Choinka
Oferta specjalna -25%

Po co światu mnich?

0 opinie
||
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Przedwczoraj był czwartek. Poszedłem po choinkę, bo jako najmłodszy ze wspólnoty buduję żłóbek, taki tu zwyczaj. Skąd wiedziałem, że to już? Skądś wiedziałem, pewnie mi powiedzieli, bo dowód Roberta Llewellyna, profesora matematyki z Chicago, z którym się duchowo skumplowałem, tym razem nie zadziałał.

Nie mogłem się rozeznać, temperatura była dziwnie łagodna w opactwie.

To prawda, że profesor Robert oszalał, jego matematyka dla specjalistów jest nieco dziwna, ale poezja jego dowodów zachowała zniewalający urok i bije na głowę żółte kalendarze, suche rubrycele i wypasione, safianowe agendy:

„Załóżmy, że iks równa się wszystkim możliwym iksom. Jeśli iks równa się zimno, zimno jest w grudniu. Miesiące zimne równa się od listopada do końca lutego. Istnieją 4 miesiące zimna i 4 ciepła. Pozostają więc 4 miesiące temperatury nieokreślonej. W lutym pada śnieg. W marcu jezioro jest jeziorem lodu. Liczba książek dąży do nieskończoności, kiedy liczba zimnych miesięcy dąży do 4. Przyszłość zimna jest nieskończona, przyszłość ciepła jest przyszłością zimna”.

Nie przeczę – aż do przedwczoraj imponowało mi, że i ja coś z wysokiej matematyki rozumiem. 

***

Poszedłem po choinkę. Zrzuciłem na chwilę habit i miałem teraz na sobie robociarskie, niebieskie spodnie, nogawki spadały na ciężkie buty, do tego barykadowo rozchełstana na piersi flanela (wszystko z wojennych zapasów brata Louisa), szalik, bo już sfrancuziałem (od aktywistki broniącej katolickiej mniejszości), kaszkiet z logo orkiestry marynarki wojennej z Gdyni (demobil wyszperany przez dowcipnych przyjaciół), w ręku ściskałem pęk sznurków, dwa rzemienie i drut (z gabinetu osobliwości brata Klemensa).

Ściskałem mocno i dopiero kiedy wyłaziłem z Doliny Bez Wyjścia, pomyślałem, że mogę tak przecież nie ściskać, nie zgubię ich mimo całej mojej gapowatości, a już na pewno nikt mi tego nie ukradnie. Byłem do rozpoznania dla drzew, ludzi i zwierząt – wiadomo: niebieskie spodnie, nóż w kieszeni, sznurki w ręku to znak, że to nie Bruce Chatwin (ten zawsze w podkolanówkach, szortach i białej koszulce polo przemierza Patagonię), ale mnich, tutejszy, idzie sobie, podróżuje, będzie wzorem swoich zakonnych przodków ścinał, wyrywał, wiązał, brał w niewolę, brał na plecy, wracał, z dumą dostarczał.

A było nie później niż kwadrans po tercji. O powrocie na obiad nie było co marzyć, miałem więc w kieszeni głęboko zakonspirowane jajko na twardo, chleb z kolacji, znów jajko i nawet sardynkę w folii metalowej, ale później to się jakoś wymieszało warstwami i atomami. Jak żwir z gliną na obrzeżach Doliny, jak karłowaty dąb z wyższym tu od niego jałowcem, jak to i owo o mnichach w plotce ludzi mieszkających tuż nad otworem i do Doliny nienależących, jak w powietrzu nad ranem lawenda z tymiankiem, tymianek z majerankiem i szałwia nad tym wszystkim osobno, jak buszujące w bukszpanach, powojach i ostrokrzewach stadko osłów ze stadkiem koni wypożyczanych przez mnichów z Aiguebelle do czyszczenia poszycia truflowego lasu w Dolinie. Najbardziej żal mi było jajek, bo całkiem się płaskie zrobiły niczym ziemia Marca Pola.

Dramat układam, a byłem przecież w podróży przydomowej, na wyprawie krótkiego dystansu i oddechu, bo pięćdziesiątka na karku, w przestrzeni ledwie na dwa machnięcia skrzydeł dzikiej gęsi Akki, na której leciał mały Nils Holgersson, na wędrówce śmiesznej dla każdego GPS-u, za to z Aniołem Stróżem – tym wdzięcznym skrzyżowaniem sylwetki Mahatmy Gandhiego z aeroplanem braci Wright, który w żaden sposób nie chciał się ode mnie odczepić i idąc pół kroku przede mną, wabił mnie w krainy dzieciństwa zapachem świerku, makowca i smażonej ryby schowanych w kieszeni pod siwiejącym (on też!) skrzydłem. 

***

Stanąłem wreszcie na żwirowych rozstajach. W dole dymiła Dolina. Nic nie brakowało temu krajobrazowi, co zawsze jest powodem nieszczęścia. Było za doskonale. Kania patrolująca niebo wpadła w komin ciepłego powietrza i przez chwilę wyglądała jak czapka rzucona Bogu na wiwat. Szybko wyszła z powietrznego aplauzu i położyła na skrzydło. Poleciała na elektrownię atomową w St. Paul Trois Chateaux – rzut kamieniem od opactwa, z semaforami wiatraków od czystej energii po drodze. Zaciągnęła smugą cienia całe to przyrodnicze szczęście. Moje oko szukało skazy, zadziory, kantu i ostrza, chciałem je jak drogocenną soczewkę podszlifować i wyskalować, bo może właśnie dziś dostąpię łaski św. Benedykta, który zobaczył świat w jednym promieniu słońca, świat zagęszczony, sensowny, do objęcia. Złowroga atomówka blisko klasztoru (o jej lokalizacji milczą zakonne foldery), park elektrycznych maszynek do mięsa na kiju to oczywiście skaza i defekt, ale to za mało. Ześlizgiwałem się z tego krajobrazu jak pająk z emaliowanych burt wanny. I jak tu wierzyć św. Bernardowi, który mawiał, że z drzew i pól więcej da się wyczytać niż z najmądrzejszych ksiąg. Marai – co prawda samobójca i pracuś – miał zdaje się więcej zdrowego rozsądku w podejściu do tzw. natury: Podziwiaj nieskończoność natury, staraj się żyć w harmonii z własnym charakterem i siłami przyrody, ale nie wstydź się i nie zaprzeczaj, gdy nawet najwspanialszy jej spektakl zdumiewająco szybko przestanie cię interesować i pociągać, jeśli bezpośrednio nie ma nic wspólnego z losem znanych ci ludzi. Romantyczna okolica w ciągu krótkiego czasu okaże się niezrozumiała i nudna, jeśli na nieskończoną scenę natury nie wejdzie człowiek, jedyny prawdziwy i nigdy nie nużący przedmiot twojej obserwacji i twojego zainteresowania. Ale nie było człowieka.

Przebiegł tylko milczkowaty pies o twarzy Huxleya z dużymi oprawkami jaśniejszej sierści wokół oczu, nawet się nie okręcił, pewnie ze wstydu, bo bok miał skudlony w kołtun, przysiągłbym – prawdziwa „plica polonica”. Naprawdę pomyślałem, że to diabeł. Ale był Anioł i jego wigilijny zapach. Załóżmy, że iks równa się wszystkim możliwym iksom, jeśli iks równa się zapach, zapach to pamięć.

Wystarczyło więc sięgnąć do niej głębiej i zaludnić okolicę. Zrobiłem krok i w pamięci pomnożyłem przez 44 – tam przy cyprysie może wyrosnąć stacja kolejowa w szarówce, z jedną żarówką w oknie dyżurnego ruchu, czekam na brata z wybałuszonym karpiem w siatce. Na śnieg skapuje śluz. Gdy przyjedzie, wręczę mu karpia, a sam będę taszczył walizki. My, zakatarzone dzieci z polskiego Bullerbyn w lichych paltocikach. Będziemy spowalniali kroku, żeby dłużej trwała podróż do domu, bo jeszcze nikt nie wymyślił leku na śmierć, na rozstanie, leku na przemijanie śniegu. Załóżmy, że iks równa się wszystkim możliwym iksom, jeśli iks równa się zapach, zapach jest w domu.

Dom tam, przy kalinie, w domu ojciec (żył krótko), widać go przez kratkę okna, jak Raskolnikow wziął siekierę i zamyślił się głęboko, potem tnie zamaszyście po dolnych gałęziach choinki, przymierza do stojaka, znów skraca niezadowolony z drzewka. Krzyk matki: „Chryste!”, gdy ogląda świerczek – kadłubek. Pominąć wieczerzę. Szczęk zmywanych talerzy i sztućców ważny, a najważniejsza wszechogarniająca senność. W przygotowanym zawczasu legowisku, którego przytulność konkuruje z mieszkankiem pana Szczura z O czym szumią wierzby, którego spiżarnia wygrywa z przysmakami tego angielskiego dżentelmena. Ugniatam bokiem pajdę makowca, pogryzam suszone śliwki i czytam W Pustyni i w puszczy, w dłoni ściskam sznurek, na sznurku uwiązany jest wielbłąd wycięty z gazety i naklejony na tekturę. Senność nie do pokonania, senność wygrywa i matka wyjmuje z mojej dłoni wielbłądzi sznurek, spod głowy wyciąga książkę. Później pomyślałem, że tak mogłaby wyglądać śmierć – śmierć jak matka otwierająca nam dłoń zaciśniętą na rekwizytach szczęścia. 

***

Właściwie Boże Narodzenie pełne jest śmierci, senność jest jej zapowiedzią – rozbraja nas, rozbiera, otwiera. Otwiera na niedającą się zamknąć w żadnej formule przyszłość. Kiedy przyszłość jest Kimś, muszą umrzeć nasze oczy, nasz język, nasze „racjonalne myślenie”, my musimy umrzeć, żeby przyjąć przyszłość. A mówią, że nic już się stać nie może, że jesteśmy jak pisarz, który trzyma epilog w rękach, że sen jest tylko wstępem do życia naprawdę już minionego.

Lubię Magrisa, ale mówiąc takie rzeczy, za bardzo naśladował poganina Lampedusę, nie, w Boże Narodzenie śnimy zawsze do przodu, umieramy do przodu, nie wchodzimy do piórnika, do pustej skrytki z zamkiem, w której nie ma niczego, co chwytałoby za serce i dręczyło duszę, życie jest tam, już minione, pewne, nie podlegające żadnym zmianom, nieważny stary banknot stu koron, który przyklejasz na ścianie, umieszczasz pod szkłem i który nie lęka się żadnej inflacji. Nie, owocem tej śmierci jest bezradność, radosna adoracja, odwrotny ruch do ruchu Słowa – wejście w łono Boga, gdzie światłość i tylko światłość. Wiem, nie wszyscy tak śnią, nie wszyscy tak umierają. Są i inni umarli. Załóżmy, że iks równa się wszystkim iksom, jeśli iks równa się głos, głos wydobywa się z piekła.

Piekła – powtarzam, skąd ta panika i zamykanie pośpieszne zeszytu, przecież to tylko głosy biednych ludzi. Takich jak my. Stoją przed domem, zgubili klucz, próbują znaleźć sposób, żeby wejść do środka, skarżą się, oskarżają, klną, bo łudzili się jeszcze przez chwilę, że piekło ma jakieś dno, że spada się klasycznie głową w dół. Że znajdą w nim jakiś intymny kącik w elitarnej dzielnicy, stolik choćby do gorzkich rozmyślań, które komuś ukradli, i przeżuwania własnej już rozpaczy. Nie czytali starego poety, owszem, nagradzali i pisali recenzje, ale nie słuchali, a on mówił: człowiek współczesny/ spada we wszystkich kierunkach/ równocześnie/ w dół w górę na boki/ na kształt róży wiatrów/ dawniej spadano/ i wznoszono się/ pionowo/ obecnie/ spada się/ poziomo.

Spadali poziomo a z nimi: patos samorealizacji, wola mocy, nastawienie na sukces. Wraz z nimi spadali poziomo prorocy przestrzegający ich przed tym wszystkim w imieniu własnym, Boga, Chrystusa i Kościoła. Niewyspani, przekrwieni, zabrani prosto z areopagów, choć wierzyli, że nic samo się nie zrobi, że jeżeli nie oni, to kto? Ci mężczyźni, tak potężni, te kobiety, tak piękne, przejęte kwestą na rzecz, kwestą na rzecz kwestii kwestionowanej: czy tożsamość z samym sobą ubliża nieskończonemu apetytowi poznania, czucia, chcenia? Czy okresowa wymiana tożsamości nie oznacza przypadkiem, że człowiek jest gatunkiem zmąconym? Itd.

A tak niewiele brakowało, byli już tak blisko, już dosięgali. Spadali poziomo, nie przerywając dyskusji z ich udręką, interlokutorem i spowiednikiem – małym zegarkiem i jego elektronicznym „bip”: No, o czym znów zapomniałem dziś/ na śmierć,/ na śmierć?/ mam wziąć pigułkę? wysłać czek?/ Obalić zło? wynaleźć lek/ na śmierć?/ na śmierć? 

***

No, o czym znów zapomniałem dziś na śmierć? Nie o choince, ta rosła sobie nie tak już daleko, widziałem ją w słońcu rumianą, zawstydzoną, do wzięcia, otuloną pajęczyną niczym Anna Csillag z Karłowic na Morawach włosami po udanej kuracji płynem przywracającym urodzajność. Zapomniałem, że To może się wydarzyć teraz, zaraz, niespodziewanie – tak uczył św. Bernard. Słowo przyjdzie do człowieka, narodzi się w nim, wejdzie w niego przez rany, dojdzie przez te sztolnie wstydu, choroby, biedy pionowe i poziome, bo tylko piekło jest bez dna, ale ludzkie serce wciąż jeszcze posiada solidnie podmurowane okolice, zgoda – nie wyglądają jak dom (pamiętacie ten zielony piec prawie pod sufit, który dobrze grzał tej surowej zimy, trawiąc polana etc. Naprawdę? To były kaloryfery?! Ciepłownia? To był blok, klatka, balkon bez tej arii Mozarta?!), nie wyglądają jak kościół, ten rozjarzony barok z aksamitną szufladką na list do Boga, św. Mikołaja, cesarza Franciszka, Kurii, bo proboszcz podobno ma dziecko. Barok kolędy najczystszych przeciwieństw, które każdego roku uczyły nas Boga zdolnego również sprzyjać Karpińskiemu, gdy ten opiewał Jacentę i jej piersi parzyste.

Zgoda, że wyglądają jak budka złomiarza przyklejona do planetarnego lotniska, słabo oświetlone miejsce bez imienia, z chybotliwym mostkiem nad kanałem, z masztami dogniwającej w nim łodzi, z podejrzaną, zasypaną śniegiem restauracyjką przy pomniku Czerwonej Armii, gdzie obowiązuje szemrana nieco „lingua franca”, gdzie zachodzą podupadli teolodzy, skończeni pisarze, zwariowani matematycy, i wsiakaja swołocz, gdzie zdanie: „Istnieją trzy drogi życia: Odyseusza, Jezusa i Fausta. Reszta to podatnicy”, zaognia i tak już namiętne spory, kończące się nieodmiennie bijatyką, gdzie w komorze obok przycupnęli niezrzeszeni, ale gotowi w każdej chwili przerwać swój rutynowy przegląd wspomnień i przygarnąć tego chudziaka z osłem i brzemienną, gdzie trwa narracja ściszona, senna, bezbronna, wigilijna, z jednym pustym krzesłem, bo może przyjdzie, przebaczy, przypomni sobie. 

***

Tak, moje serce, On przyjdzie. Wzywany czy niewzywany. Wystarczy tylko wypuścić sznurki, zwykłe konopne sznurki, którymi spętaliśmy świat. Anioł Stróż przyśpieszył kroku i był już przy choince, dawał mi znaki i przykładał siekierę do pnia. „Daruję jej życie!” – zawołałem, przykładając dłonie do ust. „Ktoś buszuje w życie?!” – spytało przebudzone echo. „W grudniu i w życie?” – wzruszył ramionami zniesmaczony Anioł, który nie znał się na tej zabawie, bo nie czytywał poezji metafizycznej z XVIII wieku. „Daruję jej życie!” – powtórzyłem. Głos odbił się od skał i powracał: „Gdzież obietnicy tej pokrycie?”. Jeszcze jedna jego wolta, tym razem odbił się od zagajnika: „Odbierz siekierę temu łachmycie!”. „No nie, tego już za wiele” – rozsierdził się Anioł. Ale ja wiedziałem swoje. To był On. Nadchodził radosny, gotowy do zabawy, gotowy do świąt. Nie wierzycie? Chwileczkę, mamy przecież dowód Llewellyna: „Załóżmy, że iks równa się wszystkim możliwym iksom, jeśli iks równa się Bóg, to na ziemi pokój ludziom dobrej woli”. I wszystkim ptakom, zwierzętom i choinkom wszechświata. 

Choinka
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...