Zła książka

Zła książka

, 0 recenzji

Duża książka o aborcji promuje zło – odbiera człowiekowi człowieczeństwo, odbiera macierzyństwu jego blask. Tymczasem Janusz Palikot domaga się, by pozycja ta została wpisana na listę podręczników MEN.

W cyklu „Duża książka o…” wydawanym przez Wydawnictwo „Czarna Owca” pojawiła się ostatnio pozycja autorstwa Katarzyny Bratkowskiej i Kazimiery Szczuki poświęcona aborcji. Już w pierwszy słowach autorki deklarują, że są za legalizacją aborcji, oraz że postrzegają ją jako wyraz prawa kobiety do decydowania o sobie. Książka adresowana jest do ludzi młodych, uczniów ostatnich klas gimnazjów i szkół średnich. Na okładce w narożniku jest adnotacja „bez tabu”. I taka właśnie jest ta książka – bez tabu, czyli bez uszanowania świętości.

Z żołędzia lipy nie będzie

Nie chodzi o to, że aborcja jest lub powinna być tematem tabu, ale o to, że autorki odrzuciły to, co nienaruszalne i święte – ludzkie życie w jego najdelikatniejszym, najwrażliwszym momencie. Same zresztą kwestionują człowieczeństwo „tego czegoś”, co kobieta nosi w sobie, gdy jest w ciąży. Robią to, używając przedziwnego argumentu, jakoby przypisywanie „temu biologicznemu bytowi” (s. 6) cech moralnych równie dobrze mogło się wyrazić poprzez przypisanie mu cech demonicznych albo wampirycznych (s. 6). Rzecz w tym, że żadna z kobiet – przynajmniej wedle mojej wiedzy – nie urodziła demona ani wampira, natomiast każda ze znanych mi matek urodziła człowieka. Zakwestionowanie człowieczeństwa rozwijającej się istoty musi prowadzić do logicznej konkluzji, że „ten biologiczny byt” zmienia swoją naturę w trakcie istnienia, czyli że jest taki okres jego życia, w którym nie jest człowiekiem.

Problem w tym, że od strony metafizycznej jest to bełkot.

Każdy byt ma swoją naturę i nie zmienia tożsamości w czasie swego istnienia. Określenie „byt potencjalny” (s. 11) w metafizyce nie ma sensu. Zmieniać się może forma bytu, a więc jego sposób istnienia, ale przez cały czas pozostaje on sobą. Innymi słowy, jeśli „coś” jest w jakimkolwiek momencie swego istnienia człowiekiem, to musi nim być od swego początku aż do końca. Autorki Dużej książki o aborcji tego nie rozumieją, najwyraźniej bardziej zajęte udowadnianiem racji niż rzetelnym podejściem do problemu aborcji.

Szyderstwo z jakim porównują dopiero co zaistniałego człowieka do żołędzia tylko odsłania ich niezrozumienie problemu (s. 96). Jest to bowiem bardzo adekwatne porównanie, jako że żołądź jest dębem w zawiązku (a więc o potencjale przemiany w drzewo, które jest końcowym stadium rozwoju). Drzewo jest etapem dorosłości, podobnie jak u człowieka jest nim wiek dojrzały. Ale z żołędzia nie wyrośnie inne drzewo, niż dąb. Byty nie zmieniają swojej tożsamości… Mają natomiast swoją wewnętrzną dynamikę życia i rozwoju. Żołądź i dopiero co poczęte dziecko dzieli jednak pewna zasadnicza różnica: ich status moralny. Pierwszy jest właściwy roślinie, drugi – człowiekowi. Są to wartości praktycznie nieporównywalne i nieporozumieniem jest twierdzenie, że pozbawienie dziecka życia jest czynem równoznacznym moralnie z podniesieniem żołędzia, czy ścięciem drzewa.

Dlatego obie Panie mają rację w jednym – kluczowym zagadnieniem jest kwestia statusu „tego bytu biologicznego”, którego obecność w łonie kobiety określana jest mianem ciąży. Ponieważ jednak dla nich – z założenia – aborcja jest jednym z podstawowych praw kobiety, wobec tego nie może być morderstwem (zabiciem człowieka), nie może być nielegalna, i nie wolno jej prezentować jako nagannej moralnie. Wychodząc z założenia, że aborcja powinna być dostępna na życzenie kobiety, dostosowują przywoływane dane, przepisy prawne i argumenty psychologiczne, filozoficzne i wszelkie inne, do tezy, którą mają uzasadnić. W ten sposób książka jest zbiorem klasycznych przykładów tzw. „dowodów przez tezę”, sposobu argumentacji, w którym teza jest jednocześnie przesłanką (punktem wyjścia i dowodem), jak i wnioskiem.

Życie niewarte życia

Zakwestionowanie człowieczeństwa dziecka rozwijającego się w łonie matki pozwala na swobodną manipulację używanymi w dyskusji terminami. Skoro bowiem takie dziecko nie jest człowiekiem a jedynie bytem potencjalnym, nie ma mowy o morderstwie a cały sprzeciw prolajfowców można sprowadzić do mniej lub bardziej religijnie umotywowanej histerii. Z drugiej strony, jeśli w łonie kobiety rozwija się człowiek, nie da się obronić prawa do nieskrępowanej niczym decyzji kobiety o jego uśmierceniu, zaś terminację ciąży trzeba określić mianem umyślnego zabójstwa.

Zdepersonalizowany, zmedykalizowany sposób mówienia o dziecku w łonie matki daje się zauważyć w niemal każdej sferze życia i nawet autorzy dokumentów Kościoła, skądinąd mocno podkreślając osobowy status człowieka w najwcześniejszej fazie jego rozwoju, dali się wciągnąć w swoisty standard używania określeń „zarodek”, „embrion”, „płód”. Więcej się mówi o ciąży (czyli procesie wynikającym z rozwoju prenatalnego człowieka w organizmie matki) niż o samym dziecku, jednoznacznie przesuwając ciężar dyskusji na kobietę, tak, jakby była ważniejsza od swego dziecka. Tymczasem nie jest ważniejsza! O nikim, o żadnym człowieku nie można powiedzieć, że jest ważniejszy od innych. Kobieta-matka nie jest ważniejsza od swego dziecka, choć dziecko jest od niej całkowicie zależne. Fakt zależności nie może się jednak przekładać na status moralny, a więc kryterium ważności.

Wciąż powracająca kwestia uznania aborcji jako prawa obywatelskiego czy też prawa człowieka, jest zatem wyrazem i efektem całkowitego pominięcia w tej dyskusji rozwijającego się dziecka, jego istnienia, jego praw i interesów. Paradoksalnie, te ostatnie niekiedy wracają w pokrętny sposób w ramach argumentu o życiu niewartym życia. Chodzi o sytuację, gdy choroba lub wady (rozwojowe lub genetyczne) dziecka na tyle poważnie naruszają jego kondycję, że po urodzeniu doświadczałoby nadmiernego cierpienia. Lepiej zatem – zdaniem zwolenników aborcji – zakończyć taką niewartą istnienia egzystencję. Jakkolwiek by jednak na aborcję patrzeć, jej celem jest uniemożliwienie narodzin dziecka. Dziecka ma nie być.

Gwoli sprawiedliwości, autorki nie namawiają do aborcji, ale usiłują wmówić, że matka, a zwłaszcza bardzo młoda, kilkunastoletnia matka ma prawo do odrzucenia swojego macierzyństwa. Usiłują przekonać młode dziewczyny do tego, że zabójstwo ich dopiero co poczętego dziecka jest opcją, jest rozwiązaniem zaistniałego problemu. Jednocześnie bagatelizują możliwe komplikacje zdrowotne (jako występujące marginalnie), psychiczne (jako niepotwierdzone) i duchowe (jako wynikające z ideologicznego, religijnego fanatyzmu).

Zdumiewające jest to, jak daleko zwolennicy legalizacji aborcji są gotowi się posunąć w procesie manipulacji. Chyba najbardziej sztandarowym przykładem jest stwierdzenie, że i tak większość zaistniałych „w naturze” embrionów (czyli dzieci) obumiera, czyli że dochodzi do poronienia (co jest po prostu nieprawdą). Aborcja zatem miałaby się wpisywać w naturalny proces, swoisty cykl życia. I poniekąd tak jest, podobnie jak morderstwo wpisuje się w naturalny proces życia i umierania. Śmiertelność wśród ludzi wynosi jak dotąd 100 proc., jednakże w żaden sposób na tej podstawie nie da się uzasadnić naturalności uśmiercenia jakiegokolwiek człowieka. Innymi słowy, to że mój sąsiad kiedyś umrze nie upoważnia mnie do tego, bym go zastrzelił z tego tylko powodu, że jest chory lub słucha głośnej muzyki i nie daje mi w nocy spać. Dlaczego zatem w stosunku do nienarodzonych dzieci taka logika jest akceptowana? Tylko dlatego, że odmówiono im człowieczeństwa.

