Nowa nadzieja jedności

Nowa nadzieja jedności

Oferta specjalna -25%

Zmartwychwstanie. Instrukcja obsługi

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Benedykt XVI zwrócił się ku tym chrześcijańskim wyznaniom i odłamom, z którymi porozumienie doktrynalne wydaje się najbardziej możliwe. Postanowił wyjść im naprzeciw.

Kiedy w 1958 roku papieżem wybrany został patriarcha Wenecji kardynał Angelo Giuseppe Roncalli, watykaniści prognozowali, że będzie to pontyfikat przejściowy, krótkie interludium między dwoma dłuższymi okresami panowania innych biskupów Rzymu. Przesądzać o tym miał zaawansowany wiek nowo wybranego zwierzchnika Kościoła. Podczas konklawe Jan XXIII miał bowiem 77 lat. Komentatorzy w jednym się nie pomylili: ten pontyfikat rzeczywiście nie trwał długo, bo zaledwie pięć lat. Nie przewidywali jednak, że będzie on tak brzemienny w skutki. Sędziwy hierarcha zwołał bowiem Sobór Watykański II – najważniejsze wydarzenie w dwudziestowiecznych dziejach Kościoła.

Podobne opinie o „przejściowym pontyfikacie” pojawiły się w momencie wyboru Benedykta XVI. 78-letni kardynał Joseph Ratzinger okazał się bowiem najstarszym papieżem elektem w ostatnim stuleciu. A jednak wszystko wskazuje na to, że nie przemknie on jak meteor po nieboskłonie historii Kościoła, a jego pontyfikat nie będzie traktowany przez badaczy jedynie jako antrakt między dwoma znaczącymi odsłonami dziejów chrześcijaństwa.

Bractwo Kapłańskie św. Piusa X i ręka wyciągnięta do zgody

Przez większą część swojego kapłańskiego życia Joseph Ratzinger zajmował się bardziej uprawianiem teologii niż posługą duszpasterską. Nie inaczej jest także z jego pontyfikatem. W porównaniu z Janem Pawłem II w rozkładzie zajęć Benedykta XVI znajdziemy mniej pielgrzymek, mniej audiencji, mniejszą aktywność publiczną. Wynika to nie tylko z predyspozycji i charakteru papieża, lecz także z jego wieku (podczas konklawe w 2005 roku Joseph Ratzinger był o 20 lat starszy niż Karol Wojtyła w 1978 roku).

Benedykt nie ma już tyle sił. Nie jest tak aktywny jak jego poprzednik. Koncentruje się raczej na kilku sprawach, które uważa za szczególnie ważne i w których – jako teolog – czuje się kompetentny. Można powiedzieć, że jako papież kontynuuje swą posługę teologiczną, którą prowadził wcześniej jako profesor i kardynał. Wyrazem tego są choćby jego dwie pierwsze – stricte teologiczne – encykliki Deus caritas est i Spe salvi (poświęcone cnotom teologalnym: miłości i nadziei) oraz dzieło chrystologiczne Jezus z Nazaretu.

Dla każdego jednak, kto śledził dorobek pisarski Josepha Ratzingera, widoczna jest pewna zmiana akcentów, jaka dokonała się w jego twórczości po wyborze na papieża. Pełniąc funkcję prefekta Kongregacji Nauki Wiary, występował często jako strażnik ortodoksji, defensor fidei, obrońca czystości doktryny. W jego wypowiedziach nierzadko można było usłyszeć ton krytyki i ostrzeżenie przed błędnymi poglądami i naukami. Wielu komentatorów zarzucało mu, że jak na chrześcijanina jest zbyt pesymistycznie nastawiony do ludzkiej natury i możliwości człowieka. Wynikało to jednak z odczytania charyzmatu instytucji, którą wówczas kierował. Dostał mianowicie od Jana Pawła II zadanie strzeżenia integralności i nienaruszalności depozytu wiary, która była atakowana z wielu stron, i starał się ze swoich obowiązków jak najlepiej wywiązać.

