Pochwała ogłoszeń
Oferta specjalna -25%

Liturgia krok po kroku

0 opinie
Wyczyść

Głoszenie kazań to swoista gra: duszpasterze bezkrytycznie i niejako z obowiązku wypowiadają niezrozumiałe frazy, a lud wierny z kamienną twarzą słucha tych dobrze znanych, a przecież tajemniczych stwierdzeń.

Uczestnicząc w wielu mniej lub bardziej uroczystych liturgiach, coraz częściej z utęsknieniem czekam na ogłoszenia duszpasterskie. Dlaczego? Bo je po prostu rozumiem. Odnoszę zresztą wrażenie, że dla większości uczęszczających do naszych kościołów właśnie one są najważniejsze. Ogłoszenia bulwersują, budzą kontrowersje, rozśmieszają, po prostu interesują. Są wygłaszane w konkretnym celu i w związku z tym niosą z sobą jakąś myśl. Informują, zachęcają, ganią, wychwalają i w ten sposób integrują lud Boży, a przede wszystkim są wyrazem tego, co naprawdę chce powiedzieć duszpasterz.

Kaznodziejska ciuciubabka

Niestety, niewiele z pozytywnych cech ogłoszeń da się przypisać kazaniom. Póki jeszcze słyszymy tak zwane przykłady z życia – trudno się czepiać. Kaznodzieje potrafią opowiedzieć coś zabawnego, wzruszającego, interesującego.

Póki zostajemy na płaszczyźnie czysto ludzkiej, nie jest źle – wielu księży i zakonników przemyślało problemy relacji międzyludzkich, ma za sobą doświadczenie życia we wspólnocie, wielu jest też przyzwoitymi psychologami amatorami.

I dopóki trzeba przypomnieć sobie wiedzę egzegetyczną, także nie musi być tragicznie – przy minimalnym przyłożeniu się do kazania z pomocą opracowań czy notatek z seminarium można wiele zdziałać. Prawdziwy problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba przejść na teren teologii…

„Przyjmijmy Boże zaproszenie na wejście w przestrzeń tajemnicy Eucharystii”
„Przeprośmy Boga, że nie zajmował pierwszego miejsca w naszym życiu”
„Otwórzmy nasze serca na mądrość Jezusa”
 „Naśladujmy Maryję w jej postawie zgody na Boże plany”
„Niechaj Boża łaska przeniknie na nowo nasze życie”
„Zbliżmy się do tajemnicy Trójcy i zanurzmy się w jej miłości”

Te i inne wezwania mogą dobrze służyć jako krótkie zachęty podczas poszczególnych części liturgii, ale niestety niejednokrotnie utkane są z nich całe kazania, homilie, konferencje czy rekolekcje. Takich zdań słyszymy wiele, w różnych konfiguracjach, często powtarzanych parokrotnie, co najwyżej w lekko zmienionej formie. Wiele wskazuje na to, że prowadzimy za ich pomocą swoistą grę: duszpasterze je bezkrytycznie i niejako z obowiązku wypowiadają, a lud wierny z kamienną twarzą słucha tych dobrze znanych, a przecież tajemniczych stwierdzeń. Wszyscy są zadowoleni – kaznodzieja, bo spełnia swój obowiązek, a słuchacze – no cóż: jest o Bogu, jest o nas, nie ma o polityce, składnie i krótko, czyli są zachowane cechy dobrego kazania powszechnie uważane za podstawowe. To, że za powyższymi zdaniami często nie stoją żadne godne wyartykułowania myśli, to, że nie wiadomo, co się za ich tajemniczym brzmieniem kryje, przeszkadza już mniej.

Kazanie, homilia – miejsce tłumaczenia i przybliżania Słowa Bożego – staje się kolejnym liturgicznym aktem, z własnym hermetycznym językiem. To po prostu moment, w którym ksiądz ma wypowiedzieć parę pobożnych frazesów. Dobrze, jeśli zrobi to z przekonaniem – co prawda do ich zrozumiałości nie wnosi to wiele, ale przynajmniej pozostaje wrażenie, że jest ktoś, kto wie, o co chodzi.

Tak, jedyna nadzieja, że za poszczególnymi zdaniami często rzeczywiście stoją ludzie oddani Kościołowi, dobrzy duszpasterze, mający tzw. charyzmę. Wtedy nie jest aż tak ważne, co dany kaznodzieja mówi, bo o wiele ważniejsze jest, jak mówi i – przede wszystkim – kim jest, jakiego go znamy skądinąd. To dobre zjawisko, w dużej mierze prawidłowe, gdy jednak spycha na margines treściowy aspekt wypowiadanych w kościołach słów, świadczy o wielokrotnie denuncjowanej intelektualnej słabości polskiego katolicyzmu.

Oczywiście bywają wśród zdań głoszonych z ambon stwierdzenia ewidentnie wykraczające poza ortodoksję, ale wypowiadane są one najczęściej nieświadomie, przez nieuwagę lub zły nawyk. W zdaniach zacytowanych wyżej nie ma herezji, na próżno tropilibyśmy dogmatyczne błędy. Problem polega tylko i aż na tym, że same w sobie, bez wytłumaczenia i omówienia, nic nie znaczą. Reprezentują jedynie współczesną kościelną nowomowę, której słuchamy, a którą już poza kościołem trudno powtórzyć, bo tak naprawdę nie wiadomo, o co miałoby w tym chodzić.

Gdzie jest klucz?

Przejdźmy do owych kluczowych zdań, bo w końcu zawsze lepiej przyjrzeć się konkretom. Jeśli nawet założymy, że „wejście w przestrzeń tajemnicy Eucharystii” bywa rozumiane przez słuchających kazanie, to jednak podkładane są tu tak różne treści, że o jakimś wspólnym hermeneutycznym kluczu nie ma mowy. Co się bowiem ma stać? Mamy bardziej intensywnie przeżywać liturgię eucharystyczną? Może skupić się bardziej na wypowiadanych od ołtarza słowach? Głośniej odpowiadać w momentach dialogu liturgicznego? Przyjmować komunię, wzbudzając w sobie to, co uważamy, że jest uczuciem żarliwości? Zamknąć oczy, zacisnąć zęby i starać się zapomnieć o problemach dnia codziennego? A jak już zapomnimy, to co wtedy? Odpowiedź zależy oczywiście od jasnego określenia, czym jest Eucharystia, a w takie rzeczy kaznodzieja zwykle nie chce wchodzić. „Niech każdy rozumie, co chce, bo to w końcu i tak wielka tajemnica” – tak brzmi najbardziej przewrotna odpowiedź.
Łatwo powiedzieć o „pierwszym miejscu, które powinien w naszym życiu zajmować Pan Bóg”, ale trudniej wyleczyć wszystkie skrupuły tych, którzy z przerażeniem odkrywają, że całymi dniami myślą wyłącznie o chorym dziecku, swojej ukochanej lub czekającym egzaminie. Ewidentnie Pan Bóg pierwszego miejsca nie zajmuje, bo możemy wyliczyć tych ludzi i te sprawy, o których więcej myślimy, którym więcej poświęcamy czasu, które bardziej nas zajmują. Czy to źle? I proszę: dobrze brzmiąca parafraza z Ojców Kościoła staje się pułapką, źródłem nieustannych wyrzutów sumienia. W końcu nawet codzienne uczestnictwo we mszy to jedynie 30 minut i nijak się ma do czasu poświęcanego na pracę zawodową. No, ale kaznodziei to już nie interesuje, bo najważniejsze, że wypowiedział okrągłe zdanie.

„Otwieranie serc na mądrość Jezusa” też nie jest łatwe. Samo „otwieranie” staje się problematyczne, bo niby jak się takie otwarcie ma dokonać? Siłą woli – być może, ale ku czemu ma być skierowana ta siła? Gdzie ją przyłożyć? Mądrość też jest sporą komplikacją. Książek czytać nie trzeba, bo to w końcu ma być mądrość Jezusa, a nie ludzka. Można być wykształconym i wcale mądrości Jezusa nie nabyć – to jasne. Chwalić się tą mądrością nie wypada i w związku z tym nie bardzo wiadomo, do czego by jej użyć. Czy odmówienie różańca może nas do tej mądrości automatycznie przybliżyć, czy trzeba jeszcze jakichś dodatkowych warunków? Jako że jest nieweryfikowalna, „mądrość Jezusa” staje się kolejnym problemem dla naszego sumienia. Czy mamy tę mądrość, gdy na przykład denerwujemy się na bliźniego, odkrywając, że nas sprytnie okrada, czy może raczej wtedy, gdy trwamy w obojętności na świat i ludzi? Czy gdy cieszymy się z własnej inteligencji, to równocześnie tracimy „mądrość Jezusa” przez nasz brak pokory? Dużo tu niewiadomych i jak zwykle w takich przypadkach, przy odrobinie wrażliwości na usłyszane słowo, pozostaje niepewność i lęk. Szkoda.

„Naśladować Maryję w jej postawie zgody na Boże plany” byłoby na pewno łatwiej, gdyby to do nas przyszedł anioł z jakąś konkretną propozycją. Ale my musimy najpierw zrozumieć, co te Boże plany oznaczają dla nas i dla świata. Może chodzi głównie o to, żeby nie popadać w smutek, gdy ktoś bliski odchodzi? Wtedy mamy do czynienia z „naśladowaniem Maryi pod krzyżem”. Wydaje się, że to podstawowy kierunek interpretacji kaznodziejskiej frazy. Trudno też nie zapytać: A może jednak Bóg ma wobec nas inne plany? Co wtedy? Wypada w tym miejscu przywołać kwestię Bożej Opatrzności, ale najczęściej nikt z zebranych tak głęboko nie chce wchodzić w to zagadnienie. Ostatecznie wystarczy sobie pomyśleć, że „naśladowanie Maryi” to zasadniczo „bycie lepszym”, tak ogólnie i niezobowiązująco. Biednych skrupulantów, poszukujących przez całe lata drogi życia, odeśle się w razie czego do psychologa.

Możemy sobie serdecznie życzyć, aby „Boża łaska przeniknęła na nowo nasze życie”, ale co to znaczy? Że do tej pory przenikała źle? A co to w ogóle oznacza, że ma „przenikać”? I nie ma co uciekać w przenośnię witraża, że to jak słońce nadające kolory. Ładne porównanie, ale w praktyce to po prostu więcej myśleć o Bogu czy o pięć minut dłużej się modlić? Czy ta łaska to coś obiektywnego i działającego w świecie stale, czy coś, co przenika wtedy, kiedy my chcemy? A jeśli już przeniknie, to pozostawia jakieś ślady, czy też za każdym razem przenika na nowo? Jak tę łaskę sprowokować i jak poznać, że już przeniknęła? Wiele pytań się rodzi. Jeśli ktoś zbyt gruntownie się za to zdanie zechce zabrać, to czeka go fascynująca droga odkrywania ważnych prawd o Bogu. Szkoda tylko, że ani kaznodzieja nie chce (nie potrafi? boi się?) tą drogą pójść, ani innych nią prowadzić.

W końcu zaś trzeba „zbliżyć się do tajemnicy Trójcy i zanurzyć się w jej miłości”. To już naprawdę nie lada sztuka. Co to oznacza „zbliżyć się” w tym kontekście? Więcej rozumieć czy więcej przeżywać? Wezwać Ducha Świętego, prosząc o konkretny dar, powierzyć się Ojcu w jakiejś krótkiej modlitwie z książeczki, czy może popatrzeć na Oblicze Chrystusa w ikonie ołtarza bocznego? Rozsądek podpowiada, że cokolwiek się zrobi, to i tak będzie dobrze. Po co więc obudowywać to tak dziwnymi zdaniami?
„Zanurzać się w miłości Trójcy” też nie bardzo się da, bo nie wiadomo przecież ani jak, ani gdzie. Może po prostu przyjąć komunię świętą? Ale czy owo „zanurzanie w miłości” może być aż tak banalne? Lepiej już zostać z niedosytem i nadzieją, że kaznodzieja wie, o czym mówi, ale z braku czasu nam nie wytłumaczył. Może i lepiej – przynajmniej nie przedłużył.

Życzmy sobie odwagi  

Tekst ten piszę w pierwszej kolejności do mnie samego. Jest pytaniem o to, jak studiować teologię i jak jej uczyć, aby chciało i potrafiło się mówić o Bogu skuteczniej, bardziej bezpośrednio i zrozumiale. Mam jednak także nadzieję, że żaden kaznodzieja, który przeczyta powyższe słowa, nie pozostawi już nigdy tych konkretnych zdań bez komentarza. To oczywiście tylko przykłady i jeszcze lepiej byłoby, żeby przy wszystkich innych zdaniach zadał sobie jedno podstawowe pytanie: „No dobrze, ale co to znaczy?”.

Tekst ten pomyślany jest też jako pocieszenie dla wszystkich, którzy słuchają kazań i chcą przy tym myśleć – chciałoby się im powiedzieć: spokojnie, nawet po wielu latach studiów teologicznych nie wszystko się w Kościele rozumie i ciągle ma się ochotę pytać o – wydawałoby się – najbardziej podstawowe rzeczy. Tej odwagi stawiania pytań wszyscy sobie możemy życzyć, bo jeśli jej zabraknie, to na zawsze możemy zostać przy ogłoszeniach…

Pochwała ogłoszeń
Piotr Napiwodzki

urodzony 12 czerwca 1972 r. w Jeleniej Górze – były polski dominikanin, teolog, filozof, tłumacz, absolwent Papieskiej Akademii Teologicznej. Do zakonu wstąpił w 1993 roku, święcenia kapłańskie otrzymał 3 czerwca 2000. W...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze