Nie jestem godzien
fot. mahdi soheili / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Twarze i imiona

0 votes
Wyczyść

Gdyby mi pozwolono, wówczas podszedłbym do stołu Pana na najwcześniejszej z porannych mszy, w najmniejszym z okolicznych kościołów. Wszak rozumiem wrażliwość tych, których moje życiowe decyzje zgorszyły, a może i skrzywdziły.

Nigdy nie byłem godzien, abyś przyszedł do mnie. Nigdy nie będę, a nade wszystko nie jestem. Dałeś mi godność, ale pomimo to nie byłem nigdy godny, abyś do mnie przyszedł. Także, a może zwłaszcza wtedy, gdy… przychodziłeś.

Zawsze lubiłem tego setnika, za którym od wieków powtarzamy: „Panie, nie jestem godzien”. Nauczył mnie tych słów stary ksiądz prefekt na katechezie w drugiej klasie podstawówki, uczyła matka. Chyba je rozumiałem i chyba rozumiem.

Wielu rzuca mi dziś z mocą w twarz to, co sam dobrze wiem. Że nie jestem godzien przystępowania do komunii świętej, gdyż jestem rozwodnikiem i żyję w nowym związku. Nie pytałem ich, co o mnie myślą. Nikogo nie pytałem. Nie na moje pytanie odpowiadają, mówiąc, że nie jestem godny. Odpowiadają papieżowi, który, wśród wielu pytań zadanych wiernym, a zwłaszcza biskupom, poprosił również, by mu powiedzieli, co myślą o mnie… Czy tacy jak ja są godni przystępować do stołu Pana?

Jesienią 2014 roku spora grupa ludzi, w większości starszych ode mnie, a ja już młody nie jestem, zebrała się w Rzymie, by rozmawiać o tym, czy jestem godzien. Odebrałem to spotkanie jako coś niezasłużonego, coś, o co nie ośmieliłbym się nigdy prosić, a co – przez fakt, że się stało – jest dla mnie szczególnym znakiem przynależności do Kościoła. Skoro są tacy, którzy – mimo że zgrzeszyłem – spotkali się, by rozmawiać o mojej sytuacji, okazali troskę o mnie, dostrzegli mój problem, choć im o tym nie mówiłem, choć o nic ich nie prosiłem… Że też im się chciało…

Niedawno w moim parafialnym kościele w modlitwie powszechnej padło wezwanie, by ogarnąć nią również takich jak ja. Mój biskup, który skrytykował ostro idee płynące z rzymskiego synodu, rozesłał list na mój temat i też potraktował mnie jak duszpasterz.

Rozstałem się z moją żoną. Nie zamierzam o tym opowiadać. Nic nikomu do tego, jak nam było ze sobą, co każde z nas zrobiło, że naszego małżeństwa nie ma, co uczyniliśmy, by je ratować, a co zaniedbaliśmy. To nasza porażka i nasza tajemnica, ale przecież nie przed Nim. Wiem, rzecz jasna, że złamałem ważną regułę, zgrzeszyłem. Rozważałem moje rozstanie z żoną i związanie z kobietą, z którą żyję. Nie chwalę się rozwodem. Nie znalazłem innej drogi dla niej, dla siebie, dla dzieci. Dziś, po latach, bardziej nawet niż wtedy, uważam, że innej drogi nie było.

W ciszy i bez ostentacji kocham swoją kobietę i pragnę być z nią do końca. Każdej niedzieli idziemy do kościoła i wypowiadamy te słowa: „Panie, nie jestem godzien”. Od kiedy jesteśmy razem, stały się one może najważniejszymi spośród wypowiadanych podczas mszy świętych. Każdego razu po tych czterech słowach milknę, bo nie mam odwagi mówić, że wystarczy przecież jedno boskie słowo, by dusza moja była uzdrowiona. Wiem jednak, że nie jestem godzien, aby przyszedł do mnie. Pozostajemy na kolanach, patrząc na idących do komunii i wracających od stołu Pana i dziękujemy Mu, że pozwolił nam znów przyjść do świątyni, by podziękować za dobra, które z Jego przyczyny stały się naszym udziałem w ostatnim tygodniu.

Ani razu nie ośmieliłem się po rozwodzie i związaniu się z moją kobietą prosić Boga o możliwość przystąpienia do komunii. W głębi duszy myślę, że tradycyjnemu stanowisku Kościoła trudno odmówić racji w podkreślaniu świętości i nierozerwalności małżeństwa, aż po sankcję zakazu przyjmowania Najświętszego Sakramentu przez żyjących w nowych związkach. Gdybym jednak mógł dostąpić swej drugiej pierwszej komunii… po tych kilku latach… Myślę, że łatwiej byłoby mi być lepszym, a bardzo bym chciał. Miałbym więcej sił, by o to się starać.

Gdyby Kościół dopuścił mnie do przyjmowania Eucharystii, nie byłbym tego godzien bardziej niż niegdyś. Gdyby mi pozwolono, wówczas podszedłbym do stołu Pana na najwcześniejszej z porannych mszy, w najmniejszym z okolicznych kościołów. Wszak rozumiem wrażliwość tych, których moje życiowe decyzje zgorszyły, a może i skrzywdziły.

Widzę też i słyszę wielu spowinowaconych duchowo ze starszym bratem powracającego z daleka syna marnotrawnego, którzy mają dziś problem… Nie tyle ze mną, co z tymi, którzy rozważają, czy należy dopuścić mnie do komunii świętej. Za podniesienie tego tematu i propozycję rozmowy o tym prawie ich potępiają, czasem próbują wyśmiać.

Nie chcę nikogo prosić, no, chyba że Jego. Nie chcę nikogo gorszyć, zwłaszcza tych, którzy są pewni tego, że nie jestem godzien. Nie zamierzam jednak również udawać, że debata przetaczająca się przez mój Kościół nie jest dla mnie ważna, że nie czekam w skupieniu na jej wynik.

Od jakiegoś czasu mocniej niż zwykle wypowiadam słowa, które padają podczas mszy świętej kilka minut przed „Panie, nie jestem godzien”… Gdy spór o mnie wiodą wielcy adwersarze mym losem przejęci lub też nim zgorszeni, ja stoję w sieni mojego Kościoła i patrząc na ołtarz, mówię: „Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi”.

Nie jestem godzien
M.

rozwiedziony....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze