Kto ma miękkie serce?

Kto ma miękkie serce?

Siedzieli od pięciu minut przy herbacie. Bez słowa. Wanda tylko wzdychała.
– Co ci jest? – odezwał się w końcu.
– Nic, niedługo umrę – powiedziała ze spokojem. Spojrzała na rozjaśnioną nagle tym wyznaniem twarz męża.
– Widzę, że cię to cieszy.
– Tak, kochanie, bo ilekroć mówisz o śmierci, wraca ci dobry humor – Bernard cmoknął i posłał w kierunku żony czuły pocałunek, przykładając rękę do ust.
– Zobaczysz, że pewnego dnia naprawdę umrę – pokiwała głową.
– Kochanie, pewnego dnia to nawet nasz proboszcz umrze.
– Coraz gorzej widzę – powiedziała, nie zwracając uwagi na żarty męża.
– Najzgodniejsze małżeństwo, gdy mąż głuchy, a żona ślepa – zachichotał.
– Żeby Pan Bóg ci dał tyle talentów do roboty, co do tego ględzenia.

Groser zamknął oczy. Przeciągnął się, wydając rozkoszny pomruk. Po chwili wstał od komputera. Od paru dni siedział nad tomem opowiadań Kazania dla teściowej księdza. Tytuł, wbrew pozorom, nie był żartem. Książka opowiadała o księdzu, który musiał wstąpić do „stanu portkowego”. Odtąd ma, jak każdy normalny małżonek, teściową, a jednocześnie pozostanie księdzem – na wieczność. Wacław tłumaczył to ostatnio pewnej bardzo pobożnej znajomej, która komentując doniesienie prasowe, że ksiądz napadł na bank, stwierdziła: „Ta gazeta jest tak wredna, że oczywiście zapomniała napisać: »Były ksiądz«…”.

Spojrzał przez okno. Zima. Coś nierealnego – od dwóch miesięcy mróz i śnieg. Przez ostatnie lata zimy przypominały jesień, czasem wiosnę. Nawet rośliny głupiały, puszczając dwukrotnie listki. A tu, proszę, zima jak za czasów jego dzieciństwa. Przypomniał sobie ojca – zaklinacza wiosny. Był luty, a ojciec w swojej małej szklarni przylepionej do domku w ogrodzie wyczarowywał wiosnę. W ziemi rozprowadzone były druty z prądem. W powietrzu wilgoć. Pachniało tropikiem, torfem i świeżymi listkami. Stanął mu przed oczami obraz ojca, który pali w kozie. Wlewa do garnka na wpół zamarzniętą zupę fasolową. Po chwili unosi się para, a on pociera zgrabiałe ręce, jakby z tego pocierania miał wykrzesać ogień. Pociąga nosem… Wacław uśmiechnął się. Zapach ojca.

Jedzie dziś do odległego o prawie sto kilometrów Mochaczewa odprawić wieczorną mszę w zastępstwie swego przyjaciela Mariusza Zawiszy, który został zaproszony na srebrny jubileusz małżeński. Grosera czeka wyprawa pociągiem, nie dorobił się prawa jazdy. A może to i lepiej, i tak wszędzie ostrzegali, by nie ruszać się samochodem.

Dotarł na dworzec przed dwunastą. Tłum ludzi wpatrywał się w tablicę odjazdów i przyjazdów z podnieceniem, jakby transmitowano finał mistrzostw świata w piłce nożnej. Jego pociąg miał 120 minut opóźnienia, ale z komentarzy szybko wywnioskował, że są to tylko chwilowe proroctwa. Może 120, a może 300 minut? A może w ogóle odwołają? Poszedł do informacji. Przed nim stała kobieta, która wyłożyła przed okienkiem dwie legitymacje PKP uprawniające do zniżkowego biletu. Nachyliła twarz do dziury w szybie, eksponując jednocześnie swoje wypukłości.
– Kochanieńka, do Miałów… Nie ma bezpośredniego? Gdzie? W Trzmielu? To jak długo będę czekać? Godzinę?…
Z okienka padały informację, które wprowadzały kobietę w osłupienie.
– A nie, to w ogóle rezygnuję – odparła po dłuższym namyśle. Zgarnęła legitymacje i już miała odejść. Groser postąpił krok naprzód. Wtedy zawróciła. – A nie, wie pani, jednak gdyby była pani tak dobra i sprawdziła mi to połączenie o czternastej. Tak, tym osobowym. To o ile będę później na miejscu?

Groser znużony dialogiem kobiety zapatrzył się na jej wysunięty zadek. Przypomniał mu się klerycki obóz w Tatrach. Na ognisku gościł u nich prymas Wyszyński. Atmosfera była nadzwyczaj radosna. Prymas sypał dowcipami, anegdotami. Opowiedział im, jak to przed wojną zwiedzał ze swoim kolegą Rzym. Chcieli się dostać na jakiś ważny punkt widokowy, ale prowadziła tam tylko drabina, na której stała niezwykle korpulentna niewiasta. Stefan Wyszyński krzyknął do kolegi: „Chodź, bo zanim ta z tą grubą de wejdzie, to my pół Rzymu zwiedzimy”. Kobieta obejrzała się i mówi: „Proszę bardzo, niech ksiądz wejdzie pierwszy”. Wyszyński myślał, że spłonie. Zaczął przepraszać. Z tego wstydu wyniósł naukę na całe życie. „Pamiętajcie kochani – mówił do kleryków – gdybyście byli w Australii, Afryce, gdziekolwiek, nigdy nie mówcie w ten sposób o człowieku, a już zwłaszcza o kobiecie”. Groser patrzył rozczulony na imponującą ekspozycję kobiety i uczył się cierpliwości. Poczuł do niej głęboką wdzięczność, nie tylko dlatego że przypomniała mu umoralniającą lekcję Prymasa Tysiąclecia, ale także dlatego, że przyszedł mu nagle pomysł na nowe opowiadanie do Kazań dla teściowej księdza.

Stojący za Groserem mężczyzna zawarczał zniecierpliwiony.
– O siedemnastej? – kontynuowała swe rozważania pani od przesiadek. – To może wezmę… Chyba że jeszcze by mi pani sprawdziła ten o ósmej… Nie zatrzymuje się w Trzmielu? Dwie przesiadki? A pani, co by mi radziła?
Mężczyzna za Groserem jęknął.
– Jasna cholera… to nie poradnia, tylko informacja.
Kobieta była całkowicie głucha na jego jęki.
– Dobrze, to niech mi pani zmieni te bilety.
– Jezu kochany, ja k… te babe zabiję – mężczyzna był już na krawędzi. Spojrzał na Grosera, biorąc go na świadka, że jest niewinny swoim morderczym porywom.
Groser uśmiechnął się pojednawczo. Mężczyzna musiał to poczytać jako wyraz solidarności albo przeciwnie, ten uśmiechnięty spokój go rozjuszył.
– Panie, weź opierdol te babę.
Groser uśmiechnął się po raz wtóry.
– Nie umiem… – wyznał, budząc zdziwienie na twarzy Wścieklicy. – Jestem księdzem.
Chłop na chwilę zaniemówił. Po sekundzie jednak odzyskał rezon. Wychylił się przed Grosera.
– Pani, pospiesz się, tu ksiądz czeka za panią…
Kobieta wreszcie zareagowała.
– A co to jakaś święta krowa? – nieoczekiwanie ujawniła pazurki.
Wacław zdębiał.
– Proszę się nie denerwować, idę na PKS – podjął nagle decyzję. Mariusz od razu mu sugerował, żeby jechać autobusem. Oddalił się z poczuciem ulgi. Nie miał zamiaru zostać piłką, którą za chwilę ktoś rozegra mecz.
Na dworcu PKS dowiedział się, że do Mochaczewa dojedzie przed siedemnastą. Zadzwonił z informacją do Mariusza.
– To ja już, stary, nie będę czekał – usłyszał. – Pan Czesiu cię wpuści. W lodówce wszystko masz przygotowane. Odgrzejesz w mikrofali.

* * *

Był zmrok, gdy wysiadł w Mochaczewie, rozpościerająca się wokół biel śniegu dawała jednak dość światła. Rozejrzał się wokół, ale aż po horyzont nie dostrzegł żywej duszy. W oddali jedynie wybijała się wieża kościoła. Ruszył przed siebie. Po jakimś kwadransie wszedł w aleję dzikich jabłoni. Na jednej z nich dostrzegł nawet maleńki owoc, który ostał się chyba w celach identyfikacji. Nagle zdało mu się, że w zaspie, kilkanaście metrów przed nim leży pies. Przystanął. Ulepił kulkę ze śniegu, mając zakodowane, że większość psów spuszcza z tonu, gdy widzi, iż nadchodząca osoba schyla się po coś, czym może zaatakować. Pies jednak ani drgnął. Gdy Wacław zbliżył się parę kroków, stwierdził, że plama w śniegu bardziej przypomina człowieka.

Podszedł. W zaspie jak w trumnie leżał mężczyzna. Spał albo nie żył. Groser dotknął jego zmarzniętej twarzy. Nie reagował. Podniósł powieki. Gałka oczna się poruszyła, a więc żyje. Uniósł go w górę. Mężczyzna wydał jakiś nieartykułowany dźwięk. Wacław natarł mu śniegiem policzki i czoło, a potem zaczął go bić po twarzy. Po chwili „hibernatus” się przebudził.
– Zasnął pan. Musi pan iść do domu, bo zimno.
– Dom ne, dee ne… – bełkotał Hibernatus. Groser rozejrzał się dookoła. Byli jak Robinson i Piętaszek. – Pan tu mieszka? – spytał.
– Neeeuuu – brzmiała odpowiedź.

Wacław sięgnął po komórkę. Powiadomi Mariusza, by ściągnął jakąś pomoc. Wskrzesił człowieka, ale sam tu nic z nim nie zdziała. Nadusił na przycisk „odblokuj”, ale ekranik pozostał martwy. Bateria padła i tym samym cofnął się do innej epoki. Jest na pustkowiu, bez możliwości skontaktowania się z kimkolwiek. Jak rozbitek na tratwie. Może liczyć, że dostrzeże ich jakichś statek, ale na razie lepiej samemu płynąć do brzegu, w jego przypadku iść w kierunku wieży kościelnej.

Mógł zostawić pijanego Hibernatusa i pospieszyć się, by zdążyć odprawić mszę, albo zająć się nieszczęśnikiem. Zatem właściwie wyboru nie miał.

Prawdopodobieństwo, że mężczyzna przewróci się i zaśnie w śniegu sięgało stu procent. Temperatura minus piętnaście zrobi swoje w ciągu paru minut. Śmierć miła, odchodzący będzie miał wrażenie, że jest mu ciepło. Jeżeli Wacław dowiedziałby się nazajutrz, że w śniegu znaleziono zamarzniętego człowieka, pozostawałoby mu męczyć się z sumieniem do końca życia. Jedynym rozwiązaniem było zabrać pijane znalezisko na plebanię. Do mszy pozostało pół godziny. W tym duecie na pewno nie zdążą. Złota zasada: niekiedy trzeba zostawić Boga dla Boga, który przychodzi w postaci biedaka. Tym razem w postaci pijaka.

Na miejsce dotarli dwadzieścia po szóstej. Nadziali się na spojrzenia wychodzących akurat z kościoła kobiet z trzema męskimi rodzynkami pośród nich. Chciał podbiec do parafian i poinformować ich o powodzie swojej absencji, ale jeśli puściłby pijaka, ten na pewno by się przewrócił. Nie wypadało też krzyczeć.
– Siadaj, bez dyskusji! Zaraz przyjdę… – rozkazał.
Pijany zsunął się potulnie na kolana.
Groser podbiegł do oddalającej się grupki.
– Bardzo państwa przepraszam, jestem księdzem. Miałem o szóstej odprawić mszę w zastępstwie księdza Mariusza, ale znalazłem w śniegu tego człowieka. Czy państwo go znacie?
Słowa poruszyły ludzi, jednak nie padła żadna propozycja pomocy.
– To nie nasz – wydukali po chwili.
– Może zostawię go na plebanii, żeby się przespał, i jeśli państwo poczekacie, to za chwilę przyjdę… odprawić mszę.
– A jo muszę księdza wpuścić – z grupy wystąpił mężczyzna. – Mom klucze.
– Aaa, pan Czesław, ksiądz Mariusz mi…
– Zgadza się. Możemy go zostawić w biurze na dole, zsuniemy dwa fotele. Bydzie mioł wygode…
Po chwili Hibernatus padł bezwładnie w swojej „sypialni” urządzonej w biurze parafialnym i uroczyście zacharczał przez nos. Nieświadom, że został uratowany od niechybnej śmierci.

* * *

Wacław odprawił mszę w tempie ekspresowym, mając na uwadze zdrowie parafian – w kościele była temperatura niższa niż w lodówce – i pobiegł na plebanię. Drzwi do biura były niedomknięte. Wszedł do środka. Światło się paliło, fotele były puste. Wrócił na klatkę schodową.
– Halo! Gdzie pan jest!?
Zaniepokoił się, wbiegł na górę do rozświetlonego pokoju. Niemożliwe, żeby Mariusz nie zgasił przed wyjazdem. Wzrok przyciągnęła otwarta szafka. Przeszło mu przez myśl, że za chwilę dostanie czymś twardym w głowę. Ale Hibernatus się nie pojawił. Wyparował. Cud. Wydawało się, że był zapity w trupa. Groser podłączył komórkę. Zobaczył pięć nieodebranych połączeń od Mariusza. Dochodziła dwudziesta, gdy się do niego dodzwonił.
– Mario, przykra sprawa – oznajmił.
– Co się stało?
– Po drodze do ciebie znalazłem zamarzniętego pijaka. Przytaszczyłem go na parafię, no i poszedłem odprawić mszę. Ludzi na szczęście jeszcze złapałem. Po mszy wracam, pijaczek się ulotnił. Boję się, czy czegoś nie wyniósł. W twoim pokoju paliło się światło i była otwarta szafka.
– Cholera, forsa z kolędy poszła… No nic, wrócę skoro świt, teraz nie mogę, bo już wypiłem dwa głębsze. Nie martw się. Są gorsze rzeczy. Jak to mówią: kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę. Pozamykaj się tylko dobrze na noc… Jutro pogadamy.

Groser się uśmiechnął. Co prawda w tym przypadku miękkie serce miał on, a w dupę, czyli po kieszeni, dostał Mariusz.

* * *

Obudził się po siódmej. Spodziewał się, że za godzinę wróci Mariusz. Pierwsza msza jest o wpół do dziesiątej. Zamierzał wyjść na dwór, by zaczerpnąć powietrza i zlustrować w dziennym świetle gospodarstwo, gdy rozległ się telefon stacjonarny. Dość wcześnie ktoś wydzwania, jak na niedzielę. Cofnął się i podniósł słuchawkę.
– Dzień dobry, czy to parafia św. Stanisława? – doszedł go służbowy głos.
– Tak.
– Proboszczem jest Mariusz Zawisza?
– Tak.
– Tu sierżant Molenda z wydziału drogowego. Z kim rozmawiam?
– Zastępuję proboszcza. Ksiądz Wacław…
– Muszę niestety księdza zawiadomić, że przed dwiema godzinami ksiądz Zawisza zginął w wypadku samochodowym… Pod Mirosławiem.
– Jezu… – wyszeptał Groser. – Jak to się stało?
– Ksiądz wpadł na drzewo. Poślizg. Proszę przekazać tę wiadomość rodzinie albo władzom kościelnym.
Odłożył słuchawkę powoli, jakby delikatność mogła powstrzymać wstrząs, który przed chwilą przeżył. Przekreślić to, co usłyszał. Usiadł na krześle. Nie mógł uwierzyć. Pierwsza myśl, która go zaatakowała, to ta, że Mariusz by żył, gdyby go nie ściągał w trybie pilnym na parafię z powodu kradzieży. Nie ściągałby, gdyby nie pijak. Gdyby nie natrafił na niego w zaspie. Zima, ta cholerna zima… „Kto ma miękkie serce”… Przywoływał ostatnie słowa przyjaciela. Przecież żartował. To niemożliwe. „Nie żartuje się przed śmiercią”, czepiał się jakieś absurdalnej tezy.

Usiadł na krześle i kilka minut sparaliżowany patrzył w okna na sypiący śnieg. Liczył, że ktoś za chwilę zadzwoni i odwoła te niedorzeczne informacje. A potem wstał i w książce telefonicznej wyszukał numer do sekretariatu biskupa.

* * *

Do mszy pozostało pół godziny. Miał ją już odprawić Mariusz… Boże, nie na takie zastępstwo tu jechał. Co powiedzieć, co powiedzieć parafianom? Stanie za chwilę naprzeciw wioski. Obcy, posłaniec złej nowiny.
Usłyszał pukanie do drzwi. W progu stał pan Czesław.
– Nie będzie pochwalony – rzekł tubalnie. – Zima jak cholera, a ludzie godali jakieś dyrdymały, że klimat się ocieplo, że tu bydzie Afryka.
Wacław uśmiechnął się z bólem.
– Pochwalony… Niestety mam smutną wiadomość.
Kościelny spojrzał na niego zaniepokojony.
– Ksiądz Mariusz nie żyje.
Czesław z trudem łapał powietrze.
– Powiem to ludziom – oznajmił Wacław.
– Ministrantom trzeba powiedzieć przed, bo uni… – mężczyzna zaszlochał.
Groser pokiwał głową.
– A tyn pijok? – spytał nagle Czesław.
– Nie ma go, już wczoraj poszedł.
– Wytrzeźwioł – skomentował Czesław.

Wacław potaknął głową, nic nie mówiąc. Bał się zdradzić, że śnieżny znajda był pośrednią przyczyną śmierci. Przynajmniej w tej chwili postanowił tego nie mówić.
– Miołem wyrzuty, że wczoraj ksindzu nie pomogłem, ale się bardzo spieszyłem.
„Nieważne”, dał znać oczyma Groser.
– Chodźmy, trzeba przygotować kościół…

* * *

Siedział otępiały. Przed chwilą wyjechał ksiądz Damian Orczyk – dziekan. Przyjechał prosić Wacława, by przez najbliższe dni, a może tygodnie został na parafii swego przyjaciela. W zastępstwie. Groser zgodził się bez oporów. W parafii, w której na co dzień żył, było trzech księży. Jakoś sobie poradzą. Czuł się zobowiązany. Może to zastępstwo przyniesie odrobinę ulgi, nada sens tej jego bezsensownej zimowej wyprawie na wieś? Dlaczego stał się kamykiem, który pociągnął lawinę?
– Z mojego powodu – wyszeptał Wacław. – Zadzwoniłem do Mariusza z informacją… Gdyby nie ten telefon, jechałby pewnie trzy godziny później. Byłoby jasno, on wypoczęty.
– Proszę w ten sposób nie myśleć. To jest grzech. Przypisuje sobie ksiądz rolę scenarzysty… Przeznaczenie. Trzeba wobec niego uklęknąć… To jest próba, doświadczenie. Musimy spojrzeć na to wszystko z wiarą, ludzie będą tego oczekiwać. Proszę nikomu tu nie rozpowiadać tego, co mi ksiądz powiedział. Chłopi by chętnie te księdza nauki przyjęli, ale nie można. To by nie była pokora. Trzeba zawsze szukać sensu.

* * *

Pogrzeb Mariusza odbył się w środę. W przeddzień na miejscu pochówku rozpalono ognisko ze starych opon. Wiele godzin do nieba unosił się czarny, żałobny dym. Trzeba było rozgrzać ziemię, aby wpuściła do swego wnętrza proboszcza.

Groser szedł niemo w orszaku pogrzebowym. Nie przeczytał nawet ewangelii w czasie mszy. Cieszył się, że biskup nie napierał, by powiedział kazanie nad grobem przyjaciela. Musiałby zgwałcić swoje serce, umysł. Nie wiedziałby, co powiedzieć. Nie mógł zrozumieć tego przedziwnego biegu zdarzeń. Próbował przyjąć słowa biskupa, że „dla nieba zasiew trwa cały rok”, ale nie potrafił. Jego miękkie serce zamarzło w tym dniu.

Goście pogrzebowi rozjechali się przed zmrokiem. Mariusz był sierotą. Na pogrzebie nie było nikogo z jego rodziny. Mniej wylanych łez.

Siedział w fotelu zatopiony w ponurych myślach, aż w końcu poczuł zimno. Potarł ramiona. Podszedł do grzejnika. Był letni. Dwa razy już dziś dorzucał do pieca. Miał jako takie pojęcie o paleniu w piecu, ale nie bardzo mógł przeniknąć sztukę palenia w piecu Mariusza. Zszedł do kotłowni. Chwycił łopatkę, by nabrać koksu. Nagle za ścianą usłyszał jakiś dźwięk. Coś jakby się przesunęło. Może myszy albo szczury? Z duszą na ramieniu wszedł do sąsiedniego pomieszczenia i zapalił światło. Serce podskoczyło mu do gardła. W kącie ktoś leżał.

– Kto tam?! – krzyknął.
– To ja… – doszło go po chwili.
– Pan? Co pan tu robi? – w mężczyźnie zasłaniającym oczy przed światłem rozpoznał Hibernatusa
– Zimno… Musiałem się ogrzać.
Wacław próbował oddechem uspokoić walące serce.
– Dlaczego pan to zrobił? Zaufałem panu…
– A co ja zrobiłem?
– Okradł pan księdza i… – w ostatniej chwili powstrzymał się, by powiedzieć: „zabił”.
– Ja?
– Po pana ucieczce zniknęły wszystkie pieniądze z kolędy.
– Co?! Jakie wszystkie? Pożyczyłem dwie stówy.
– Skąd?
– Z szafki. Mogę pokazać… Chodźmy.
Nie wiedział, czy działa roztropnie, poddając się sugestii Hibernatusa. Weszli do pokoju Mariusza. Mężczyzna podszedł do szafki i wyciągnął z niej czarny sweter. A z niego zwitek pieniędzy.

„O Boże! Dlaczego nie sprawdziłem, czy coś zniknęło?”. Przyjął jako pewnik, że pieniędzy z kolędy nie ma. Zasugerował się zresztą reakcją Mariusza. Dlaczego Mariusz po prostu nie powiedział mu: sprawdź, czy tam a tam są pieniądze? Teraz mu już na to pytanie nie odpowie.
Dotarło do niego, że Mariusz zginął bezsensownie. Nie było żadnego powodu, aby wracał o świcie. Nawet tak bzdurnego jak pieniądze.
– Czemu więc pan uciekł?
– Jak zoboczyłem, gdzie jestem, strach mnie oblecioł.
– Dlaczego?
– No, że ksiundz Mariusz… Powiedziałem mu, że to już się nigdy nie stanie.
– Co?
– Że już nigdy nie wezmę kropli.
– Pan znał księdza Mariusza?
Potaknął głową.
– Jak? Przecież pan nie jest stąd.
– A mogę nie mówić? – wypalił i spojrzał Wacławowi w oczy.
– Oczywiście. To nie jest przesłuchanie – dostrzegł uśmiech ulgi na twarzy Hibernatusa. – Oczywiście, ale skoro ma pan zostać na noc, lepiej byłoby, abym wiedział…
Hibernatus uniósł ręce do góry, kierując się do drzwi.
– Dokąd pan idzie?
– Chyba ksiundz nie powie, że chce, żebym został?
Nie podejrzewał, że jeszcze go kiedyś zobaczy. Spojrzał na Hibernatusa, mimowolnego sprawcę tragedii. Przez niego zginął Mariusz. Przez niego. Twarz Wacława przeszył grymas. Tak czy owak jego znajda był wielkim znakiem zapytania, na którego rozwiązywanie nie miał dziś ochoty.
– Chcę – Groser skłamał. Nie miał ochoty na jego towarzystwo, ale nie miał też serca wyrzucić mężczyznę w nocy na śnieg i mróz. Nagle naszła go myśl, że Mariusz wcale nie pędził na parafię sprawdzić, co zginęło. Przecież mógł tak pokierować Groserem, że ten odnalazłby jego skrytkę. Może obawiał się czegoś zupełnie innego, co wiązało się z osobą Hibernatusa.
– Jak mosz na imię? – usłyszał nagle.
– Ja? Wacław.
Mężczyzna wyciągnął dłoń.
– Heniu.
Groser nie miał nigdy oporów z przechodzeniem na ty, jednak tym razem poczuł się dziwnie. 
– Pójdę już się walnąć. Cinżki dzień. Ale biskup ładnie powiedział z tym ogrzewaniem zimi.
– Byłeś na pogrzebie?
– No jak?
Hibernatus powiedział to takim tonem, że Groserowi zrobiło się niemalże głupio, że o to zapytał.
– A nie jesteś głodny?
– No nie powiem, coś bym tam na ruszt wrzucił. Tylko żebyśmy się dobrze rozumieli. Jo się żywie we własnym zakresie. Pare dni, aby do wiosny, prześpie sie w piwnicy i mnie ni ma. Nie lubię sprawiać kłopotu.
Zeszli do jadalni. Groser spojrzał na wychudzoną sylwetkę Henia. Wydał mu się taki pokorny i biedny. I taki delikatny.
– Siadaj – zaprosił Wacław. Wyciągnął z lodówki wędliny i sery. Było tego tyle, że starczyłoby dla całego oddziału takich skrzatów. – Heniu, a tamten dzień pamiętasz? Jak cię znalazłem w śniegu.
– No jakżeby nie? – wzdrygnął ramionami. – Wiem, że już byłem na tamtej stronie. Było mi tak dobrze, ale jakiś głos mi mówił, że jeszcze czegoś tu nie zrobiłem. Już jo wim co… Taki szansy nie można zmarnować. Jo teraz całkim inaczy widze swoje życie. Jo je zobaczyłem z góry. Jaki człowiek był głupi. Ale jo jeszczy pokaże. Mały jeszcze udowodni, na co go stać.
– Jaki mały?
Heniu zaśmiał się.
– No tak na mnie kumple wołają. Mały, Mały. Ale bez Małego ani rusz. Nie mają pomysłu.

Koło siódmej Grosera obudziło szuflowanie. Spojrzał przez okno. Heniu działał energicznie.
Zszedł do kuchni i zaparzył kawy dla siebie i swojego „pracownika”. Wyszedł na dwór, by go zawołać.
Hibernatus nie był już taki skurczony jak wieczorem. Podszedł do szafki i wziął słoik z miodem.
– Spróbuj, nie ma nic lepszego – przejmował inicjatywę. – Słuchej, Wacek, potrzebowałbym trochę kasy.
– Na co?
– Muszę jechać do miasta. No i kupić se kurtke. Zimno jak skurczybyk.
– Ile?
– Jakieś pięć stów – wahał się Heniu.
Wacław cudem nie oblał się kawą z wrażenia.
– Co? Nie mam takich pieniędzy.
– A z kolędy Mariusza? – zdziwił się Mały.
– To nie są moje. Muszę się z nich rozliczyć.
– Przepraszam, nie było rozmowy – Heniu uniósł ręce urażony, zawstydzony.
– Na bilety dostaniesz, a kurtkę, też się znajdzie – odparł Wacław. Wczoraj w kartonach Caritasu widział odzież zimową. – Poczekaj.
Po chwili wrócił z kurtką. Leżała na wierzchu, całkiem nowiutka. Jakby przeznaczenie. Dar niebios.
– Prosisz, masz. Przymierz… – zwrócił się z uśmiechem.
Mały wziął do ręki, przyjrzał się sceptycznie.
– Na guziki – stwierdził bez entuzjazmu. – Wolałbym coś na zameczek – w końcu zdecydował się założyć. Zlustrował się krytycznym okiem.
– Wacuś, szczerze? – spytał, patrząc mu przez chwilę w oczy. – Najmodniejsza to una nie jest.
„Aby cię cholera wzięła”, Groser pokręcił głową. Stoi przed nim jak przewodniczący związku kloszardów. Nieogolony, capi, ale zna się na modzie. „Sam chodzę w gorszej kurtce”.
– Ty się, Heniu, zdecyduj. Potrzebujesz kurtkę na zimę czy na podryw.
– Abo co? Za kogo ty mnie mosz? Za jakiegoś menela z noclegowni? Taki jak jo to byle dupom nie świecił, tak?
– Nic takiego nie powiedziałem…
– Już jo swój rozum mam – rzekł obrażony.
Groser skruszony wyciągnął z portfela sto złotych. Mały – z niejakim oporem – przyjął.

* * *

Tuż po wyjeździe Henia Groser poszedł na górę i przeliczył pieniądze. Piętnaście tysięcy z groszami. Wątpliwe, aby Mariusz zebrał tyle z kolędy. Parafia w Mochaczewie liczyła sobie około dwustu domów. Mogli dać razem jakieś sześć tysięcy. Chyba że wśród parafian jest kilku bogatych sponsorów. Swoją drogą Heniu objawił mu się jako gigant. Miał przed sobą fortunę, a pożyczył tylko dwieście złotych.

Na szczęście były ferie i Groser chwilowo nie musiał uczyć w szkole religii. Miał chwilę na dojście do siebie i zapoznanie się z parafią. Powinien też w jakiś dzień wybrać się do siebie i przywieźć trochę rzeczy. Postanowił zadzwonić do Adriana, czy nie podwiózłby go samochodem. Adrian był wikarym w tej samej parafii. Młodszym o jakieś piętnaście lat. Dorobił się niedawno nowiutkiego opla corsy i jazdy samochodem go podniecały. W chwili, gdy wziął do ręki komórkę, by wystukać jego numer, usłyszał dzwonek do drzwi.

W progu stał łysy mężczyzna z potężnym wąsem. Elegancko ubrany, pod czerwonym krawatem. Nie wyglądał na chłopa z Mochaczewa.
– Szczęść Boże, Arnold Wiewiórowski. Przyszedłem się zaprezentować. Z tej lepszej strony. Ja już zdążyłem o księdzu usłyszeć wiele dobrych słów, no ale ja dla księdza jestem z pewnością przybyszem z kosmosu – oblał wystrzeloną na jednym oddechu kwestię perlistym śmiechem. – Krótko: prywatnie przyjaciel śp. księdza Mariusza, zawodowo producent rybny – po tych słowach wysunął do przodu naładowaną reklamówkę. – Trochę pstrąga, karpia, wedle tradycji. Mariusz był przez nas zaopatrywany. Proszę wsadzić do zamrażarki.
– Dziękuję – rzekł Groser.
– Przepraszam, że tak może niedyskretnie, ale szczerze. Słyszałem, że ksiądz nie posiada samochodu. Gdyby była taka potrzeba, gdzieś podwieźć, coś przywieźć. To albo z wielką przyjemnością uczynię to sam, albo dam wóz z kierowcą.
Groser uśmiechnął się serdecznie do Arnolda.
– Jeśli taki pan dobry, nie ukrywam, że muszę przywieźć parę drobnych rzeczy z Wrocławia, z mojej parafii. Zanosi się na to, że parę tygodni tu pobędę.
– Kiedy dusza pragnie?
– Choćby i dziś.
– Załatwię tylko jedną sprawę i za pół godziny jestem po księdza.

* * *

Mróz nie ustępował. Zaspy były jeszcze solidniejsze niż w dniu, kiedy Wacław wysiadł po raz pierwszy w Mochaczewie, ale terenowy mercedes pana Arnolda z napędem na cztery koła radził sobie doskonale. Kiedy wjechali w aleję dzikich jabłoni, Groser zaczął wypatrywać miejsca, w którym odnalazł Henia Hibernatusa. Nagle zdało mu się widzi w śniegu coś czarnego. Odruchowo zamknął oczy.
– Niech się pan zatrzyma, tam coś leży.
Arnold stanął. Groser wyskoczył. W śniegu leżał zamarznięty pies. Dotknął nogą sztywnego ciała. Wrócił do wozu.
– Coś nie tak? – spytał Arnold.
– Pies. Zamarznięty.
– Zdarza się, ale co z księdzem, tak się ksiądz tym przejął?
– Trochę. Wierzy pan w przypadki?
– Że pies zamarznięty? Ta zima ich przetrzebi.
– Padł akurat pod drzewem, na którym wisi jabłko. Szedłem tędy z autobusu.
– No właśnie, a co z księdza autem?
– A jakoś tak programowo nie posiadam. Jestem człowiekiem zbytnio rozkojarzonym. Na szosie mogłoby to mieć fatalne skutki dla bliźnich.
– Tak, tak. Chwila nieuwagi. Biedny Mariusz. Swoją drogą diabeł go pokusił, żeby wracać po nocy do domu.
Groser wahał się, czy nie wyznać, że ta diabelska pokusa przyszła przez jego telefon, ale w końcu przypomniał sobie radę dziekana Orczyka. Zmienił temat.
– To co? Pewnie ma pan staw rybny? Da się z tego wyżyć?
– Nie narzekam, ale nie robię tego dla pieniędzy. No powiedzmy, nie robię tego głównie dla pieniędzy.
– Hobby?
– Widzi ksiądz, ludzi dziś rozsadza. Dlaczego? Dlaczego dziś tyle nerwusów? Bo człowiek jest tym, co zjada. Dlatego Żydzi mieli zakaz spożywania świni. Człowiek, który zjada wściekłe krowy, wiadomo, co się z nim dzieje. A czego ludzie dziś zjadają najwięcej? Kurczaków. Czy ksiądz wie, jak są hodowane kurczaki? Kurczaki hoduje się na wielką skalę, nie dając im normalnego życia. Trzyma się je w małych klatkach, gdzie nie mogą się ruszać. Dzień i noc muszą stać. Niech ksiądz sobie wyobrazi, dzień i noc w jednym miejscu. Każdego z nas opanowałaby wściekłość. Tak właśnie dzieje się z kurczakami. Aby kury znosiły więcej jaj, tworzy się im krótszy dzień i krótszą noc. Są przekonane, że minęły już dwadzieścia cztery godziny. W tych kurach jest bardzo dużo gniewu, przygnębienia i cierpienia. Z tego gniewu dziobią się nawzajem i ranią. Obcina się im te dzioby, żeby nie mogły się nawzajem atakować. Zjadając takie kury, zjadamy gniew…

– Dlatego pan stawia na rybki?
– No tak, uważam, że gdyby społeczeństwo jadło ryby, byłoby zdrowsze i psychicznie, i fizycznie. Tak od dwudziestu lat ciągnę ten interes i Pan Bóg błogosławi. Starcza i dla rodziny, i jeszcze wokół można coś zrobić. Ksiądz Mariusz nie narzekał. Jeszcze przed śmiercią… Nie wiem, czy o tym wypada mówić, ale co tam. Tak szczerze z sobą rozmawiamy. Tydzień przed śmiercią pożyczyłem księdzu Mariuszowi piętnaście tysięcy. Zbierał na jakieś porządne autko. Boże, gdyby je zdążył kupić, pewnie by przeżył.

Groser zapadł się w siebie. Właściwie nie odzywał się przez całą podróż. Arnold nawet się nie zorientował. Potrzebował tylko słuchacza.

* * *

Przeprowadzka przebiegła nad wyraz sprawnie. Gdy zaczęli się żegnać, Arnold powiedział, że ma jedną prośbę. „Trochę” dziwną, jak wyznał. Otóż z księdzem Mariuszem łączyła go wspólna pasja. Strzelanie, głównie z pistoletu. Jeździli nawet na zawody. Ksiądz Mariusz miał pewien dość rzadki model.
– Wiem, że ksiądz nie miał spadkobierców, więc gdyby to leżało w gestii księdza, ja bym chętnie go kupił. Tak na pamiątkę…
– Na razie na nic takiego nie natrafiłem – wyznał Groser. – Natomiast w rzeczach księdza Mariusza znalazłem piętnaście tysięcy. Z pana słów wnoszę, że jest to ta pożyczka… Chciałbym ją panu zwrócić.
– Ja tego nie żądam.
– Ale ja będę miał spokojne sumienie. Niech pan chwilkę poczeka.
Arnold przyjął pieniądze nieco zakłopotany, ale chyba szczęśliwy.
– I rybki, tylko rybki. A jeśli księdza najdzie ochota, żeby sobie postrzelać, dać mi tylko sygnał. Mogę poinstruować.

* * *

Wieczorem wrócił Heniu. Odmieniony. Ogolony. Zalatywało od niego jakąś wodą kolońską. Narodził się nowy człowiek. Groser był rozbity. Nie mógł się uwolnić od myśli, że jakoś cenę za tego nowego człowieka zapłacił Mariusz. A on był w tym całym handlu pośrednikiem. Gorycz i radość zlana w jedno.
– Zimno, pójdę dołożyć do pieca – powiedział Wacław, wstając od kolacji. Widok, który ujrzał po chwili w kotłowni przeraził go. Wszystko stało w wodzie. Piec cały się trząsł. Wydawało się, że zaraz eksploduje.
– Jezu, Heniu! – zawołał w rozpaczy.
Hibernatus zbiegł z góry, dopadł do pieca i pociągał za jakąś dźwignię.
– Już dobrze. Zawór bezpieczeństwa poszedł. Rzadki przypadek – zaczął się rozglądać po kotłowni. – Tu ma jakieś klunkry. Zaraz coś znajdziemy. Podłączymy go dzisiaj na sztywno, a jutro się zrobi jak należy.
– Ty się na tym znasz?
– Trochę, tyle że kiedyś byłem hydraulikiem.
Groser spojrzał z podziwem.

Rano Groserowi złożył wizytę kolejny możny mochaczewianin. Jerzy Dąbek. Szef warsztatu samochodowego i, jak się przedstawił, również mąż zaufania księdza Mariusza. W trakcie wizyty Wacław opowiedział wczorajszą przygodę, pod niebiosy wynosząc swego wybawcę, bez którego piec mógłby pójść na szmelc. Po pierwsze, okazało się, że Dąbek jedzie załatwić coś w GS, gdzie powinni mieć zawór, który wczoraj nawalił, a po drugie, że Heniu jest fachowcem pilnie przez niego poszukiwanym. Potrzebował na gwałt hydraulika, a jedyny w okolicy obecnie został wynajęty na dłuższy czas przez Arnolda Wiewiórowskiego.

– Delikatnie ostrzegam księdza przed tym hochsztaplerem. Prędzej czy później się tu zjawi, proszę mu nie ufać. Wyciera sobie kościołem gębę. Więcej nic nie mówię, sam się ksiądz przekona. Wielki sponsor i dobrodziej, ale jak ksiądz Mariusz potrzebował ostatnio pożyczyć pieniądze na samochód, to jakoś nie u niego szukał. Trudno, dziesięć tysięcy poszło. Ale co tam…
– Jakie dziesięć tysięcy?
– No pożyczyłem księdzu Mariuszowi. A kto mioł mu pomóc, jak sierota?
Tym razem Grosera zamurowało. Przymknął z wrażenia oczy.
– Niech się ksiądz nie przejmuje. Na biednego nie trafiło.
Wacław postanowił nie brnąć w tematy finansowe.
– A pan wcześniej pana Henia nie widział u księdza Mariusza?
– Nigdy, ale cóż jo go nie podglądałem. Są tacy we wsi, co wszystko wiedzą, spółdzielnia ucho, jo do tych nie należe. Dąbek ma żelazne zasady. Robić swoje.
Groser pokiwał ze zrozumieniem, chociaż coraz mniej rozumiał.

Teraz już nie wiedział, czyje pieniądze były w swetrze Mariusza. Wiewiórowskiego czy Dąbka. A może było ich więcej i Heniu sobie co nieco pożyczył – poza tymi dwustoma – ale jako uczciwy z natury nie wybrał skarbonki do dna. Rzeki nie zawróci. Nie pójdzie do Arnolda i nie będzie żądał zwrotu pieniędzy, by je sprawiedliwie podzielić między niego a Dąbka. Tym bardziej, że nie wiadomo, czy w kolejnych dniach nie zgłosi się po swój dług pół wsi.
 
Heniu nie miał oczywiście żadnych narzędzi. Dąbek jednak postanowił w niego zainwestować. W ciągu paru dni pracy u Dąbka Mały wykazał się rozlicznymi talentami. Złota rączka. Roboty miał tyle, że przestał się pojawiać na plebanii nawet na noc. Niestety, idylla trwała dwa tygodnie. We wtorek koło trzeciej, gdy Groser wracał właśnie ze szkoły, z naprzeciwka nadjechał samochód Dąbka. Drzwi otworzyły się i na śnieg wypadł Heniu. Z obitą twarzą, zgięty w pół.

Szyba zjechała w dół. Dąbek wychylił wściekłe oblicze.
– Ksiądz tego skurwiela tu sprowadził, niech go też wyprowadzi, bo inaczej po nim.
I odjechał.
Groser zbliżył się do jęczącego Henia. Znów leżał w śniegu, tyle że nie sztywny, wił się w bólach. Spróbował go unieść, lecz ten zawył.
– Co się stało?
Hibernatus tylko jęczał. Oparł go na swoim ramieniu i jakoś zataszczył do domu. Podstawił mu krzesło.
– Nie – pokręcił głową. – Tyłek mi przypalili.
– Kto?
– Dąbek ze swoimi pomagierami.
– Dlaczego?
– Szybci wrócił… Godoł, że stoi w korku na granicy.
– I co z tego?
– No co, co? Naszed nos.
– Kogo?
– K… nie udawej! Mnie z jego starą.
– Chryste Panie! Heniu, czy ty oszalałeś, czemu to zrobiłeś? I ty, i ja jesteśmy tu obcy. Wywiozą nas na kupie gnoju!
– Przestań do cholery marudzić. Dej tu jakiś koc.
Groser pobiegł do pokoju, zerwał z tapczanu narzutę. Heniu uklęknął i delikatnie położył się na brzuchu.
– Weź nożyczki, trzeba mi rozciąć spodnie.
Groser zaprotestował.
– Dzwonię po pogotowie.
– Czyś ty oszalał? Najlepiej tu jeszcze policje sprowadź.
– Kto tu oszalał, ja czy ty?
– K… rób, co ci każe!
Wacław rozciął nogawki. To, co zobaczył, doprowadziło go na skraj omdlenia.
– Jak ci to zrobili?
– Palnikiem. Powiedzioł, że mi to wszystko zespawa.
– Musisz wstać, idziemy pod prysznic, tylko woda…
– Mosz rację, Wacuś – zaczął potulnie rzęzić Heniu.
Zlewał go chłodną wodą z pół godziny. Mały jęczał z wdzięcznością. Potem Wacław położył go nagiego na tapczanie. Na brzuchu. Nakrył go całego oprócz miejsc wypalonych. I wtedy naszedł go wielki gniew.
– Powiedz, dlaczego to zrobiłeś?
– Czy ty wiesz, co to jest za gnój? Jak on leje te swoją żonę?
– A ty się bawisz w Robin Hooda, który wymierza sprawiedliwość. Uratowałem ci życie, na swoją zgubę – Groserowi puściły nerwy. – Gdyby nie ty, Mariusz by żył!
Groser szukał jakichś opatrunków i przeklinał. Przeklinał Henia i chwilę, kiedy go dojrzał w zaspie. Dał mu w końcu środek nasenny, aby sen przyniósł mu ulgę. Po godzinie tabletki zadziałały.

O szóstej Wacław poszedł odprawić mszę, pomodlić się za swoje nieszczęście. I pytać Boga, kogo mu zesłał w przebraniu Hibernatusa. Czy kontroluje działania swego kuglarza, czy też jest to podstęp diabła.

Wróciwszy z kościoła, znalazł Henia jęczącego, w strugach potu. Postanowił nie zwracać uwagi na jego protesty. Zadzwonił po pogotowie.
Kiedy karetka przyjechała, z Heniem już nie było kontaktu. Lekarz pytał Grosera, jak doszło do poparzenia.
– Nie wiem, nie wiem. Nie chciał powiedzieć…
Jeszcze nigdy w życiu Wacław nie taił tak prawdy jak w Mochaczewie.
Modlił się, aby Bóg mu przebaczył, bo się pogubił i nie wie robić.

* * *

W niedzielę zobaczył przystępującego do komunii Dąbka z żoną. Nie miał wyboru, położył mu na języku ciało Jezusa. Dąbkowa miała nałożoną tonę pudru, który i tak nie był w stanie skryć siniaka pod okiem i napuchniętej wargi. Nie wiedział, czy to prowokacja, obłuda, czy też rodzaj schizofrenii. Dlaczego swoje sadystyczne wyczyny pieczętuje eucharystią?

Kiedy po mszy wyszedł z zakrystii, kierując się ku plebanii, dostrzegł na parkingu obok srebrnej limuzyny Dąbka. Wyraźnie czekał na niego.
– Szczęść Boże, proboszczowi.
– Szczęść Boże – próbował nie wybuchnąć.
– Mam prośbę. Od księdza do mnie przyszedł kiedyś na robotę taki blajberek. Jakoś mi zniknął z oczu i nie zdążyłem się z nim rozliczyć – wyciągnął z portfela przygotowany zwitek banknotów. – Czy mógłby mu ksiądz?…

Groser zawahał się, czy wziąć pieniądze.
– Mam nadzieję, że uregulował pan pewne sprawy z Panem Bogiem na spowiedzi – nie wytrzymał jednak.
– A czymu? Może ksiądz jaśniej?
– Pan Heniu leży w szpitalu.
– A co mu się stało?
– To mu się stało, co mu pan zrobił – Groser był coraz bardziej cięty. – Nie boi się pan o niego?
– Bać? Że się nad nim zlitowołem?
– To pan nazywa litością?
– No tak, powinienem go zabić. Wie ksiądz, co to znaczy pohańbić męża? Nie – zaśmiał się Dąbek. – Skąd by ksiądz miał wiedzieć? Ksiądz to tak już mo, szczęściarz, nikt mu rogów nie doprawi, co najwyży on komu. Z szacunkiem, ale sam się ksiądz prosił o prowde…
Wacław wciągnął powietrze. Dąbek wsiadł do samochodu. Stał chwilę ze zwitkiem w dłoni. Poczekał, aż odjadą.

Wrócił na plebanię. Nałożył sobie na talerz obiad. Usmażył dziś rybę od Wiewiórowskiego. Usiadł ze zwieszoną głową. Na talerzu ryba, a przed oczyma zadowolona twarz Dąbka. Tak, mówił szczerze. Sumienie nic mu nie wyrzucało. Przystępował do komunii w pełnej harmonii. Miał poczucie, że w tej sytuacji wyszedł obronną ręką jako mężczyzna i jako mąż sprawiedliwy słuchający poleceń Pana. Chwytając za palnik, zdał egzamin z dwóch przykazań: „Nie cudzołóż” i „Nie zabijaj”. Oddał pieniądze Henia. Uregulował z nim wszystkie rachunki. Mąż sprawiedliwy. Na pewno podoba się Bogu. To on, Wacław, jest zagubiony. Nie wie, czy robiąc dobrze, czyni zło, czy na odwrót. A przecież mężczyzna to jest takie stworzenie, które powinno wiedzieć, czego chce.

O trzeciej pojechał autobusem do szpitala w Gręborzewie.
Na pustym korytarzu zobaczył opartą o ścianę szlochającą lekarkę.
– Co się stało? – podszedł do niej.
Kobieta najpierw jakby chciała uciec, strzepnąć z twarzy płacz i powiedzieć, że mu się wydawało, kiedy jednak po koloratce rozpoznała, że stoi przed nią ksiądz, znów zapłakała.
– Mam już dość, wyzwał mnie od hieny cmentarnej. Powiedziałam mu, że żona nie będzie miała operacji, bo za duże ryzyko… No to on mnie od hieny. Że gdyby mi posmarował, byłoby po temacie. Na nikogo nie można złego słowa powiedzieć, a nami wszystkie gumofilce mogą sobie gębę wycierać.
– Mnie się też parę razy oberwało, rozumiem panią – Wacław ogarnął kobietę uśmiechem.
Pokiwała głową, przyznając rację.
– Szukam pana Henryka, ale nie znam nazwiska. Poparzony.
– A, pan Trawa… Pokój 22, drugie piętro. Musieliśmy operować… Nie będzie już mógł być ojcem. Nie jest już niby taki młody, ale dla mężczyzny to są zawsze trudne sprawy.

Heniu leżał na boku. Coś pisał na kartce.
– Szczęść Boże, przeszkadzam.
– A nie, zabijam czas.
– Myślałem, że list piszesz.
– Do kogo? – odpowiedział pytaniem Mały. – Taak se gryzmolę.
– Pamiętnik… – spróbował odgadnąć Wacław.
– Wiersze.
Groser wyciągnął rękę. Heniu podał mu bez słowa zeszyt.

Spadają sople z dachu,
zabiją – i po strachu;
nie trafią – hulaj dusza!
Kto nimi w piekle rusza?
– No no, Heniu, ty masz talent. To naprawdę ty napisałeś?
– Nie… podpierdolułym, jak wszystko – odpowiedział urażony, a może bardziej smutny.
Wacław szukał słowa, by go pocieszyć. Heniu był szybszy.
– Wszystko żem zrozumioł. Przepraszam księdza.
– Przecież jesteśmy na ty.
Zamknął oczy i delikatnie pokręcił głową.
– Już nie, nie zasługuje. Jestem robal. Mom do księdza sprawę. W kotłowni w moim sienniku są pieniądze. Dwadzieścia tysięcy – Groser uniósł brwi ze zdziwienia. – Dziesięć należy się księdzu. To znaczy dziesięć wziołem ze swetra księdza Mariusza. Drugie dziesięć to moje uczciwe oszczędności.
– I ty chciałeś pożyczać ode mnie?
– A tak, żeby ksiundz nie podejrzewoł – pokręcił połową. – Niech się ksiundz nie boi. Jo już nie wróce. Wstydu wincy nie narobie.

Groser chciał zaprotestować: „Nie mów głupot. Drzwi są zawsze otwarte”, ale nagle zdał sobie sprawę, że nie ma prawa, nie wiedział, jak ten Henia powrót do Mochaczewa miałby wyglądać. Co by się stało, gdyby spotkał się z „karzącym ramieniem sprawiedliwości” Jerzym Dąbkiem?
– Przywiozłem ci pieniądze za robotę.

Trawa ani nie zaprotestował, ani nie zareagował uśmiechem. Kontemplował. Jakby przed chwilą usłyszał ważną wiadomość i teraz dumał. Nad sobą, nad pracodawcą sadystą?

* * *

Postanowił zanieść pieniądze Dąbkowi jeszcze tego samego dnia. Pokaże mu, że też potrafi regulować długi. Ufał, że już więcej wierzycieli Mariusza się nie znajdzie. Co prawda pozostawała jeszcze jedna zagadka. Gdzie się podziały pieniądze z kolędy, o których mówił Mariusz? Czyżby to były te uczciwe oszczędności Henia? Ach, i pistolet. No ale wczoraj nie było szansy zapytać o to Henia. Bez tego był śmiertelnie urażony posądzeniami.

