Wigilia w raju

Wigilia w raju

, 0 recenzji

Tak naprawdę to było zwykłe mieszkanie, w zwykłym bloku, w dzielnicy może nawet trochę brzydszej niż zwykła. Ale oglądane kochającymi oczami (dziecko, jeśli nie przydarza mu się nic szczególnie złego, kocha to, co widzi) stanowiło bezpieczną kapsułę, którą wypełniało miodowe światło, kapsułę pędzącą przez noc. Ciemność na zewnątrz wydawała się tajemnicza, trochę niepokojąca, ale nigdy groźna. Przez gałęzie drzew za szybą widać było kwadratowe okienka innych kapsuł. Łatwo było sobie wyobrazić, że światełka na niebie są takimi samymi okienkami, tylko znajdującymi się odpowiednio dalej. Nic dziwnego, że z Wigilią czekało się na pierwszą gwiazdkę: widocznie prawo do rozpoczęcia świętowania miał ktoś tam, wysoko, kto wracał do siebie i zapalał lampkę – i dopiero w tym momencie wolno było usiąść do stołu, bo wszystko znajdowało się na swoich miejscach. Świat był zamieszkany, żywy: w nowych (wówczas) blokach po drugiej stronie ulicy, w budynkach widocznych od strony podwórka, ale także nad głową mieszkały rozmaite istoty, widzialne lub przezroczyste, zawsze życzliwe. Nikt jeszcze nie umarł. Nikomu jeszcze nie wyrządziło się nieodwracalnej krzywdy.

***

Odtwarzam ten sposób widzenia trochę na przekór sobie-dzisiejszemu, bo w gruncie rzeczy od dawna nie jest mi dostępny. Różne rzeczy mnie od niego oddzielają, wśród nich: nieufność. Gdyż: gwiazdy nie są oknami, choć powinny być; z tą ludzką życzliwością to przesada; nie udało się iść przez życie bez krzywdzenia innych; pies, którego się ubóstwiało w dzieciństwie, zdechł (i to już dawno temu); bliscy poumierali albo zmienili się nie do poznania; płyta, którą Ojciec odtwarzał w czasie Wigilii („A bydło jadło, jadło, jadłoooo!”), milczy już od dziesięcioleci, Ojca zresztą też już nie ma. I nic dziwnego, bo to wszystko – mówią sobie posmutniali, ołysiali dorośli – było jedynie na niby. I nie mówmy o tym więcej; fakt, że każdy z nas nabierał się na to przed laty, jest żenujący, jak żenujące są fotografie rozkosznego bobasa, którym byliśmy, odnalezione w piwnicy laurki, które się rysowało, albo – to już zupełnie okropne – zeszyty z podstawówki, wypełnione naszym, niestety, pismem.

A jednak ta niewesoła mądrość to tylko kolejne piętro iluzji – i należy ją, bardziej niż tamtą, zdemaskować. Bo choć weszliśmy już dawno w tę konspirację milczenia na temat dobrego świata, który się objawiał w dzieciństwie, a zwłaszcza pod choinką, i choć dziś, mówiąc o świecie i o naszym w nim życiu, instynktownie wierzymy raczej temu, co przykre, okrutne, raniące (skoro jakieś zdanie mnie rani, a jednak je głoszę, to znaczy, że zniewala mnie do tego moc prawdy, czyż nie?), to milczenie zdaje się mieć co najmniej dwuznaczną funkcję. Niby, milcząc, potępiamy swoją naiwność sprzed dziesięcioleci, ale tak naprawdę ją chronimy. I teraz krępuję się, opowiadając o kapsule, okienkach i tak dalej – nie tyle dlatego, że się z tych mrzonek dawno wyzwoliłem, ile dlatego, że nie chcę ich niszczyć do reszty. A słowa są nieprecyzyjne, więc niszczą. Zwykle służą do niszczenia, do walki, więc nie muszą być precyzyjne. 

***

Nie jestem dziś pewien, czy nie nakłada mi się na wspomnienia jakaś późniejsza myśl, ale mam wrażenie, że już w dzieciństwie choinka kojarzyła mi się z drzewem rosnącym pośród raju. W moim domu rodzinnym nie tylko ona zwiastowała nadchodzenie Bożego Narodzenia: kiedy już, po kilku dniach spędzonych na balkonie, została przez Ojca wniesiona do środka i osadzona w metalowym stojaku, noszącym bardzo nieprzyjemną nazwę „pająk”, Mama wyciągała z szafy papierową stajenkę oraz przedwojenną Biblię w obrazkach. Nawiasem mówiąc: byłem naprawdę zdziwiony, gdy jako nastolatek buszowałem po półkach – nie wiem już, czego szukając – i natknąłem się wiosną czy jesienią na te przedmioty; uświadomiłem sobie wtedy, że przez cały ten czas, który minął, nie zastanawiałem się nad ich całorocznym istnieniem i zachowałem z bardzo wczesnego dzieciństwa spontaniczne przekonanie, iż stajenka i Biblia materializują się dopiero w ostatniej dekadzie grudnia, a potem, schowane po Trzech Królach, znikają aż do następnego roku. No więc ta Biblia, zawierając bardzo skróconą Historię Świętą, skłaniała mnie, kilkuletniego, do dopowiadania sobie jej rozmaitych wątków niezupełnie zgodnie z ortodoksją. Na przykład byłem przekonany, że ten Józef, którego bracia wrzucili do studni, na starość pojął Maryję za żonę – tu Józef i tam Józef, co za pomysł, by ludzie oddzieleni od siebie stuleciami nosili te same imiona? Wyjaśnienia rodziców, które zapewne się pojawiły, nie zapadły mi bynajmniej w pamięć i poprawną genealogię Jezusa przyjąłem do wiadomości znacznie później. I na podobnej zasadzie utożsamiłem choinkę z drzewem obsypanym owocami, których nie wolno było jeść, zupełnie jak (do czasu) cukierków w szklanych laseczkach i orzechów w koszyczkach, które zawieszaliśmy przed Gwiazdką na gałązkach choinki. Była w tym ta sama, co w przypadku moich przeświadczeń co do tożsamości Józefa, skłonność do kojarzenia wszystkiego ze wszystkim (znana z prac etnologów o kulturach pierwotnych – nazywa się myśleniem mitycznym), a przecież akurat tym razem – myślę dzisiaj – miałem sporo racji. W gruncie rzeczy dokładnie to staram się tutaj po latach wyrazić: historia pierwszych rodziców być może napiętnowała rodzaj ludzki we wszystkich pokoleniach, ale z całą pewnością inscenizujemy ją sobie w naszym osobistym życiu, każdy i każda na własny rachunek. Choinka rosła wpośród (naszego prywatnego) raju. I to zażenowanie, z którym milczymy o nim, o naszej w nim obecności, jest zażenowaniem Adama i Ewy, którzy też z pewnością nie snuli na wygnaniu opowieści, jak im było dobrze, zanim wdali się w pogawędkę z wężem. 

***

Z tej Biblii w obrazkach pozostało wiele moich wyobrażeń religijnych, które umiem po latach wziąć w nawias, potraktować z uśmiechem – zwłaszcza po skonfrontowaniu ich z realnymi widokami Izraela – ale nie potrafię całkiem usunąć z pamięci. Majaczą wciąż, jakby na skraju widzenia: siny Szatan ze skrzydłami nietoperza, rydwany faraona zalewane przez fale, brodaty Bóg wyłaniający się zza chmur i pokazujący wygnanym rodzicom małego chłopca z aureolą. Nie widziałem powodu, żeby się nie zgodzić, że ten właśnie chłopiec, tylko odpowiednio młodszy, leży w żłobie w papierowej stajence.

Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony. Ta kolęda w wykonaniu zespołu „Mazowsze”, rozbrzmiewała z płyty zaraz na początku wieczerzy, podczas dzielenia się opłatkiem. To po niej szła Pastorałka Schillera z ową pieśnią o bydle, które jadło i jadło, rozśmieszającą mnie wtedy do łez. Później, na samym końcu, gdy już rozpakowane były prezenty, siadaliśmy wokół choinki i sami śpiewaliśmy – przynajmniej tak było, kiedy żyła Babcia. W mojej ulubionej wówczas pieśni rysował się jakiś niepokojący rys Matki Boskiej, która zamiast opiekować się bez przerwy synkiem, wyszła na chwilę pogawędzić z Bogiem, choć Jezus płakał. Tym razem z ulgą przyjąłem wyjaśnienie, że Matusia była uboga, nie zaś u Boga, i owszem, pilnowała Malusieńkiego cały czas. Natomiast nie przypominam sobie, żeby jakiś kłopot sprawiała mi wówczas treść dogmatu chalcedońskiego: po tych wszystkich utożsamieniach, które gotów byłem robić na własną rękę, dziecko, będące równocześnie Bogiem i człowiekiem, nie budziło mojego protestu. Raczej przynosiło ulgę, że, choć ludzie byli nieposłuszni, zagniewany Bóg spełnił mimo wszystko swoją obietnicę i zesłał im Syna. A więc wszystko jest możliwe.

Wszystko jest możliwe. Gdybym nie pamiętał tego tak dokładnie, nie potrafiłbym wierzyć, że już wtedy, mając zaledwie kilka lat, tak bardzo przejmowałem się tym, co nauczyłem się nazywać dużo, dużo później: że świat przemija. To przemijanie było w dzieciństwie spowolnione; w moim domu prawie niczego nie wyrzucano, prawdopodobnie nie bez związku z tym, że rodzice nie zarabiali dużo, ale i chyba (tak dziś podejrzewam) w wyniku jakichś traum wojennych. Więc meble, czajnik, telefon, telewizor (opasła drewniana skrzynia marki Tesla), gramofon (Bambino, oczywiście) i tak dalej – trwały wokół mnie. Ale rosłem. Zabawki się niszczyły (przyjmijmy, że same z siebie, choć nie przypuszczam). Wyrosłem z samochodziku na pedały i rodzice oddali go jakiejś znajomej, mającej syna młodszego ode mnie, co opłakałem histerycznie. To były wszystko dyskretne podpowiedzi: rzeczywistość lojalnie mnie uprzedzała, pokazując najpierw na rzeczach drobnych, jakie są jej prawa. Ale Boże Narodzenie było co roku takie samo. Choinka, stajenka, Biblia w obrazkach. Płyta z kolędami w wykonaniu „Mazowsza” i z „Pastorałką”. Barszcz z uszkami, smażony karp, mak z bakaliami. Prezenty. Wspólny śpiew i zimne ognie. Rąbek z głowy zdjęła, po czym dziecię owinąwszy, siankiem je okryła. Więc nic się nie zmienia: krążymy w wiecznym kole powrotu, w bezpiecznym kręgu domowego ogniska.

I to – nie było prawdą. Ale kiedy umarła Babcia, a myśmy – po dwóch czy trzech latach wyjeżdżania na Święta, żeby się nie rozżalać – wrócili do domowych Wigilii, w Bożym Narodzeniu zamajaczyło coś, co może umiem odczytać naprawdę dopiero dziś. Co wydaje mi się istotniejsze od niepoważnej pretensji, że dzieciństwo się kończy (zwłaszcza, że w pewnej chwili młody człowiek bardzo już do tego momentu tęskni, słusznie przeczuwając, iż bycie dorosłym przynosi jednak pewne profity). 

***

A zatem: inna scena. Mam już kilkanaście lat i wraz z Siostrą ubieram choinkę. Dodaliśmy nowy zwyczaj do dawnych – robimy to zawsze przy płycie Czerwonych Gitar, które śpiewają: Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy… Jeszcze żyje Ojciec, ale poważna choroba sprawia, że nieraz obawiamy się, czy za rok będzie jeszcze z nami. Do pewnych elementów rytuału już się nie wraca: na przykład bez Babci nikt nie ma odwagi śpiewać (akurat przechodzę mutację, co nie sprzyja występom wokalnym). Relacje z rodzicami, jak to relacje z nimi nastolatków, są przez cały rok dość napięte. To już brama Ogrodu, dziś widzę to wyraźnie. Ale właśnie wówczas zdanie, że wszystko jest możliwe, nabiera innego znaczenia. O północy zdarza mi się wymknąć na pasterkę. Ten śpiew z setek piersi: „Bóg się rodzi” ma charakter tryumfu nad rzeczywistością. Nad doczesnością. A jeśli nie tryumfu, to heroicznej nadziei. Skoro się urodził, to i ogień może skrzepnąć, i blask ściemnieć, a Nieskończony mieć granice. Logika naszego świata nie jest ostatecznym słowem. Ostatecznym słowem jest Logos. Jest, musi być.

Ta brama, za którą zostaliśmy wygnani, za którą wygnał nas czas, doświadczenie, gorzka mądrość i tak dalej – ta brama dzisiaj jest już daleko za mną. Właściwie muszę napisać „bardzo daleko”, jeśli nie w latach to licząc, to w krzywdach (doznanych i wyrządzonych). Kapsuła została rozbita, miodowe światło gdzieś wyciekło. W kolejnym zakręcie życiowym zgubiłem Biblię w obrazkach, wyniesioną z domu rodzinnego, żeby i moje własne Wigilie uświęcała; nie wiem, co się stało z papierową stajenką. Od dawna już nie kupuję wielkich choinek. Wydoroślałem – i to znacznie bardziej, niż tego sobie życzyłem, mając naście lat. Powiedziałbym, że z rosnącą co roku przesadą.

Ale skoro Bóg się urodził jako człowiek, to wszystko jest możliwe, także odzyskanie tego, co nieodwracalnie utracone. I na Wigilię robię zawsze mak z bakaliami, jak nauczyła mnie Mama. Dzielę się z bliskimi opłatkiem, a niedawno nawet odkupiłem reedycję na CD płyty „Mazowsza” i Czerwonych Gitar. Tyle – niewiele – mogę własnymi siłami. Reszta? Milczę o niej, ale czekam z nadzieją. Trudną i wyszarpaną spomiędzy niosących gorycz doświadczeń. Boże Narodzenie jest śladem czegoś, co już-już zdawaliśmy się mieć. I co musi kiedyś nadejść, bo tak obiecał brodaty Bóg na chmurze, pokazujący w milczeniu – jak to na obrazku – chłopca z aureolą.

Wigilia w raju
Jerzy Sosnowski

urodzony 14 maja 1962 r. w Warszawie – historyk literatury, pisarz, eseista, dziennikarz, felietonista miesięcznika „Więź” i członek Zespołu Laboratorium WIĘZI. Napisał m.in. Instalację Idziego, Spotkamy się...