Tlen globalnej wioski

Tlen globalnej wioski

Oferta specjalna -25%

Pierwszy List do Koryntian

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Celem współczesnego kapitalizmu jest to, aby dzisiejsze dzieci nigdy nie stały się dorosłe, obecni zaś dorośli stali się ponownie dziećmi.

To nieprawda, że próbowano chrześcijaństwa i nie zdało egzaminu. Prawda jest taka, że jak dotychczas jeszcze go prawie nigdy nie wypróbowano.

Gilbert Chesterton

Żyjemy w świecie, który radykalnie się skurczył (odległości przestały mieć znaczenie) i radykalnie przyśpieszył (czas przestał mieć znaczenie). Technika i rynek sprawiły, że zniwelowany został dystans i odległość między ludźmi, ale w żadnym wypadku nie staliśmy się sobie bliżsi, choć – jak nigdy przedtem czujemy, że jako ludzie – płyniemy w tej samej łodzi. Łączą nas transakcje, nie relacje. Żyjemy więc „obok siebie”, ale nie żyjemy „ze sobą”. Jeden nie chce nosić ciężarów drugiego. Solidarność jest towarem deficytowym. Czyż właśnie ten bijący po oczach jej brak nie jest swoistym leitmotivem nauczania społecznego Benedykta XVI?

Trzy fundamenty

Ten gorzki obraz świata społecznego początku XXI wieku, dający się wyczytać z papieskich tekstów, mimo spektakularnych odkryć medycyny, techniki czy głośnych akcji charytatywnych – ma swoje źródło w rozejściu się dróg prawdy i miłości. W perspektywie Benedykta XVI pierwszą zasadą w optyce postrzegania świata, również tego pozakościelnego, są bowiem miłość (caritas) i prawda (veritas). Miłość nie tylko rozumiana w sensie teologicznym, jako jedna z trzech cnót podstawowych (oprócz wiary i nadziei), ale także jako zasada organizująca życie społeczne. „Miłość jest królewską drogą nauki społecznej Kościoła” – stwierdza papież.

Drugim filarem jest prawda. Rzecz jasna, nie idzie o prawdę zgodności rzeczy z myślą, ale o prawdę rozumianą jako zgodność wiary z czynem. Co to znaczy? Ano to, że – jak stwierdza św. Jakub – „wiara bez uczynków jest martwa”. Pisze papież: „Bez prawdy miłość kończy się na sentymentalizmie. Miłość staje się pustą skorupą, którą można dowolnie wypełnić. W kulturze bez prawdy istnieje ryzyko wypaczenia miłości”. Motto tej społecznej ewangelii Benedykta mogłoby zatem brzmieć tak: „miłość bez prawdy jest ślepa, ale prawda bez miłości pusta”.

Miłość i prawda to, oczywiście, teologiczne fundamenty, na których opiera się społeczne nauczanie papieża. Trzeba jednak zobaczyć, jak ono się przejawia w realiach życia społecznego, jak koresponduje z naszym codziennym zmaganiem się z trudnościami. Czy za tymi starymi kategoriami chrześcijańskimi idzie także intrygująca diagnoza naszej „płynnej ponowoczesności”, jakby powiedział Zygmunt Bauman, i naszego zatomizowanego społeczeństwa, które celuje w „zimnych relacjach”, czyli takich, gdzie między ludźmi nie ma miejsca na zobowiązania, gdyż każdy przejaw odpowiedzialności za drugiego traktowany jest jako przywiązywanie sobie kamienia do szyi? Czy też społeczne nauczanie Benedykta ociera się o znane przecież dobrze w Kościele moralizatorstwo, które u słuchaczy – znanych ze swego realizmu, by nie powiedzieć cynizmu – wywołuje co najwyżej uśmiech poirytowania?

Pośród wielu tekstów, które Benedykt poświęcił dotychczas rozjaśnianiu dróg społecznej ewangelii Jezusa, trzy – w moim przekonaniu – wydają się kluczowe. Są już symbolami tego pontyfikatu. Po pierwsze, jest to druga część encykliki Deus caritas est (2005) – i wątki dotyczące relacji między miłością i sprawiedliwością. Drugim elementem tej społecznej układanki jest encyklika Caritas et veritate (2009). Los tak sprawił, że papież musiał zmierzyć się w niej ze światowym kryzysem ekonomicznym i gospodarczym, który wybuchł po upadku amerykańskiego banku Lehman Brothers w 2008 roku. I rzecz ostatnia, pokazująca Benedykta jako „zielonego papieża” – mocne, proekologiczne przemówienia na tegoroczny Światowy Dzień Pokoju, którego hasło brzmi: „Jeśli chcesz dbać o pokój, to otocz troską stworzenie”. Zobaczmy więc, jakie przesłanie daje się wyczytać z tych trzech fundamentów papieskiego nauczania społecznego.

Autorytet cierpiących

Trwają nadzieja, wiara i miłość, naucza św. Paweł, a z tych trzech największa jest miłość. Z kolei św. Jan dodaje, że nie lęka się tylko ten, kto wyćwiczył się w miłości. Nie dziwi, że papież pisze w swej pierwszej encyklice Deus carits est, iż „miłość jest służbą, którą Kościół pełni, aby nieustannie wychodzić naprzeciw cierpieniom i potrzebom, również materialnym, ludzi”. Kto w tej optyce pojawia się na pierwszym planie? Człowiek, który cierpi. Taki człowiek nie ma narodowości, nie ma koloru skóry, nie ma poglądów politycznych, nie ma orientacji seksualnej… – to znaczy on to wszystko ma, tyle że owe przypadłości schodzą na drugi plan wobec krzyku jego bólu, domagającego się naszej odpowiedzi.

To prawda, że – jak notuje wybitny katolicki teolog Johann Baptist Metz – „autorytet cierpiących” jest „słabym” autorytetem, ale zarazem jest to dziś jedyny autorytet, jaki „pozostał nam jeszcze w naszym zglobalizowanym świecie. Jest on jednak w tym sensie tak »mocny«, że ani religijnie, ani kulturowo nie można go ominąć”. Jeśli tak, to człowiekowi cierpiącemu musi podporządkować się każdy rozum, każda etyka, każda polityka. Cóż nam bowiem po rozumie, etyce czy polityce, jeśli są one ślepe na krzyk ofiar i błagania cierpiących? Czyż nie miał więc racji niemiecki filozof Theodor Adorno, mówiąc: „dać się wypowiedzieć cierpiącemu – oto warunek wszelkiej prawdy”?

A jeśli tak, to Kościół wobec ubogich i cierpiących nie może milczeć. Ba, nie może sobie pozwolić na luksus niedziałania. Stąd zaangażowanie Kościoła w dzieła miłosierdzia – myślę choćby o „Caritas”. Tym bardziej, że „miłość jest bezinteresowna – stwierdza papież. – Nie praktykuje się jej dla osiągnięcia innych celów”. A zatem gesty dobroci, chęć niesienia pomocy potrzebującym są rzeczywiście sprawdzianem naszego człowieczeństwa. Ba, są sprawdzianem naszego chrześcijaństwa. Ma więc rację papież, notując, że nie ma takiego porządku społecznego, który sprawiłby, że miłość i dobroczynność stałyby się zbędne. Że da się stworzyć taki świat, w którym „gest Samarytanina” byłby zupełnie niepotrzebny. Ubodzy i cierpiący, niestety, można rzec, zawsze będą pośród nas. I zawsze będą testem na nasze miłosierdzie.

Z drugiej jednak strony zaangażowanie charytatywne nie może zastąpić dążenia do sprawiedliwości społecznej. Do budowania takiego porządku społecznego i politycznego przez państwo, który znosiłby nierówności społeczne, który nie godziłby się na dyskryminację i nietolerancję. Jest to, oczywiście, punkt, gdzie polityka schodzi się z wiarą. Kościół jednak nie chce, nie może wyręczać państwa w tworzeniu sprawiedliwego porządku społecznego. Zapytacie więc, co Kościół może? Do czego w takim razie sprowadza się jego rola?

Benedykt mówi prosto: rola katolickiej nauki społecznej sprowadza się do formowania ludzkich sumień w taki sposób, by – kiedy człowiek widzi niesprawiedliwość – nie odwracał się do niej plecami. Bo kiedy widzisz niesprawiedliwość i nie reagujesz, nie tylko że zdradzasz obojętność, ale jesteś jej współwinny. Jak przenikliwie notował Abraham Joshua Heschel, rabin polskiego pochodzenia, w wolnym społeczeństwie nie wszyscy są winni, ale wszyscy są odpowiedzialni. To samo mówi papież, kiedy pisze, że Kościół „chce służyć formowaniu sumienia w polityce i wpływać na to, aby rosła czujność na prawdziwe wymagania sprawiedliwości i równocześnie gotowość do reakcji w oparciu o nie, również gdy sprzeciwiałoby się to osobistej korzyści”.

Dlaczego jednak sumienie ma być tym, co stwarza szansę na nieobojętność? Bo w przeciwieństwie do wielości systemów etycznych, sumienie jest jedno. A „sumienie jest w człowieku tym, co stałe i co nie zawodzi – pisze ks. Józef Tischner. – Do tego trzeba jednak jednego: chcieć mieć sumienie. Sumienie mają bowiem przede wszystkim ci, którzy chcą je mieć”. Zgoda, że sumienie może być źle uformowane i człowiek może zniszczyć w sobie to, co stanowi o jego człowieczeństwie. Ale to również radosne, bo okazuje się, że – to znów Tischner – „sumienie zawsze można odbudować, byle tego chcieć”. Właśnie: byle nam się chciało chcieć.

Chcę, więc jestem?

Jednak fundamentalnym tekstem w katalogu wypowiedzi Benedykta XVI poruszającym wątki społeczne jest encyklika Caritas et veritate (2009). Przede wszystkim dlatego, że papież pisał ją w czasie szalejącego kryzysu gospodarczego, który sprawiał, że ludzie z dnia na dzień tracili pracę i domy, banki upadały szybciej niż źle zarządzane firmy, a kraje – jak Islandia – stawały na skraju bankructwa. Co więcej, kryzys wcale nie został przezwyciężony, o czym świadczą dzisiejsze problemy Grecji, która przez „kreatywną księgowość” swoich rządzących staje się chorym „człowiekiem Unii Europejskiej”. Na ile grecki wirus jest zakaźny, przekonamy się już niebawem na własnej skórze.

Panika jednak jest duża, gdyż wyznawcy dogmatu TINA (There is no alternative) – czyli, że dla neoliberalnej ideologii nie ma alternatywy, a kapitalizm to najlepszy system z możliwych, przecierają dziś oczy ze zdumienia, że przestaje on działać tak sprawnie, jak oni by sobie tego życzyli. Że niewidzialna ręka rynku stała się rzeczywiście niewidzialna, gdyż przestała cokolwiek regulować, że chciwość, która do tej pory była gloryfikowana i uznawana w kręgach rekinów finansjery za cnotę – podobnie zresztą jak przez niektórych katolickich teologów – doprowadziła światową gospodarkę do zapaści. Czy może więc dziwić, że w takiej sytuacji oczekiwania wobec encykliki Benedykta XVI rosły w miarę, jak kryzys się pogłębiał, a panika wśród ludzi, co z nami będzie, tylko rosła?

I rzeczywiście: niektórzy znani komentatorzy, przykładowo w Polsce o. Maciej Zięba, oczekiwali od papieża konkretnych rozwiązań, zaleceń, co robić, kiedy „nasz wspólny dom płonie”. Tymczasem, przekonuje dominikanin w rozmowie z miesięcznikiem w „W drodze” (nr 10/09): „encyklika jest raczej zbiorem apeli niż rozwiązań, które nas przybliżają do celu, czyli do tego, co należy robić, by na świecie było więcej miłości, by było więcej społeczeństwa obywatelskiego i lepsza ekologia ludzka”.
Ojciec Zięba jest realistą, dlatego mówi: „Ekonomia musi być ekonomią. Jeżeli zacznie być sterowana, pomijając principia etyczne, przez jakiekolwiek zasady zewnętrzne, nieuchronnie będzie tracić efektywność”. Przecież obecny kryzys, co powtarzają już nawet zagorzali ideolodzy neoliberalizmu, jest właśnie efektem deregulacji! Zatem braku kontroli. Jest konsekwencją tego, że spuszczony ze smyczy państwa dziki kapitalizm doprowadził do bańki spekulacyjnej, a ta, gdy pękła, spowodowała globalną recesję. Jeśli przyjmiemy, że „ekonomia ma być ekonomią”, co implicite znaczy, że z ekonomią, a szczególnie z jej neoliberalną wersją się nie dyskutuje, to rzeczywiście nie ma szans na to, by obecny kryzys podziałał na nas jak zimny prysznic na śpiącego.

Patrząc z tej perspektywy, papież oczywiście jawi się jako ostatni Mohikanin. Celem rynku jest zysk, a nie człowiek. Tyle, że dla papieża przeciwnie: „pierwszym kapitałem, który należy ocalić i docenić, jest człowiek, osoba, w swojej integralności”. W sytuacji zaś, gdy dla rynku człowiek to tylko środek do celu, sfery bezpieczeństwa socjalnego ulegają redukcji ze względu na „poszukiwanie większych korzyści”. Rynek niszczy „system ubezpieczeń społecznych”, co budzi lęk i niepewność ludzi. Dąży do ograniczenia roli związków zawodowych. Przyczynia się do wzrostu nierówności i uderza w społeczną sprawiedliwość. Dla rynku, inaczej niż dla Kościoła, ubodzy są balastem, którego należy się pozbyć. Rynek, choć nie powinien, staje się sam z siebie „miejscem przemocy silniejszego nad słabym”, niszcząc tak ważny dla każdej wspólnoty społeczny kapitał, jakim jest zaufanie. Dlatego papież stwierdza, że „nie wystarczy postęp jedynie ekonomiczny i techniczny”.

Na szczęście w tej srogiej ocenie dzisiejszej kondycji społecznej, ba, w tych swoistych jeremiadach, Benedykt nie jest osamotniony. Przykładowo, w sukurs przychodzi mu, choć z innej pozycji, lewicowy politolog Benjamin Barber. W swym błyskotliwym eseju pt. Skonsumowani. Jak rynek psuje dzieci, infantylizuje dorosłych i połyka obywateli (2008) Barber notuje, że protestancki etos, który był fundamentem ładu moralnego Ameryki i doprowadził do jej dobrobytu, został dziś zastąpiony „etosem” infantylizmu, który – niczym zaraza – ogarnął cały zachodni świat. Głównym odpowiedzialnym za korozję naszego życia indywidualnego i społecznego jest rynek. To on stał się dziś jedynym wychowawcą, nauczycielem i kreatorem guścików nie tylko dorosłych, ale – o czym z pasją dowodzi amerykański politolog – także dzieci. Celem współczesnego kapitalizmu jest to, aby dzisiejsze dzieci nigdy nie stały się dorosłe, obecni zaś dorośli stali się ponownie dziećmi. Żyjemy w epoce, gdzie obowiązujący stał się kult zdziecinnienia.

Ale „przewartościowanie wartości” dokonało się na dużo głębszym poziomie, niż gotowi jesteśmy sądzić. Oto zmienił się paradygmat antropologiczny, który określał przez wieki życie jednostki i wspólnoty. Zdetronizowaliśmy myślenie (do myślenia w życiu społecznym jeszcze wrócę), składając hołd pragnieniu, którym z kolei steruje rynek i jego wierni żołnierze – marketingowcy. Nie spoczną więc oni dopóty, dopóki nie przekonają nas, że musimy kupić kolejny zbędny telefon komórkowy, gdyż właśnie pojawił się w nowym kolorze, albo nowy laptop, bo jest o 10 gram lżejszy i 5 milimetrów cieńszy niż ten, który używamy obecnie. Albo, co gorsza, że powinniśmy zaciągnąć kolejny kredyt, choć nie spłaciliśmy jeszcze obecnego.

Marketerzy dowodzą również, że od kupowania nowych gadżetów zależy nasza przyszłość. Swoje chwyty testują już na dzieciach, a do rodziców puszczają oko. Przykładowo, pisze Barber, na targach przemysłu zabawkarskiego uznano V.Smile za zabawkę roku 2005. Jej hasło reklamowe brzmiało: „Jeśli nie grasz w gry wideo, nie dostaniesz się do college’u”. By być studentem college’u, okazuje się, nie musisz już znać ani tabliczki mnożenia, ani historii. Wystarczy, że 24 na dobę grasz. Tak oto, powiada Barber, na naszych oczach kapitalizm morduje resztki etosu, jaki Ameryka zawdzięcza protestanckiemu duchowi rzetelności, ciężkiej pracy i troski o dobro wspólne. Skoro najważniejsze staje się nienasycone pragnienie chęci posiadania nowości, to odkrycie Kartezjusza musi wylądować na śmietniku historii. W jego miejsce triumfalnie wkracza całkowicie nowa zasada: „Chcę, więc jestem”!

Czyż to nie zdumiewające, jak podobnie pesymistyczny ogląd współczesnego świata mają papież i lewicowy intelektualista? Barber, śledząc nauczanie papieża, notuje: „Benedykt XVI nie tylko wystąpił z oskarżeniem skutków etosu infantylizmu, lecz przedstawił także trafny obraz jego odchyleń. Nie da się tego skwitować stwierdzeniem, że wyraził własne staromodne i tendencyjne poglądy na moralność”. I Benedyktowi, i Barberowi można postawić zarzut, który formułuje o. Zięba – brak recept, jak poradzić sobie z dzisiejszym kryzysem i infantylną kulturą. Innymi słowy: co robić?

I rzeczywiście, żyjemy dziś w kulturze, jak już pisałem, komentując encyklikę papieską (zob. „Europa”, 34/2009), przymusowego „robienia czegoś”, choć nie wiemy ani dlaczego coś robimy, ani w jakim celu. Tyle, że jak notuje brytyjski filozof John Gray, „to nie bezczynni marzyciele, lecz praktyczni mężczyźni i kobiety uciekają od rzeczywistości; w aktywności szukają schronienia przed błahością ich egzystencji”. Przymus działania i pozorowana walka z kryzysem gospodarczym stają się więc rodzajem miotacza ognia, jakim próbuje się gasić płonący stóg siana. To znak, że najgorsze wciąż nie jest za nami. Zgadzam się za to z Benedyktem XVI, który za Pawłem VI mówi: „świat cierpi z powodu braku myśli”. Albo, jeszcze inaczej: w oczy kłuje bezmyślność świata. To, czego nam dziś potrzeba, by pokonać kryzys, ale przede wszystkim zmienić fundamenty konsumpcyjnej kultury kapitalistycznej, to nie bezmyślne i paniczne działanie, ale gruntowne i spokojne przemyślenie, jak mamy żyć razem na tej przecież wspólnej planecie.

Zejdźmy z drzewa

Ostatni aspekt, który chcę poruszyć w związku z subiektywnym przeglądem społecznego nauczania Benedykta XVI, dotyczy „kryzysu ekologicznego”, o którym mówił już Jan Paweł II. Benedykt retorycznie krzyczy w swoim orędziu: „Czy możemy patrzeć obojętnie na problemy związane z takimi zjawiskami jak: zmiany klimatyczne, pustynnienie, degradacja i utrata produktywności rozległych obszarów rolnych, zanieczyszczenie rzek i warstw wodonośnych, zanikanie różnorodności biologicznej, wzrost liczby katastrof naturalnych, deforestacja regionów równikowych i tropikalnych?”.

I dalej, tym razem zwracając wagę na „ekologię ludzką”: czy możemy zapomnieć o rosnącym zjawisku, jakim są tzw. uchodźcy ekologiczni: osoby, które ze względu na zniszczenie środowiska, w którym żyją, muszą je opuścić – niejednokrotnie razem z dobytkiem – i stawić czoło niebezpieczeństwom i niewiadomym, związanym z przymusowym przesiedleniem? Czy możemy nie reagować w obliczu konfliktów zarówno już trwających, jak i potencjalnych, związanych z dostępem do zasobów naturalnych? Wszystkie te zagadnienia mają głęboki wpływ na możliwość korzystania z praw człowieka, takich jak na przykład prawo do życia, do żywienia, do zdrowia, do rozwoju”.

Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że zooteologia i ekoteologia stanowi margines nauczania kościelnego. I mimo tych dramatycznych słów, jakie wykrzyczał do nas papież, wciąż żywimy przekonanie, że skoro to człowiek jest „koroną stworzenia”, to może czynić sobie „ziemię poddaną”. Najczęściej rozumiemy ten biblijny nakaz jako absolutne prawo do gwałcenia Matki Ziemi, do zadawania jej bolesnych ran, czy grabienia z dóbr naturalnych.

Podobnie człowiek traktuje nakaz do „panowania nad zwierzętami”. Nasi „mniejsi bracia” wciąż służą nam do zaspokajania naszych sadystycznych wręcz potrzeb. By nie być gołosłownym, dwa dramaty, które odnotowały nawet polskie media, najczęściej zajmujące się tylko „gwiazdami tańczącymi na lodzie”: kamera TVN zawędrowała do stajni, gdzie „właściciel” koni (a raczej oprawca!) przetrzymywał je stojące po kolana w gnoju. Część zwierząt miała na sobie uprząż powrastaną w ciało na głębokość kilku centymetrów. Dramat drugi: małżeństwo przyjechało w upalny dzień do Nowego Targu na zakupy. Zaparkowało samochód, zostawiając w nim psa. Kiedy oni oddawali się przez kilka godzin konsumpcji, zwierzę konało w męczarniach w zamkniętym aucie. Itd. Itd.

Czyż jeszcze ktoś ma wątpliwości, że okrucieństwo, w jakim ćwiczymy się na zwierzętach, zaczyna przybierać coraz powszechniejszy charakter? Czy nie jest więc ze strony biskupów naiwnością sądzić, że jeśli ktoś jest zdolny do takiej brutalności wobec czworonogów, to nie będzie miał też żadnych skrupułów, by w analogiczny sposób potraktować drugiego człowieka – także tego nienarodzonego? Czyż my, ludzie, nie dostrzegamy, że to, jak obchodzimy się ze zwierzętami, nic nie mówi o naszych „mniejszych braciach”, ale za to wszystko mówi o nas, ludziach?

Tak, człowiek może być dumny ze swych osiągnięć: praw człowieka, powszechnego dostępu do usług medycznych czy techniki, która potrafi czynić cuda. Zarazem, czyż nie powinniśmy się wstydzić, że nasz stosunek do zwierząt w zasadzie nie zmienił się od chwili „zejścia z drzewa”? Czyż nie jest oczywiste, że na twarzy osób bardzo kulturalnych pojawia się szyderczy uśmiech, gdy choćby wspomni się o życiu uczuciowym zwierząt? To jasne, zwierzęta nie mogą mieć uczuć. „Człowiek pozwolił, pisze papież, by zawładnął nim egoizm, zagubił sens Bożego nakazu i pragnąc zapanować nad stworzeniem w sposób absolutny, zachował się w stosunku do niego jak wyzyskiwacz. Jednak prawdziwym sensem początkowego nakazu Boga, jasno ukazanym w Księdze Rodzaju, nie było po prostu nadanie władzy, lecz raczej wezwanie do odpowiedzialności”.

Innymi słowy, i ziemia, i zamieszkujące ją zwierzęta są człowiekowi zadane, a nie poddane!

Nie zagubić miłosierdzia

Benedykt XVI, jeśli miałbym jego nauczanie społeczne sprowadzić do jednego zdania, mówi tyle: przyszłość miłości zależy od nas, od Ciebie i ode mnie. Jeżeli Bóg jest miłością, a my w to wierzymy, to – my, ludzie, chrześcijanie – mamy być tymi, którzy tę miłość wcielają w życie. Jeśli kochasz, mawiał św. Augustyn, możesz robić, co chcesz. Papież, wielki admirator autora Wyznań, mówi dokładnie to samo, choć nie tak samo. Bo miłość, jeśli organizuje nasze życie indywidualne i społeczne, nigdy nie pozwoli, byś dał drogiej osobie kamień, gdy ta prosi cię o chleb.

Przykład? Otóż rok temu, w marcu, rozmawiałem w Rzymie z Luigim Accattolim, znanym i cenionym watykanistą. Zapytałem go, co jest istotą nauczania papieża z Niemiec. Accattoli powiedział bez wahania: miłość. Argumentował, podając przykład 9-letniej, brazylijskiej dziewczynki zgwałconej przez jej ojczyma, i w konsekwencji przeprowadzonej aborcji. Abp Jose Cardoso Sobrinho nałożył na nią, jej matkę i na wszystkich lekarzy, którzy przyczynili się do aborcji, ekskomunikę. Wtedy zareagował abp Rino Fisichella, przewodniczący papieskiej Akademii Życia, który w „L’Osservatore Romano” stwierdził, że na tak bezdusznej decyzji hierarchy ucierpiała wiarygodność Kościoła, gdyż wielu ludziom nauczanie kościelne wydaje się nieczułe i niemiłosierne. Abp Fisichella nie mógł napisać takich słów z własnej inicjatywy. Musiał otrzymać papieską zgodę. Ten przykład pokazuje, mówił Accattoli, że Benedykt XVI rozumie cierpienie, miłosierdzie i miłość, z jaką należy traktować ofiary przemocy. Kto widzi tylko karzące prawo, może zagubić miłosierdzie.

Czyż nie ma więc racji ten stary i siwy papież, kiedy mówi, że przyszłość miłości złożona jest w naszych rękach, że zależy od tego, co zrobię tu i teraz, kiedy na mej drodze stanie człowiek cierpiący?

Tlen globalnej wioski
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...