Gdzie jest mężczyzna?

Zdaniem Bratkowskiej i Szczuki legalizacja aborcji ma zmniejszyć liczbę aborcji. Nie jest to argument nowy. Pojawił się między innymi podczas dyskusji nad ustawą aborcyjną w styczniu 1993 roku, w przemówieniu ministra Marka Balickiego. Tam też po raz pierwszy usłyszałem stwierdzenie, że aborcja nie jest dobra i dlatego musi być zalegalizowana. Szczuka i Bratkowska idą dalej – mówią, że aborcja nie jest zła i że wszyscy rozsądni ludzie – poza ideologicznie motywowanymi religijnymi konserwatystami i osobami chorymi psychicznie – doskonale to rozumieją. Nie wahają się przy okazji przytaczać rzekomych informacji, jakoby w krajach gdzie zalegalizowano aborcję, liczba aborcji była trzynastokrotnie mniejsza, niż w Polsce (s. 79). W USA ciągu roku dokonuje się (chirurgicznie) ok 1,2 mln aborcji, przy populacji 318 mln mieszkańców. Zachowując proporcje demograficzne i trzymając się wskaźników przytoczonych przez obie autorki, musielibyśmy przyjąć, że co roku w Polsce dokonywanych jest 1,86 mln aborcji.

To tylko jeden z przykładów próby manipulacji danymi. Nawet gdyby były one prawdziwe, logika argumentu jest następująca: skoro mamy do czynienia z powszechnym zjawiskiem o kontrowersyjnym charakterze, należy uczynić je w pełni legalnym, by doprowadzić do zmniejszenia skali jego występowania. Dramat polega na tym, że ciężar argumentu spoczywa na owej powszechności, tak jakby opinia większości mogła przesądzić o moralnej kwalifikacji czynu. Na pewno może przesądzić o stronie prawnej. Tu jednak daje się zauważyć kolejny zwrot. Jeżeli „własna” większość opowiada się za delegalizacją aborcji, to albo jest to wynik układu politycznego, albo oszustwa albo niewystarczającego zaangażowania społecznego i świadomości społecznej w Polsce. Wtedy zawsze można powołać się na większość z zagranicy…

Skoro o powoływaniu się mowa… Metoda przywoływania znanych nazwisk (tzw. argument z autorytetu) jest dosyć częstą figurą retoryczną, obecną w polemikach już starożytnych autorów. Wyrwane z kontekstu zdania pozwalają na swobodne wplecenie wygodnej z punktu widzenia autorek publikacji wypowiedzi w ich własną argumentację. Niekiedy prowadzi to jednak do absurdów, takich jak umieszczenie bł. Jana XXIII (s. 92) czy ks. Józefa Tischnera (s. 124) wśród zwolenników „wolności wyboru”.

Przekrętów i manipulacji z Dużej książki o aborcji można by przytoczyć znacznie więcej. Ukrywając w pokrętnej terminologii naturę zbrodni aborcji serwuje ją jako rozwiązanie problemu niechcianego dziecka. Co gorsza, pokrętnym językiem manipuluje młodymi, wciąż kształtującymi się umysłami i sumieniami. Rzekomo stawia na dojrzałość, samodzielność i odpowiedzialność, ale bez skrupułów korzysta z niedojrzałości, niesamodzielności i – co za tym idzie – niezdolności do podjęcia odpowiedzialności przez młodych ludzi, a raczej przez młode dziewczyny.

Tu trzeba dotknąć jeszcze jednej kwestii. Promowana przez filozofię gender (filozofia walki płci ukierunkowana profeministycznie) wizja praw kobiety, w tym prawa do aborcji, nie daje miejsca na odpowiedzialność mężczyzn za ojcostwo względem poczętych za ich sprawą dzieci. Mężczyzna w tym układzie nie istnieje. Dla mężczyzny-ojca nie ma miejsca (s. 70-71). Problem w tym, że upowszechnienie aborcji nie tylko tej sytuacji nie odwróci, ale ją jeszcze pogłębi, dając wymawiającym się od odpowiedzialności mężczyznom możliwość uniknięcia konsekwencji własnego postępowania. Innymi słowy, pozostawiona sobie kobieta, „dzięki” aborcji jest jeszcze bardziej osamotniona.

Na koniec ostatni przekręt. Autorki twierdzą, że nie są zwolenniczkami aborcji, a jedynie prawa do wolnego wyboru. Jeżeli chodziłoby o wybór między akceptacją nowego sąsiada, a zastrzeleniem go z jakiegokolwiek powodu, nie byłoby wątpliwości, że chodzi o prawo do zabicia sąsiada, a nie tylko o prawo wyboru. Prawo do wyboru nieodłącznie wiąże się z określeniem, o jaki wybór chodzi. Jeżeli jedną z dopuszczonych opcji jest zabójstwo nienarodzonego jeszcze dziecka, to prawo do wyboru oznacza tym samym prawo do aborcji.

Zobaczyć człowieka

Tyle jeśli chodzi o Dużą książkę o aborcji. To jest zła książka. Jest zła, bo promuje zło – odbiera człowiekowi człowieczeństwo, odbiera macierzyństwu jego blask. Nie zamierzam dalej wchodzić z autorkami w polemikę, ponieważ nie widzę możliwości porozumienia. Obie panie mówią o prawie do aborcji, podczas gdy dla mnie punktem kluczowym jest rozpoznanie w „tym biologicznym bycie” dziecka, człowieka w jego najwcześniejszej fazie rozwoju. To nie jest potencjalny człowiek, tylko człowiek o ogromnym potencjale.

To jest zła książka także dlatego, że namawia do zła. Nie, nie poprzez namawianie do aborcji – obie autorki są na to za sprytne. Książka namawia do tego, by nie przejmować się konsekwencjami swojego postępowania, ponieważ zawsze – jeśli pojawi się problem (czytaj: ciąża, czytaj: dziecko) – można go rozwiązać poprzez aborcję. To jest książka, która namawia do tego, by się skupić na sobie i nie oglądać na innych, zrobić z siebie pępek świata kosztem każdego, kto stanie na naszej drodze. To jest zła książka. Nie zgadzam się z żadną zawartą w niej tezą, z żadnym zmanipulowanym pseudodowodem, a tym bardziej z jej przesłaniem.

Chociaż przepraszam, muszę przyznać, że w jednym się z autorkami zgadzam. Kobieta rzeczywiście ma prawo decydować o sobie i nikt nie może decydować zamiast niej. Rzecz w tym, że i jej prawo do decydowania ograniczone jest prawem i wolnością innych ludzi. I tak jak nikt nie ma prawa decydować za nią, tak i ona nie może decydować za innych. Aborcja jest taką decyzją, ponieważ jest wyrokiem śmierci jednej osoby wobec innej. Niestety, ani pani Bratkowska ani pani Szczuka tego nie rozumieją, ponieważ w nienarodzonym jeszcze dziecku nie widzą człowieka.

Nie bardzo jest dla mnie zatem jasne, na jakiej podstawie komukolwiek mogło przyjść do głowy, by tę Złą książkę o aborcji zaproponować jako podręcznik, czy choćby szkolną lekturę. Książka promująca brak szacunku dla człowieka jest w swej naturze demoralizująca – jej celem i skutkiem jest obniżenie standardów moralnych w odbiorcach, z racji wieku niezdolnych do krytycznego odbioru.

Trudno więc dociec, czemu miałoby służyć – czego domaga się Janusz Palikot – wprowadzenie tej książki na listę podręczników szkolnych. To podręcznik, który nie uczy ale wprowadza w błąd poprzez rozpowszechnianie fałszywych informacji. Promuje działanie, które nawet przez zwolenników legalności aborcji uznawane jest za złe, jak tego dowodzą wypowiedzi posłów domagających się liberalizacji prawa aborcyjnego w Polsce. Promuje wolność, która nie stawia też żadnych wymagań, i wymawia się od wszelkiej odpowiedzialności. Jest to publikacja szkodliwa moralnie, szkodliwa wychowawczo i szkodliwa społecznie. Mam więc nadzieję, że pójdzie na przemiał – nie dlatego, że znajdzie się na jakiejś czarnej liście ksiąg zakazanych, ale dlatego, że nie jest warta, by ją czytać.

Zła książka
Piotr Kieniewicz MIC

urodzony 7 sierpnia 1967 r. w Warszawie – polski duchowny katolicki, marianin, doktor habilitowany teologii moralnej, teolog moralista, bioetyk, rektor Wyższego Seminarium Duchownego Zgromadzenia Księży Marianów w Lublinie (2009-2011), sekretarz i rzecznik prasowy Prowincji...