Konstanty
Oferta specjalna -25%

Po co światu mnich?

0 opinie
Wyczyść

Konstanty został pochowany nad Loarą, skąd dawniej przychodziły do nas wstążki i karabiny. Tak przynajmniej mówiła stara piosenka nucona przez inżyniera Aleksandra Miłosza. Wstążki i karabiny – bo właśnie w takim porządku powinno oddziaływać na prowincje każde ambitne mocarstwo. Wstążki symbolizujące nie tylko płochość, ale i język zaczęły płowieć w Warszawie w latach 30. XX wieku, kiedy to francuski powoli zaczynał swój odwrót spychany na peryferia przez angielski, co dobrze świadczy o węchu polskiej kultury, która zawsze jest naśladowcza. Karabiny utknęły ostatecznie na Linii Maginota podczas „dziwnej wojny”, choć niektórzy ten okres wolą nazywać „wojną dziwnych”. Dlaczego Konstanty władający świetnie angielskim wybrał Francję na swoje siedlisko, kiedy – mniej subtelny umysł – Andrzej Bobkowski czuł, że zaczyna być parafialnie i zwinął się do swojej Gwatemali – jest raczej pytaniem retorycznym, zważywszy na jego wychowanie, czyli zespół grzecznych przyzwyczajeń i pociągów, sytuację rodzinną i finansową oraz ten prosty fakt, że Francja konała jednak długo, by umrzeć i zmartwychwstać, niestety, nie w Camusie i pilocie Saint–Exuperym, ale w Simone de Beauvoire, czyli starej babie zapeklowanej w mieszance zazdrości, pretensji i stereotypów. Podejrzewam jednak, że Konstanty w swojej duszy był wiecznym chłopcem i to też zaważyło na jego osiedleniu. Podczas wojny służył u Maczka, jeździł na M4 shermanie i uczestniczył w pięciu bitwach pancernych, a skoro już sobie wyzwolił taki kawał przestrzeni, to nie pozostało mu nic innego, jak tylko w niej zamieszkać. Z prostej chłopięcej dumy.

Był mózgowcem, o czym sam wspomina w liście do profesora Knoxa, co świadczy na korzyść Słowian zawsze podejrzewanych o nieprzewidywalność: „Uderzała mnie przewaga, jaką mają nade mną moi towarzysze broni – często wiedzieli instynktownie, gdzie znajduje się przeciwpancerna broń nieprzyjaciela albo w którym miejscu może pojawić się tygrys. To, co sam próbowałem odgadnąć w drodze dedukcji, wspomagając się mapą i wiedzą teoretyczną”. Synowi konsula trudno się było oczywiście mierzyć z chłopskimi synami obdarzonymi intuicją, wrodzonym sprytem i chytrością, ale przecież nie został mniej obdarowany przez swoich przodków, bo wziął w spadku ich krew zawierającą „metaliczne refleksy”, co po staroświecku zwie się po prostu wysoką kulturą. Zrobić przyjemność cieniowi jest chyba obowiązkiem żyjących, więc ukryłem dla niego w poprzednim zdaniu aluzję do Hugo von Hofmannsthala, którego czytał, bo czytał wszystko i literackie tereny, po których się poruszał z pełnym swobody wdziękiem budzą podziw, zdziwienie i zazdrość u nas, ludzi posługujących na co dzień garstką słów w liczbie 1500. Dla zawstydzenia nas przytoczę więc ten iście królewski cytat: „Pałac – słudzy – suknia z trenem – marmurowa posadzka: moi przodkowie, wierzaj, posiadali to wszystko na zewnątrz i zarazem mieli to w sobie. Ich krew zawierała metaliczne refleksy wszystkich tych przedmiotów, tak jak woda lśnić może srebrem, spiżem, porfirem. Mój los jest dla mnie pałacem. Owo z głębi płynące »należysz do mnie«, które powiadam blaskowi świecy padającemu na kartę papieru, kiedy zajęty jestem przepisywaniem”. Tego „należysz do mnie” Konstanty nie powiadał jednak jednej świecy, bo jak sam wspomina – był prawdziwym piromanem, uwielbiał ogień, światło świec, o czym mogą zaświadczyć liczne skonstruowane przez niego lustres, które rozwieszał na drzewach w zrujnowanym klasztorze, kiedy na wakacje przygarniała go Noza. Chłopięca fascynacja ogniem czy znów głębsze konteksty? Nie wszystko przecież było u niego wysokie – o czym wspomina Miłosz w swoim Abecadle – lubił drakę i nurzał się w kulturze przyzwalającej również na jego homoseksualne miłostki. „Ta poprawka do wizerunku Kota – pisał pan Profesor – nie uwłacza, moim zdaniem, zasadom lojalności wobec człowieka niezwykłego, który bez swoich wad byłby aż nadludzkim ideałem”.