Po objęciu tronu Piotrowego zmienił się jednak charyzmat jego posługi. Głównym zadaniem św. Piotra, zgodnie ze słowami samego Chrystusa, było „umacnianie braci w wierze”. Następcy apostoła, jeśli chcą być wierni swemu powołaniu, muszą wziąć te słowa głęboko do serca. Tak też się stało z Benedyktem XVI, którego encykliki, książki i homilie nabrały rysu w większym stopniu afirmującego chrześcijaństwo, podnoszącego ludzi na duchu i niosącego nadzieję.

Nie oznacza to, że zmienił się krytyczny osąd niektórych aspektów współczesności. Z chwilą wyboru na papieża pojawiły się natomiast w zasięgu Josepha Ratzingera nowe instrumenty oddziaływania, z których postanowił skorzystać. Ujawniły się one zwłaszcza w tym obszarze, z którym dotychczas jego nazwisko nie było kojarzone. Jeszcze jako kardynał wielokrotnie podkreślał, że jedną z największych przeszkód w głoszeniu Ewangelii na wszystkich kontynentach jest zgorszenie podziału. Chrześcijanie, którzy mają dawać światu wzór jedności i miłości, są głęboko podzieleni i negatywnie do siebie nastawieni. Zamiast dawać świadectwo, są antyświadectwem.

Jan Paweł II zrobił bardzo wiele, by doprowadzić do jedności między podzielonymi chrześcijanami, ale Benedykt XVI poszedł na tej drodze jeszcze dalej. Jego wzrok pobiegł ku tym chrześcijańskim wyznaniom i odłamom, którym teologicznie najbliżej do katolicyzmu i z którymi porozumienie doktrynalne wydaje się najbardziej możliwe. Postanowił więc wyjść im naprzeciw, wykonać gest dobrej woli, pójść na ustępstwa (oczywiście nie w kwestiach teologicznych, ale dyscyplinarnych, personalnych czy symbolicznych).

Najwięcej rozgłosu na świecie zdobyła tzw. sprawa lefebrystów, czyli kwestia zdjęcia ekskomuniki z czterech biskupów Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, którzy zostali wyświęceni w 1988 roku bez zgody Stolicy Apostolskiej. W szumie medialnym, jaki powstał po ujawnieniu bagatelizującej Holocaust wypowiedzi jednego z owych hierarchów, uwadze opinii publicznej umknęła podstawowa intencja Benedykta XVI. Otóż papież pragnął zażegnać największą schizmę, jaka powstała w XX wieku w Kościele katolickim. Dążył do uregulowania statusu nie tylko nieposłusznych kapłanów, lecz także pół miliona wiernych, którzy korzystają z posługi duszpasterskiej Bractwa.

W 1988 roku kardynał Joseph Ratzinger jako wysłannik papieża prowadził negocjacje z arcybiskupem Marcelem Lefèbvre’em w sprawie podporządkowania się tradycjonalistów Stolicy Apostolskiej. Wydawało się, że obaj hierarchowie osiągnęli kompromis, gdyż w sprawach doktrynalnych nie było między nimi większych różnic. A jednak wkrótce potem Francuz zerwał porozumienie i wyświęcił bez zgody Watykanu czterech biskupów.

Z tamtego okresu w Josephie Ratzingerze pozostało przeświadczenie, że w kwestiach teologicznych jest możliwe osiągnięcie jedności z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X, a problemem jest raczej inna wrażliwość, sposób myślenia czy kwestie dyscyplinarne. Tym bardziej, że sam podzielał niektóre z obaw lefebrystów dotyczących błędnej interpretacji Vaticanum Secundum czy kryzysu posoborowego. Dlatego jako Benedykt XVI uczynił krok, na który nie zdecydował się Jan Paweł II. Zniósł ekskomunikę czterech biskupów, nie stawiając żadnych warunków wstępnych. Można powiedzieć, że ukorzył się, wyciągając pierwszy rękę do zgody i nie zyskując w zamian nic. Mało tego: naraził się przez to na ostre ataki wielu świeckich mediów.

Czas pokaże, czy te działania papieskie (łącznie z motu proprio Summorum Pontificum) przyniosą pożądany efekt. W tego rodzaju sporach dobra wola musi bowiem istnieć po obu stronach.

Patriarchat moskiewski i sojusz w obronie cywilizacji

Pytanie o dobrą wolę jest kluczowe także w relacjach z prawosławiem, zwłaszcza zaś z patriarchatem moskiewskim. W czasach komunistycznych instytucja ta była w ogromnej mierze zależna od Kremla, a jej zaangażowanie w dialog ekumeniczny jawiło się wręcz jako funkcja sowieckiej dyplomacji. Upadek komunizmu nie zlikwidował zależności Cerkwi od państwa, ale niewątpliwie poluzował mocno gorset ściskający prawosławie.

W moskiewskiej optyce zmieniło się też postrzeganie Watykanu. W okresie sowieckim był on traktowany jako monolityczna część bloku zachodniego. Dlatego rosyjski patriarchat tak chętnie współpracował z protestanckimi konfesjami w Światowej Radzie Kościołów. Dziś widać jednak wyraźnie, że Zachód jest mocno podzielony, a głos Stolicy Apostolskiej bardzo często odcina się od stanowiska Waszyngtonu czy Brukseli. Dotyczy to zarówno spraw politycznych, takich jak interwencja zbrojna w Iraku, czy cywilizacyjnych, jak stosunek do aborcji czy badań nad komórkami macierzystymi. W tych kwestiach większość świadomych wyznawców prawosławia w Rosji zgadza się ze stanowiskiem Watykanu. Poza tym do głosu dochodzi coraz częściej wychowane już po upadku komunizmu nowe pokolenie prawosławnych księży , dla którego podstawowe znaczenie ma obrona życia poczętego czy tradycyjnej rodziny, a nie szukanie przeciwwagi dla wpływów katolicyzmu. Są oni mocno sceptyczni wobec dotychczasowej współpracy na forach międzynarodowych z wyznaniami protestanckimi, które liberalizują swą teologię moralną. Jednocześnie widzą, że w epoce globalizacji należy szukać sojuszników w obronie podstawowych wartości ponad granicami państw i konfesji.

Ta sytuacja powinna skłaniać patriarchat moskiewski do zacieśniania kontaktów z Kościołem katolickim. Niestety, było to niemożliwe z powodu zbyt dużego potencjału antypolonizmu wśród rosyjskich elit prawosławnych. Już to, że Polakami byli zarówno papież, jak i katolicki metropolita Moskwy, hamowało jakiekolwiek próby śmielszego dialogu.

Sytuacja zmieniła się wraz ze śmiercią Jana Pawła II i wyborem Benedykta XVI. Najbardziej znany teolog prawosławny diakon Andriej Kurajew powiedział wprost, że sam fakt, iż na czele Kościoła katolickiego nie będzie stał Polak, lecz Niemiec, otwiera nowe możliwości nawiązania dialogu. W tym kontekście należy zapewne odczytywać decyzję o zmianie na stanowisku metropolity moskiewskiego dokonaną przez Benedykta XVI w 2007 roku. Arcybiskup Tadeusz Kondrusewicz, który jest narodowości polskiej, został metropolitą mińsko-mohylewskim na Białorusi, a w Moskwie zastąpił go dotychczasowy rektor seminarium duchownego w Sankt Petersburgu, Włoch o. Paolo Pezzi.

Trudno odbierać ten krok inaczej niż jako wyciągnięcie dłoni. Czy gest ten zostanie odwzajemniony przez drugą stronę? Pewną nadzieję przynosi zmiana pokoleniowa, która dokonała się w moskiewskim patriarchacie po śmierci Aleksego II i wyborze Cyryla. Mianowicie osobą numer dwa w rosyjskiej Cerkwi, odpowiedzialną zarazem za stosunki międzynarodowe, został 44-letni biskup Hilarion Ałfiejew. Uważany za najwybitniejszą osobowość wśród prawosławnych hierarchów, błyskotliwy teolog i kompozytor, należy do generacji księży, którym komunizm nie przetrącił kręgosłupa, a zarazem pozbawiony jest antykatolickiego resentymentu. Będąc wcześniej biskupem w Wiedniu i reprezentantem rosyjskiego prawosławia przy instytucjach europejskich w Brukseli, poznał doskonale realia panujące w świecie zachodnim. Stąd bierze się jego niechęć do podtrzymywania współpracy z wyznaniami protestanckimi, które wyświęcają kobiety na księży, błogosławią pary homoseksualne czy nie uznają aborcji za grzech. Dla niego jest to jawne zaprzeczenie chrześcijaństwa.

Jednocześnie biskup Hilarion obserwował determinację i konsekwencję Stolicy Apostolskiej w obronie cywilizacji życia. Stąd też bierze się jego otwartość na współpracę z katolikami. Odpowiedzialnym za stosunki zewnętrzne patriarchatu moskiewskiego został dopiero rok temu, więc za wcześnie jeszcze mówić o przełomie w relacjach z innymi wyznaniami. Tym niemniej osoby zaangażowane w dialog ekumeniczny mówią, że bardzo na korzyść zmieniło się nastawienie wobec Kościoła katolickiego prawosławnych decydentów w Moskwie i że można się wkrótce spodziewać wspólnych inicjatyw obu stron. W pierwszym rzędzie będą to przedsięwzięcia w obronie fundamentów naszej cywilizacji przed „dyktaturą relatywizmu”, według określenia Benedykta XVI. Papież nie wyklucza jednak, że mogą się one stać początkiem poważniejszego dialogu ekumenicznego, którego celem pozostaje jedność Kościoła.

Benedykt jest bowiem świadom tego, że między światem prawosławnym a katolickim istnieją większe różnice kulturowe niż teologiczne. Nieprzypadkowo jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary w deklaracji chrystologicznej Dominus Iesus z 2000 roku odmówił denominacjom protestanckim prawa do posługiwania się mianem „Kościołów”, uznał natomiast, że przysługuje ono prawosławnym. Użył nawet wobec nich sformułowania „Kościół siostrzany”.

Kościół Anglii i szalupa dla ostatnich wierzących

Ze wszystkich konfesji, które powstały na skutek reformacji w XVI wieku, najbliższy doktrynalnie katolicyzmowi pozostawał Kościół anglikański. Oblicze tego wyznania zmieniło się jednak bardzo mocno w ostatnich dekadach XX wieku. To episkopalianie (czyli anglikanie w Stanach Zjednoczonych) byli pionierami w wyświęcaniu kobiet na księży (w 1976 roku) i na biskupów (w 1989 roku). W 1996 roku synod Kościoła anglikańskiego zdecydowaną większością głosów przegłosował, że po śmierci nie ma piekła, zaś duszę zatwardziałego grzesznika czeka nie potępienie, lecz anihiliacja – czyli unicestwienie. W ten sposób po raz pierwszy w historii jeden z Kościołów chrześcijańskich zerwał z podstawową prawdą wiary – o nieśmiertelności duszy. Głośne było oświadczenie jednego z uczestników owego synodu, ks. Iana Stubbsa z Manchesteru, o tym, że nie wierzy w ogóle w życie po śmierci.

W 1997 roku znany brytyjski historyk Paul Johnson zauważył:

Synod anglikański zachowuje się jak świecki parlament. Jeżeli jest silna grupa nacisku, to nacisk jest stosowany i doktryna się zmienia. Jeżeli brak grupy nacisku, to nie ma presji i doktryna pozostaje taka, jaka jest. Synod po prostu funkcjonuje jak świecka instytucja. Pierwiastek duchowy, pierwiastek etyki absolutnej przeciwstawionej relatywizmowi zanikł. Po drugie, Kościół Anglii zmienia swoje nauczanie, bo przeniknęły do niego świeckie grupy nacisku. Jest w nim bardzo silne lobby homoseksualne, które sparaliżowało rygoryzm moralny Kościoła. Lobby homoseksualistów jest najsilniejszym lobby w Anglii, które infiltruje słabe instytucje, a taką jest bez wątpienia obecnie Kościół anglikański. Właśnie dlatego nazywam Kościół anglikański Kościołem Sodomy.

W 1977 roku wewnątrz tej konfesji powstała Tradycyjna Wspólnota Anglikańska, skupiająca wiernych sprzeciwiających się rezygnacji z dotychczasowych elementów nauczania chrześcijańskiego, zwłaszcza w odniesieniu do teologii moralnej. Z czasem owa wspólnota zaczęła się sytuować w coraz większej opozycji wobec przedstawicieli głównego nurtu anglikanizmu, forsujących obyczajowe i doktrynalne zmiany.

Kroplą goryczy, która przelała czarę niezadowolenia anglikańskich tradycjonalistów, było wyświęcenie na biskupa w listopadzie 2003 roku pierwszego w dziejach chrześcijaństwa duchownego jawnie żyjącego w związku homoseksualnym. 56-letni ks. Gene Robinson z amerykańskiego Kościoła episkopalnego nie tylko porzucił swą żonę i dwie córki, by związać się z młodszym od siebie o sześć lat partnerem, ale uznał swój związek z drugim mężczyzną za sakramentalny. Stwierdził, że co prawda związki jednopłciowe są sprzeczne zarówno z Biblią, jak i z Tradycją Kościoła, ale nie oznacza to, że są grzeszne.

Tradycyjna Wspólnota Anglikańska próbowała wówczas przekonać Watykan, by stworzył nową strukturę, która włączyłaby do Kościoła katolickiego tych ortodoksyjnych anglikanów, którzy nie godzą się na zmiany zachodzące w ich wyznaniu, widząc w nich odejście od Ewangelii. Stolica Apostolska pod koniec pontyfikatu Jana Pawła II nie była jednak gotowa na taki krok. W watykańskich dykasteriach dominowało przekonanie, że taka decyzja może zaszkodzić dialogowi ekumenicznemu z anglikanizmem.

Podejście to zmieniło się dzięki Benedyktowi XVI. W listopadzie 2009 roku podjął on decyzję o powołaniu prałatury personalnej dla anglikanów, którzy chcą powrócić do jedności z Rzymem, a jednocześnie zachować swą specyfikę liturgiczną i kulturową. Można powiedzieć, że jest to pewna forma unityzmu, gdyż anglikanie otrzymają możliwość tworzenia ordynariatów personalnych i osobnych seminariów, odprawiania własnej liturgii w duchu Book of Common Prayer, a nawet zachowania małżeństw dla duchownych (choć już nie dla biskupów). Tym samym otwiera się droga do powrotu na łono Kościoła katolickiego dla ok. 400 tysięcy wiernych skupionych w Tradycyjnej Wspólnocie Anglikańskiej. Co ciekawe, decyzję papieża poparło wielu konserwatywnych biskupów anglikańskich, dla których ich macierzysty Kościół stracił chrześcijańskie oblicze. Arcybiskup Robert Duncan oświadczył nawet, że wybór między katolicyzmem a anglikanizmem nie jest wyborem między dwoma chrześcijańskimi wyznaniami, lecz alternatywą między religią życia a religią śmierci.

Benedykt XVI uznał więc, że dialog z głównym nurtem anglikanizmu nie ma sensu, należy zaś otworzyć drzwi dla tych, którym bliższe jest nauczanie Jezusa Chrystusa niż duch czasów. Być może więc przygarnięcie tradycyjnych anglikanów okaże się największym sukcesem ekumenicznym tego pontyfikatu. To zaś stanie się jednym z elementów odbudowywania widzialnej jedności Kościoła.

Nowa nadzieja jedności
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów. W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...