Dziękuję Bogu, kimkolwiek On jest

Właz kanału wychodził na jakieś podwórko. Oślepiło mnie światło, którego nie widziałam ponad rok. Mój brat zaczął krzyczeć, że chce wracać do kanałów.

Na początku stycznia na ekrany kin wejdzie film Agnieszki Holland zatytułowany W ciemnościach. Jest to opowieść o losach kilkunastu Żydów, którzy po likwidacji getta we Lwowie schronili się w kanałach. Żyli tam przez 14 miesięcy. Przetrwali wyłącznie dzięki pomocy Polaka Leopolda Sochy – lwowskiego kanalarza, który za sporą sumę pieniędzy zgodził się im pomóc. Wśród ukrywających się była mała dziewczynka Krystyna Chiger. Miała wówczas osiem lat. Swoje wspomnienia z tamtego czasu spisała w książce zatytułowanej Dziewczynka w zielonym sweterku. Kilka tygodni temu odwiedziła Polskę. Spotkaliśmy się w kawiarni na Kanoniczej w Krakowie.

Katarzyna Kolska , Paweł Kozacki OP: Przyjazd do Polski to dla pani powrót do złych wspomnień czy też do tych dobrych? Które uczucie dominuje?

Krystyna Chiger: Obydwa. Nie da się zapomnieć tego, co było, zła, które nam wyrządzono, okrucieństwa, z jakim nas traktowano. Ale na szczęście mam dużo dobrych wspomnień, przede wszystkim związanych z Leopoldem Sochą, który uratował nam życie, opiekując się moją rodziną przez 14 miesięcy w kanałach. Miłe wspomnienia dotyczą też lat, kiedy mieszkałam w Krakowie.

To bardzo piękne miasto. Chodziłam tu do szkoły, zaczęłam studia, mam tu koleżanki i kolegów.

Język polski przez wiele lat był jedynym, który znałam. Mówiłam po polsku, czytałam po polsku, myślałam po polsku, śniłam po polsku. W 1957 roku wyjechałam do Izraela i wtedy nauczyłam się hebrajskiego i angielskiego. Gdy już mieszkałam w Stanach Zjednoczonych, znajomy profesor mi powiedział: przestań myśleć po polsku i zacznij myśleć po angielsku, bo inaczej nigdy nie nauczysz się dobrze tego języka.

Gdzie jest granica między pani pamięcią a pamięcią, którą przywrócili pani dorośli, opowiadając o tym, co przeżyliście?

Kiedy znaleźliśmy się w kanałach, miałam prawie osiem lat. Dziecko w tym wieku dużo zapamiętuje, zwłaszcza gdy jego życie jest bardzo monotonne i jednostajne, dzień podobny do dnia, noc do nocy. Książkę napisałam wyłącznie w oparciu o moje wspomnienia, choć pewnie ta pamięć była mi przywracana podczas naszych rozmów z rodzicami już po wojnie.

Rodzice nie unikali ich, one pojawiały się spontanicznie. Wystarczył jakiś znajomy zapach, usłyszana melodia, jakaś sytuacja czy zdarzenie i zaraz padało pytanie: „A pamiętacie…?”. No i wracaliśmy pamięcią do kanałów. Przez długi czas utrzymywaliśmy też bardzo bliskie kontakty z osobami, które ocalały razem z nami. Trzymaliśmy się razem jak rodzina. To, co nas połączyło, było może nawet silniejsze niż więzy krwi, każdy dzień spędzony pod ziemią to była walka o przetrwanie. Tego się nie zapomina. Ale podczas tych naszych spotkań nie rozdrapywaliśmy ran, nie użalaliśmy się nad sobą. Doświadczaliśmy przecież każdego dnia ludzkiej pomocy. I ta wdzięczność w nas pozostała.

O moim dzieciństwie opowiadałam też moim dzieciom, a potem wnukom. Dziś myślę, że to było bardzo dobre.

Pamiętnik napisany przez mojego ojca przeczytałam dopiero po napisaniu książki. Było to dla mnie trudne przeżycie – świat widziany oczami dziecka wygląda zupełnie inaczej niż ten sam świat widziany oczami dorosłych. Dopiero gdy czytałam wspomnienia taty, dotarło do mnie, czym była dla nich wojna, getto i życie w kanałach. Jaką oni musieli mieć w sobie siłę, żeby to przetrwać, żeby chronić nas – swoje dzieci.

Które z obrazów zapamiętanych z dzieciństwa powracają do pani najczęściej?

Najgorsze wspomnienia związane są z pobytem w getcie, gdy każdego dnia przez wiele godzin byliśmy z moim młodszym bratem sami w domu, bo rodzice musieli iść do pracy. Wiedziałam, że w każdej chwili mogą przyjść Niemcy albo ukraińska policja, dlatego musieliśmy się bardzo cicho zachowywać. Przez większość dnia siedzieliśmy w ciasnej kryjówce zbudowanej przez ojca. Nie mogliśmy ze sobą rozmawiać, nie mogliśmy płakać. Nie było przy nas rodziców. Strasznie się wtedy bałam, że przyjdzie jakiś Niemiec albo Ukrainiec i nas zabije. Umiałam rozpoznać ich kroki na schodach. Mój brat miał zawsze mnie – starszą siostrę. Mógł się do mnie przytulić, mogłam go pocieszać. Ja nie miałam nikogo, na kim mogłabym się oprzeć.

W kanałach rodzice byli przy nas. Byli też inni dorośli. To dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Ufałam mojemu ojcu, wierzyłam, że kiedy on jest z nami, nic złego nas nie spotka.

Ten strach samotnego, ukrywającego się dziecka powraca do mnie w snach. Budzę się z krzykiem, zlana zimnym potem. I jestem taka szczęśliwa, gdy po chwili już wiem, że znajduję się w moim domu, w moim łóżku, że nic złego mi nie zagraża. Jeszcze przez wiele lat po wojnie, gdy mieszkaliśmy w Krakowie, strasznie się bałam zostawać sama w domu. Dużo czasu upłynęło, zanim odzyskałam poczucie bezpieczeństwa.

Co kilkuletnia dziewczynka robiła przez cały dzień w kanałach, w których było ciemno, wilgotno, ciasno, zimno, gdzie trzeba było zachować absolutną ciszę?

Zaraz na początku mój ojciec postanowił, że muszę się uczyć – wierzył, że kiedy skończy się wojna, wyjdziemy z kanałów i pójdę do szkoły. Dlatego poprosił Sochę, by przyniósł nam elementarz. Socha spełnił prośbę ojca i przyniósł książkę zatytułowaną Ala ma kota. Każdego dnia ojciec uczył mnie czytać i pisać, robił ze mną matematykę, poznawałam historię.

Dużo czasu spędzałam na rozmowach z dorosłymi, bawiłam się z moim młodszym bratem. Różne to były zabawy – na przykład ze szczurami, których w kanałach było pełno. Szczególnie mój brat umiał się z nimi dogadywać, karmił je okruszkami chleba. Ojciec był o to trochę zły, bo szczury wykradały nam chleb, który mieliśmy schowany na tzw. czarną godzinę, gdyby Socha z jakiegoś powodu do nas nie przyszedł. Szczury są bardzo inteligentne. Znalazły drogę do tego chleba i go podgryzały. Wtedy ojciec rozsypał przy workach z chlebem pokruszone szkło. Ale przebiegłe szczury nawet z tym szkłem sobie radziły.

Miałam też swojego wymyślonego przyjaciela Melka. Rozmawiałam z nim, opowiadałam mu o wszystkim, zwierzałam się ze swoich sekretów, skakałam z nim, wyścigi robiłam, kto pierwszy dobiegnie do mety. Nie pamiętam, dlaczego dałam mu właśnie takie imię – po prostu: Melek. Jego wyimaginowana obecność pomogła mi na pewno przetrwać ten trudny czas. Nasza przyjaźń trwała jeszcze długo po wojnie. Aż któregoś dnia stałam się dorosłą Krysią i Melek, towarzysz dziecięcych zabaw, odszedł.

Napisała pani w książce, że w dzieciństwie odebrano pani łzy. Jak to możliwe, by mała dziewczynka, która widziała wokół siebie tyle zła, okrucieństwa i przemocy, nie płakała?

Wiedziałam, że głośny płacz może nas zdradzić – i w getcie, i w kanałach. Dlatego nauczyłam się płakać po cichu, do środka.

Wielokrotnie w swojej książce używa pani słowa „cud”. Wierzyła pani, że jest Bóg, który się wami opiekuje?

Mój ojciec pochodził z rodziny, która była prawie niewierząca. W rodzinie matki praktykowało się tradycyjne święta żydowskie, w naszym domu tego nie było. O Bogu więc nie rozmawialiśmy. Ale w kanałach był z nami Jakub – bardzo wierzący i praktykujący Żyd. Gdy działo się coś złego, gdy było mi ciężko, prosiłam go: Jakubie, módl się za nas.

Ta jego modlitwa wydawała mi się ostatnią deską ratunku.

Moja matka też często nam mówiła, że Leopold Socha jest aniołem, którego Pan Bóg nam zesłał. To dzięki niemu przeżyliśmy w kanałach.

Ale przecież pomagał wam za pieniądze!

Tylko, że w pewnym momencie pieniądze się skończyły. Nie mieliśmy ani grosza. Ojciec poprosił moją mamę, by powiedziała o tym Sosze. Gdy się o tym dowiedział, następnego dnia nie przyszedł do nas. Zjawił się po dwóch dniach. – Nie zostawię was – powiedział – będę wam nadal pomagał. Za swoje pieniądze kupował jedzenie i wszystko, czego potrzebowaliśmy.

Czy ojciec pani wiedział, że przed wojną Socha siedział w więzieniu za rozboje i kradzieże?

Nie sądzę. Socha sam się do tego przyznał dużo później, gdy przychodził do nas do kanałów. Na początku wyglądało to tak, że zostawiał nam jedzenie i zaraz wychodził. Z czasem te jego wizyty były coraz dłuższe. Spędzał z nami swoje imieniny, urodziny, przynosił wódkę. Zawsze miał też ze sobą kanapki, które robiła mu żona. Połowę tych kanapek zjadał, a drugą połowę dawał nam – dzieciom. Nigdy nie zapomnę smaku wieprzowiny, która była między pajdami chleba. To było takie smaczne. Gryzłam maleńkie kęsy, żebym jak najdłużej mogła się tym delektować.

Socha bardzo zaprzyjaźnił się z moim ojcem, zaufał mu i opowiedział o swojej przeszłości. Któregoś razu okazało się, że sklep z biżuterią, do którego się włamał przed wojną, należał do mojej ciotki. Śmialiśmy się z tego.

Dla mnie jego przeszłość nie miała większego znaczenia. W moich oczach był bohaterem, dobrym człowiekiem, który nam pomagał i ratował życie. Dlatego Leopold Socha w moim sercu i w moich myślach ma szczególne miejsce, jest nie tylko bohaterem, ale kimś bardzo bliskim. Żydzi mają taką tradycję, że w rocznicę śmierci odmawiają kadysz – modlitwę za zmarłych. Ja też tak robię. Co roku 13 maja odmawiam kadysz za Leopolda Sochę i zapalam mu świeczkę.

Długo nie mogłam pogodzić się z jego śmiercią. To było w 1946 roku. Mieszkał ze swoją rodziną w Gliwicach. Jechał z córką na rowerze. Zobaczył, że jedzie na nich ciężarówka. Chciał uratować dziecko, więc ochronił ją swoim ciałem. Zginął. Ludzie, którzy widzieli ten wypadek, opowiadali nam potem, że leżał na ulicy, a jego głowa dotykała kratki ściekowej. Krew spływała do kanału…

Byliśmy z rodzicami na jego pogrzebie. Pamiętam, że ktoś stojący za nami powiedział: to kara od Boga za to, że ratował Żydów. Bardzo mi było wtedy przykro.

Pamięta pani ten dzień, kiedy wyszliście z kanałów?

Pamiętam doskonale. Przyszedł po nas Leopold Socha. Powiedział, że możemy wychodzić. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Zrobiło się straszne zamieszanie. Socha powiedział, że mamy zostawić wszystkie rzeczy i iść za nim. Właz kanału wychodził na jakieś podwórko. Socha wziął mnie na ręce i wyniósł na zewnątrz. Oślepiło mnie światło, którego nie widziałam ponad rok. Pamiętam, że stali tam jacyś ludzie i bili nam brawo, niektórzy płakali. Mój brat zaczął strasznie krzyczeć, że chce wracać do kanałów – kiedy tam wchodziliśmy, był bardzo mały. Nie pamiętał innego życia.

Czy kiedykolwiek po wojnie odwiedziła pani Lwów?

Byłam tam dwa razy. Pierwszy raz pojechaliśmy trzy lata temu. Tyle wspomnień do mnie wróciło. Odnalazłam dom, w którym się urodziłam, w którym mieszkałam, sklep moich rodziców, wejście do kanałów. Spędziliśmy we Lwowie półtora dnia.

Rok później wybrałam się tam ponownie, tym razem ze studentami z Uniwersytetu Nowojorskiego, którzy studiowali historię Żydów i Holocaustu. Przeczytali moją książkę, zaciekawiły ich losy mojej rodziny i poprosili, bym odbyła z nimi podróż do Lwowa.

Doświadczyła pani ze strony ludzi – Niemców, Ukrainców, Rosjan – bardzo wiele zła. Czy potrafiła im pani wybaczyć, że zabrali pani dzieciństwo?

Ból i żal zostaje. Ale staram się nie obwiniać młodego pokolenia za to, co się stało. Oni nie są winni temu, co zrobili ich ojcowie czy dziadkowie. Choć muszę przyznać, że gdy po wojnie byłam w Niemczech, podświadomie dzieliłam ludzi na różne grupy. Patrząc na tych starszych, myślałam sobie – ten mógł być esesmanem, widząc młodych, mówiłam do siebie: Hitlerjugend.

Nie czuje pani nienawiści?

Nie. Nie potrafiłabym nikomu wyrządzić krzywdy. I do dziś nie mogę zrozumieć, jak jeden człowiek mógł drugiemu człowiekowi wyrządzić tyle zła.

Czy przeżycia wojenne, czas spędzony w getcie i w kanałach rzutowały na pani podejście do ludzi w późniejszych latach?

Nauczyłam się na pewno widzieć w ludziach dobro, a nie zło. Staram się być optymistką. Gdy pojawiają się jakieś problemy, zawsze sobie myślę, że będzie dobrze, że sobie jakoś poradzimy. Tak też starałam się wychowywać moich synów. Gdy coś się dzieje, mówią wtedy: skoro mama mogła tyle przeżyć, my też damy sobie radę.

W książce zamieściła pani zdjęcie ze swojej pierwszej komunii świętej. Czy to znaczy, że została pani katoliczką?

To było wszystko na pokaz. Dyrektorka szkoły, do której zapisali mnie rodzice, domyśliła się, że jestem Żydówką. Domyślił się tego również ksiądz. Ale oboje powiedzieli mojej mamie, by dla bezpieczeństwa napisać, że jestem katoliczką – antysemityzm w Polsce był niestety wówczas bardzo groźny. Razem ze wszystkimi dziećmi uczęszczałam na lekcje religii, moja ciotka, która w czasie wojny była gospodynią u księdza, nauczyła mnie różnych modlitw. Kiedy przystępowałam do komunii, ksiądz wiedział, że nie jestem ochrzczona, a jednak pozwolił mi przyjąć komunię.

Długo musiała pani ukrywać swoje żydowske pochodzenie?

Zaraz po wojnie, gdy przyjechaliśmy do Krakowa, znajomi poradzili mojemu ojcu, by zmienił nazwisko na Chyrowski. – Jeśli chcesz, żeby twoja rodzina była bezpieczna, musisz to zrobić – tłumaczyli mu. Ale mimo to ludzie domyślali się, że jestem Żydówką. Pamiętam, jak kiedyś na murze na Dębnikach w Krakowie, gdzie mieszkaliśmy, ktoś wypisał wielkimi literami: Kryśka – Żydówka.

Za kilka tygodni na ekranach kin zobaczymy film Agnieszki Holland o losach małej dziewczynki w zielonym sweterku. Czy Agnieszka Holland prosiła panią o pomoc podczas kręcenia tego filmu?

Nie, Agnieszka Holland w ogóle nie wiedziała, że ja żyję. Ja również o jej filmie dowiedziałam się przez przypadek, gdy był już zrobiony. Mój mąż skontaktował się wówczas z agencją Agnieszki Holland i powiedział, że ta dziewczynka w zielonym sweterku żyje i mieszka w Ameryce. Agnieszka, gdy tylko się o tym dowiedziała, zadzwoniła do nas, a potem przyjechała do Nowego Jorku. Spotkałyśmy się, bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, dziś jesteśmy sobie prawie tak bliskie jak siostry. Bardzo żałowała, że wcześniej nie wiedziała o moim i istnieniu.

Miała pani już okazję zobaczyć ten film?

Oglądałam go na festiwalu w Toronto. Byłam wstrząśnięta. Agnieszka Holland bardzo realistycznie opowiedziała naszą historię. Siedząc w kinie, miałam wrażenie, jakbym wróciła do kanałów. Trudno mi nawet dzisiaj o tym opowiadać. Wtedy byłam dzieckiem, z wielu rzeczy nie zdawałam sobie sprawy. Teraz patrzyłam na te wydarzenia oczami osoby dorosłej. Oglądałam i trzęsłam się jak liść na wietrze.

Czy Robert Więckiewicz choć trochę przypominał pani Leopolda Sochę?

Grał wspaniale. Nawet mówił z tym charakterystycznym lwowskim akcentem. Gdy się spotkaliśmy, zapytałam go, jak to możliwe, że tak świetnie wczuł się w rolę i w ten język. Przyznał, że przez miesiąc brał lekcje, by się tego nauczyć.

Płakała pani?

Po swojemu, do środka.

A skąd się wziął tytułowy zielony sweterek w pani książce?

Zielony sweterek zrobiła moja babcia przed wybuchem wojny. Byłam wtedy bardzo małą dziewczynką. Często go zakładałam – miałam go w getcie i później w kanałach. Nie był zbyt ciepły, ponieważ miał krótki rękaw. Ale bardzo go lubiłam. Z Lwowa zawędrował ze mną do Krakowa, a potem do Izraela i Nowego Jorku. Był dla mnie pamiątką po mojej babci. To jedyna rzecz, która zachowała się z tamtych czasów. Kiedyś pokazałam go moim synom. Spojrzeli na niego i krzyknęli: Mamo, jak ty byłaś malutka!

To oni wpadli na pomysł, bym oddała ten sweterek do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. Początkowo nie chciałam, ponieważ była to dla mnie pamiątka po babci. Do dziś mam ją przed oczami, jak siedzi w fotelu i robi go dla mnie na drutach. Ale ostatecznie dałam się przekonać, że dzięki temu sweterkowi ludzie poznają historię naszej rodziny, że ta historia przetrwa. Że dzieci, które będą odwiedzały muzeum, zatrzymają się przy gablocie z zielonym, wełnianym sweterkiem i dowiedzą się, że kiedyś była taka mała dziewczynka, która podczas wojny przez 14 miesięcy mieszkała w kanałach.

Czy zielony sweterek w filmie jest podobny do tego, który zrobiła pani babcia?

Nie, jest zupełnie inny. Ma długi rękaw i trochę inny kolor. Agnieszka Holland nie wiedziała, że ten sweterek istnieje. Dowiedziała się tego dopiero ode mnie. Scenariusz, na którego podstawie powstał jej film, jest napisany w oparciu o książkę Roberta Marshalla W kanałach Lwowa. Gdy 10 lat temu zaproponowano Agnieszce Holland, by nakręciła ten film – odmówiła. Nie chciała robić kolejnego obrazu o holocauście. Moją książkę Agnieszka Holland przeczytała dużo później i nie ukrywała żalu, że nie poznałyśmy się wcześniej, nim zrobiła swój film.

Ilekroć komuś przed laty opowiadałam swoją historię, zawsze słyszałam: ktoś powinien to sfilmować. Myślałam sobie wtedy, że najlepszą osobą, która mogłaby to zrobić, jest Agnieszka Holland. Kiedy się więc dowiedziałam, że powstał film W ciemnościach i że jego reżyserem jest właśnie Agnieszka Holland, poczułam, że niespodziewanie ktoś spełnił moje najskrytsze marzenia.

W jednym z wywiadów Agnieszka Holland przyznała, że praca nad tym filmem była dla niej bardzo trudna emocjonalnie…

Tak, mówiła mi o tym. Powiedziała nawet, że pierwszy raz w życiu – kręcąc film – płakała.

Czy po tym wszystkim, co przeżyła pani jako mała dziewczynka, potrafi być pani dziś szczęśliwą osobą?

O tak. Jestem bardzo szczęśliwa! Mam męża, dwoje dzieci, wnuki. Jestem zdrowa. I każdego dnia dziękuję za to wszystko Bogu, kimkolwiek On jest.

Dziękuję Bogu, kimkolwiek On jest
Krystyna Chiger

urodzona 28 października 1935 r. we Lwowie – w 1943 roku po likwidacji getta ukrywała się z rodzicami w kanałach Lwowa, wspomnienia z tamtych lat opisała w książce Dziewczynka w zielonym sweterku....

Dziękuję Bogu, kimkolwiek On jest
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...

Dziękuję Bogu, kimkolwiek On jest
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....