My z nabożeństwem nowobogackich wciąż jeszcze smakujemy takie słowa jak Europejczyk, Kosmo-Polak, pragnąc tych słów i całkiem do nich nie dorastając. On pewnie delikatnie by się uśmiechnął, słuchając podobnych recenzji na swój temat. On po prostu był i żył. Sloganom i naszej, hm, europejskiej odwetowości przeciwstawiał najprościej brak pretensji, który profesor Kubiak uważał za charakterystyczny dla europejskiej duchowości, a przecież tego wrażliwca nie bolało wcale mniej niż innych oszustwo Sprzymierzonych, którzy z Europy wyrzucili nas kuchennymi drzwiami. I nie było wspólnej defilady i sojuszniczego bankietu. Anders poszedł pracować na zmywaku. Ogromnie zaimponował mi ton listu młodego Jeleńskiego, porucznika odznaczonego dwukrotnie Medalem Wojska i Krzyżem Zasługi z Mieczami. Tak pisał 9 stycznia 1945 roku do profesora Knoxa: „Na początku roku, który rozpoczął się tak fatalnie dla mojego kraju, który potwierdził też moje obawy co do długości trwania tych gorzkich zmagań, prawdziwą pociechą stały się dla mnie Pana mądre słowa – mądre tym rodzajem mądrości, która przynosi przynajmniej nadzieję i która nie stoi w sprzeczności z rozumem. Faktycznie jedynym pocieszeniem dla mnie jest fakt, że mam przyjaciół – Brytyjczyków, Polaków i innych, którzy myślą podobnie jak ja i cenią podobne wartości, oraz ta wielkoduszność, o której tak wspaniale Pan mówi i którą staram się kultywować obecnie bardziej niż kiedykolwiek”. Oczywiście, on był Europejczykiem, a oprócz braku pretensji i wielkoduszności posiadał pewien rasowy odruch od biedy określany jako zniecierpliwione zdziwienie.

Objawiało się ono, kiedy bez jego zgody próbowano go obwołać pisarzem, choć żadnej książki jeszcze nie napisał. Te obwoływania i wciąganie na postument są cechą charakterystyczną biedaków, i nawet jeśli opinie o talencie pisarskim są słuszne, to styl europejski każe najpierw zapytać „wciąganego”, czy sobie tego życzy i co sam o sobie mówi. Rzeczy dla nas niezwykłe są na zachód od berlińskiego muru zwykłe również z tego powodu, że piszących jest więcej, filozofów jest więcej, biblistów jest więcej, malarzy więcej, nauka stoi lepiej, a my – jak już o tym złośliwie wspominałem w Marcelu – posiadamy wciąż jeszcze tylko pojedyncze egzemplarze. Nawet Herbert – jeden ze śródziemnomorskich przecież – miał pretensje, że na Zachodzie zdychają nasze eksportowe pasje, nasza zadzierzystość powtórnych odkrywców: „Kiedy jego rękopisy wędrowały na Zachód, oceniano je na ogół przychylnie jako prace wykazujące duże oczytanie autora, kulturę i zalety warsztatu. Były to dla niego żałosne komplementy. To tak, jakby cała pasja i bunt ulotniły się nagle przez prosty fakt przekroczenia granicy”. A jak chciał być postrzegany Jeleński? Pewnie jako ktoś, kto chce po prostu usłużyć. Był uważnym czytelnikiem poetów, któremu bezgranicznie ufał Miłosz, i był prawdziwym i skromnym sługą pisarzy – zapodał Zachodowi Gombrowicza. Wybiegał najzwyczajniej do pracy, wracał z niej do domu, odbierał pocztę i zostawiał kluczyki w skrzynce na listy, czytał, notował, karmił koty, przyrządzał czerwony barszcz (zostawiając garnek na małym ogniu i wyjeżdżając do Londynu…). Tak nie postępuje apokaliptyk wyzbyty kompletnie nadziei, kochający co prawda świat, ale odmawiający mu szansy na korekcję lotu i naprawę, proponujący w zamian higieniczną eutanazję, przerwanie cierpień albo nawet podpalenie go całego.

Ktoś taki nie mógł ględzić o warunkach działania, które powinno wypływać tylko z intencji zawsze i bezwzględnie czystych i szlachetnych. Zbytnio pachniało to romantyzmem i najprymitywniejszą pychą, gdyż tylko Bóg może tak działać. Jeleński wybrał zwykłe gospodarzenie człowieka. Staroświeckie gdzieś pod spodem jak jego również staroświecka nieco kurtuazja. Mówił światu jak Hofmannsthal do świecy: „Należysz do mnie”. Nie wypada mi jednak kończyć zbyt podniośle, bo byłaby to zdrada cienia, który właśnie jak urwis w klasie pokazuje coś na migi, jego palce wskazują na południe, jeszcze bardziej na południe, jeszcze na południe… A obok niego drugi cień, to cień poety Josifa, który to zdanie wymyślił, żeby miłosiernie opatrzyć nasze kompleksy jak ranę: „To, co zwyczajowo reklamuje się jako kulturę europejską, zaczęło się na wybrzeżu Morza Śródziemnego i dopiero stosunkowo niedawno pokonało Alpy”. Morze Śródziemne to tam, gdzie Konstanty łowił jeżowce na późne śniadanie dla Leonor Fini.

Konstanty
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze