Pewnego wrześniowego wieczoru 1999 roku, kiedy dotarłem na miejsce, plac był wypełniony ludźmi, a z daleka, na schodach bazyliki, dostrzegłem białą postać papieża w otoczeniu biskupów i kardynałów. – Co się dzieje? – spytałem podchodząc do grupki gapiów. – To pan nie wie? Dziś inauguracja odremontowanej fasady bazyliki! Wstyd powiedzieć, nie wiedziałem i zacząłem się martwić, jak się odnajdziemy z Maciejem w tym tłumie. Zaraz jednak zapomniałem o zmartwieniach, bo zupełnie pochłonął mnie spektakl, jakiego nie zdarzyło mi się oglądać nigdy w życiu. Nad placem popłynęło Te Deum Charpentiera w znakomitym wykonaniu chóru i orkiestry Santa Cecilia, a ciemne niebo zakwitło światłami sztucznych ogni. Kaskady iskier różnych kolorów i kształtów, złote rozety płomienistych słońc na tle kamiennych kolumn, barwne pióropusze otaczające kopułę Świętego Piotra i muzyka, muzyka! Kiedy po wszystkim Maciej mnie odnalazł, byłem w stan

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się