fot. Artur Pawłowski

Spotkanie pierwsze

To było w 2002 roku podczas organizowanej przez Instytut Tertio Millennio „Szkoły Zimowej”, czyli kilkudniowego seminarium dotyczącego katolickiej nauki społecznej. Rzucały się w oczy jego czerwone sznurówki przy wielkich, górskich butach. Wkładał je wieczorem, gdy już bez habitu rozmawiał z nami w luźnej atmosferze, schodząc z piedestału wielkości. Dawał wtedy sygnał, że w tym momencie nie jest prowincjałem dominikanów, przyjacielem papieża i intelektualistą, tylko jednym z nas siedzących przy stole. Rozmawialiśmy o wszystkim. Raz zadając osobiste pytania dotyczące wiary, innym razem intelektualnie pojedynkując się o politykę i filozofię. On był urodzonym dyskutantem. Genialnie posługiwał się ironią i sarkazmem. Przegrać z nim – to jedno, być wyśmianym przez kumpli – to już zupełnie inna sprawa.

To wszystko jednak budowało więź, którą można porównać do relacji z własnym ojcem. Była w niej bliskość i dystans, naturalność i szacunek, czułość i szorstkość. Do „Ziębola”, bo tak o nim zdrobniale mówiliśmy, szło się pogadać o sprawach sercowych, kłócić o podatek liniowy, rozmawiać o znaczeniu Soboru Watykańskiego Drugiego. Graliśmy z nim w paintball i chodziliśmy do niego do spowiedzi. Dyskusje z nim to było nieustanne podróżowanie między epokami i kontekstami. Był genialnym historykiem idei. Nie dlatego, że stworzył jakiś system, ale dlatego, że dawał poczucie, iż nasze życie w historii ma sens.

Z tamtych pierwszych spotkań zapamiętałem jeszcze jedno: do dziś widzę jego pochyloną nad hostią sylwetkę w momencie przemienienia. To było niezwykłe. Był pierwsz

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się