Chata Dąbka stała od plebanii nie dalej niż kilometr. Zadzwonił do furtki. Natychmiast podbiegł jamnik ujadający w dość komediowy sposób. Chyba miał podcięte struny głosowe. Po chwili pojawił się w drzwiach Dąbek. Podszedł do furtki. Był w samym podkoszulku.
– Zaziębi się pan – ostrzegł Groser.
Patrzył na księdza niepewnie, jakby obawiał się, że przynosi jakieś niepokojące wieści ze szpitala.
– Wejdźmy do chałupy – zaproponował. Wacław ruszył za nim bez słowa. – Maryla, wstaw no na herbatę, ksiundz przyszedł – usiedli. – Coś się stało? – spytał.
– Dług się znalazł, panie Jerzy. Porządkowałem szafki po księdzu – Groser wyciągnął grubą kopertę. – Oddaję. Proszę przeliczyć.
Dąbek pokręcił głową.
– Nie, ksiundz Mariusz pożyczył i tylko un może mi oddać. Mom żelazne zasady. Tak bym jeszcze wyszedł na naciągacza.
Groser, nie zważając na protest, próbował położyć kopertę na stole. Dąbek chwycił go żelaznym uściskiem.
– Powiedziałem…

Popatrzył kilka sekund w oczy Wacławowi i puścił przegub jego ręki.

* * *

Była sobota. Jego czwarta sobota w Mochaczewie. Groser nie znalazł czasu ani możliwości, żeby wpaść w ciągu tygodnia do Henia i oddać mu „uczciwe dziesięć tysięcy”. Katecheza, wyjazd do Wrocławia. Proszona wizyta u państwa Kurkowskich w ramach spóźnionej kolędy. Gdyby miał samochód, może by się wyrwał, ale jazda autobusem do miasteczka była wielogodzinną wyprawą. Spróbuje jutro. Ogarnęły go nawet wyrzuty sumienia. Co począć z Heniem? I co Heniu ma począć z sobą? Gdyby tak można z niego zrobić ekonoma na parafii. Miał pojęcie o robocie, a do tego człowiek wrażliwy. To byłby duet. Ksiądz prozaik i jego hydraulik poeta. Może wszystko się jakoś ułoży. Dąbek to w gruncie rzeczy dobry chłop.

Mszę o 18 odprawiał w „intencji wiadomej celebrującemu”. Nagle na słowach: „Pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej” drzwi się otworzyły i wtoczył się Mały, w „niezamodnej kurtce”. Doszedł do ławki i runął, wywołując huk. Nieliczna gromadka wiernych odwróciła się z przestrachem, po czym szybko na powrót wlepili spojrzenia w ołtarz. Heniu Trawa regularnie co parę chwil bekał. Kobieciny skulone w sobie bały się odwrócić w jego kierunku. Zresztą pan Czesław – jedyny mężczyzna między nimi – także. W pewnym momencie Heniu wyciągnął butelkę wódki i zaczął pić. Wacławem zatrzęsło. Brnął do końca mszy. Przy słowach „Przekażcie sobie znak pokoju” zamknął oczy. Serca już nie musiał zamykać. Ogarnęła go wściekłość. Na swoją znajdę, na ludzi, którzy boją się zareagować. Na siebie… „Boże, zrób coś!”. Najgorszy był moment konsekracji, gdy musiał unieść kielich. „Bierzcie i pijcie, to jest krew moja” – wypowiedział niemalże szeptem. Wiedział, że Heniu w tym samym czasie podniesie swoją butelkę i będzie go małpio i bluźnierczo przedrzeźniał, „współcelebrował”. Nie czuł słów, które mechanicznie wypowiadał. Głowę zaprzątała mu jedna myśl: odejść od ołtarza i go wyprowadzić, czy dotrwać do końca?

Dotrwał, co prawda cały się trzęsąc, ale dotrwał. Wypowiedział błogosławieństwo i szybko zszedł do zakrystii. Poczekał, aż wszyscy wyjdą. Wtedy wybiegł w sutannie, dopadł do Henia, chwycił go za kurtkę. Butelka wódki spadła na kamienną posadzkę. Między kawałkami szkła nie było już jednak płynu. Wysączył zawartość do ostatniej kropli.

– To koniec – wydusił przez zaciśnięte zęby Groser. – Dostajesz swoje, czy nie swoje dziesięć tysięcy, skądkolwiek je masz, i zmiatasz. Na zawsze.
Trawa nie stawiał żadnego oporu.
– Niee maa sprawy. Tylko niech ksiądz najpierw zadzwoni na policję.
Groser spojrzał na niego z niepokojem.
– Grozisz? – spytał.
– Nie, ale po co mo żyć chłop bez jaj – Trawa uśmiechnął się tak złowrogo, że Wacława zmroziło. – Chocioż ksindzu to może wszystko jedno.
Nagle olśniło go. Zemsta… Trawa go zwiódł. Wiersze, depresja, a był owładnięty jednym pragnieniem. Patrzył jeszcze chwilę na pijaną twarz i potrząsał głową, nie mogąc uwierzyć.
– Nie… – urwał, zostawił Henia i wybiegł z kościoła. Pędził jak oszalały. Nie zważał, że jakieś kobiety zaczęły za nim wołać. Nie minęły trzy minuty, gdy dopadł do furtki Dąbka. Zadzwonił.
– Cicho! – wrzasnął na ujadającego jamnika. Po chwili w drzwiach ukazała się znajoma sylwetka w podkoszulce. Dąbek zbliżył się do furtki. Przypatrywał się rozbawiony zziajanemu Groserowi w sutannie, ocierającemu pot z czoła.
– Co się dzieje? Ktoś księdza goni?
Potrząsnął głową.
– Wszystko u pana w porządku?
– Jak najbarzy. Zapraszam, niech ksiądz sam sprawdzi. A i butelka się znajdzie.
– Chętnie, ale nie dziś. Przepraszam, muszę wracać.

Szedł, oddychając głęboko. Nie mógł pojąć, co zrobił Heniu. Może uruchomił bombę z opóźnionym zapłonem? Może coś pogrzebał w warsztacie Dąbka? Kiedy trochę otrzeźwieje, wyciągnie to z niego.

Był jakieś sto metrów od kościoła, gdy usłyszał jakiś tępy trzask. Przyspieszył kroku. Drzwi od kościoła były zamknięte, a przecież wybiegając, zostawił je na pewno otwarte. Wszedł powoli do środka. Heniu siedział w ostatniej ławce, z głową nienaturalnie odchyloną do tyłu. Podbiegł do niego. Strużka krwi spływała wzdłuż policzka. Na posadzce leżał jakiś okazały pistolet. „To jego pragnął Arnold… może z jego powodu wracał o świcie Mariusz?”.

Patrzyły na niego martwe oczy. Heniu uciekł. Tak jak miesiąc temu po jego pierwszej mszy w Mochaczewie. Kim był? Co go łączyło z Mariuszem? Już raczej się nie dowie.

Na oparciu ławki leżała karteczka. Podniósł, była zgięta w pół.
Raz kiedyś dla noclegu,
wszedł biedak w zaspę śniegu…

Nie potrafił doczytać do końca. Schował kartkę do kieszeni. Przeczuwał, co Heniu napisał i bał się tych słów. O daremnym wskrzesicielu. Uświadomił sobie jednak, że wiersz musiał powstać wcześniej, i ten pistolet… Zatem to nie jego słowa po mszy go zabiły… Mały był nie do uratowania. Ten martwy pies pod jabłonką. To niemożliwe, żeby człowiek to wszystko zaplanował…
– Nie wystarczy mieć miękkie serce…

Przytulił głowę Henia, którego miesiąc temu wyciągnął z zaspy. Gładził ręką jego włosy, najmniej zmieniają się po śmierci.

Kto ma miękkie serce?
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...