Oblicza miłosierdzia

Oblicza miłosierdzia

Powikłane ludzkie drogi potrzebują więzów miłosierdzia, spojrzenia, które jak słońce dodaje mocy, by wzrastać. Myślę o tym często przed kolejnymi świętami, gdy kolejka do spowiednicy wije się przez dwie nawy i zakręca przy zakrystii.

Zapytałeś mnie, drogi bracie, o miłosierdzie, prosiłeś, żebym napisał, jak Bóg przebacza ludziom. Wydał mi się ten temat przerażający, bo skąd mogę wiedzieć, jak On to robi. Krótko potem mówiłem konferencję do księży. I pomyślałem, że napiszę ci o tym, co odkryłem, przygotowując się do tamtego spotkania. Pomysł listu jest związany z osobą nieżyjącego już trapisty Tomasza Mertona, którego obaj lubimy. Ostatnio w wydawnictwie W drodze opublikowaliśmy jego książkowy portret, pieczołowicie sporządzony przez ludzi, którzy przedarli się przez tysiące stron korespondencji Mertona. Tak więc ten, który był dla nas ważny w dojrzewaniu naszej decyzji o pójściu do zakonu, teraz inspiruje do tworzenia listu. A sztuka to dzisiaj zapomniana. Porzuciliśmy ją bowiem na rzecz niecierpliwości SMS-ów, zwięzłością przypominających raczej epitafium nagrobka niż dzielenie się własnym światem. Bo epistoła potrzebuje czasu, dojrzewa powoli, choć jest tylko zapisem drogi, czym się różni od spełnionego traktatu.

Przygotowując się zatem do spotkania z księżmi, odkryłem, że chcę im przede wszystkim powiedzieć „dziękuję”. Sądzę więcej – to sam Bóg chce, by usłyszeli, że jest z nich zadowolony i cieszy się nimi. Oczywiście, jak każdy, mają się z czego nawracać. Ale jak nikt inny, Bóg wie, że bycie księdzem podobne jest do wspinaczki granią. Tak, to nie jest bezpieczne powołanie. Wszystkie oczy świata są na nim skupione – ludzie tak często chcieliby widzieć w księdzu doskonałe oblicze miłosierdzia. Jesteśmy więc, bracie, adresatami ogromnych tęsknot. Ale czy ludzie się mylą? Owszem, często tłumaczymy, że Bóg jest miłosierny niezależnie od niedoskonałości szafarzy, często też ludzie sami potrafią głębiej spojrzeć na spowiedź. Ale skoro Jezus sam związał sakrament pojednania ludzkimi więzami, to może jest coś słusznego w oczekiwaniu, że przyjaciele Oblubieńca będą do Niego podobni? Jeżeli On jest Obliczem miłosierdzia, to przecież w przyjaźni twarze nabierają bliskich rysów, mimiki, spojrzenia. Tak, bracie, życie księdza ma w sobie coś z bycia obliczem miłosierdzia.

Rozmyślając o obliczach miłosierdzia, podziwiam odwagę Kościoła, który zanurzył go właśnie w ludzkich więzach. Przecież jeszcze u początków III wieku Tertulian w Afryce Północnej był wyrazicielem poglądu, że Bóg oprócz chrztu nie przekazał Kościołowi normalnej, codziennej władzy odpuszczania wszystkich grzechów. Owszem, biskup mógł odpuścić przewiny cotidianae incursionis – codzienne wykroczenia człowieka przeciw człowiekowi, ale już nie grzechy przeciw Bogu, określane w przykazaniach: miłuj Boga, nie zabijaj, nie cudzołóż… Jakże przenikliwego więc spojrzenia wymagało stwierdzenie, że pragnieniem Boga jest, by miłosierdzie było udzielane zwykłym gestem codzienności. To niekiedy dzieje się prawie banalnie, tak, że umyka dramatyzm wiary, iż Bóg przez ludzi odpuszcza w Kościele grzechy. Wstrząsnęło mną, gdy uświadomiłem sobie, jakich słów używamy, udzielając rozgrzeszenia. Nie mówimy wtedy: i Bóg odpuszcza Tobie grzechy; nie, ja i ty mówimy: ja odpuszczam tobie grzechy. A przecież pamiętamy obaj tę ewangelię, gdy czterech ludzi przyniosło do Jezusa paralityka. Nie mogli się przedrzeć przez tłum, odsłonili więc dach i spuścili łoże przed oblicze Mistrza. A Jezus, ujrzawszy ich wiarę, powiedział: synu, odpuszczają ci się twoje grzechy. Pamiętasz oburzenie faryzeuszy i uczonych w Piśmie!? Mówili pod nosem – kimże On jest, by miał odpuszczać grzechy. Tak, mieli rację – grzechy może odpuszczać tylko Bóg! To dlatego powtarzamy często w kazaniach, że Jezus objawiał wtedy swoje bóstwo.

***

Kimże więc my jesteśmy? Jak nie zadrżeć na myśl o słowach rozgrzeszenia, które powtarzamy? Jak dobrze, że nasze spowiadanie regulują grafiki, wiszące na klasztornych tablicach! Dzięki nim nie ma zbyt wiele przestrzeni na przerażenie. Słudzy nieużyteczni jesteśmy i według ustalonego rytmu schodzimy do naszych konfesjonałów. Jest w tym też wiele humoru, bo na przykład nasza poznańska spowiednica bardzo przypomina tramwaj – nasi poprzednicy ustawili w niej konfesjonały wzdłuż, jeden obok drugiego. Wsiadamy zatem do „tramwaju” i powtarzamy słowa, wobec których kiedyś wołano: kimże On jest, że śmie odpuszczać grzechy.

Tak, być obliczem miłosierdzia nie jest bezpiecznie. Znajdujemy się na przecięciu dróg świata, które jest miejscem Jezusa. Mówiono nam przecież nieraz w czasie przygotowań do święceń, że będziemy alter Christus. Miło było tego słuchać, podobnie jak słów, że będziemy w Jego mocy udzielali sakramentów. Cieszyliśmy się na myśl o powtarzaniu: to jest Ciało moje, to jest Krew moja. Niósł nas entuzjazm.

Dzisiaj bardziej czujemy, że nasza droga wiedzie przez trudny zachwyt. Bo jeżeli jesteśmy alter Christus, to Duch, podobnie jak Jego wypędza nas na pustynię. Gdy myślę o podobieństwie do kąsanego przez diabła Jezusa, przypomina mi się zadziwiający realizm wiary ojców ruchu monastycznego. W IV wieku medytowali w Egipcie opowiadanie o kuszeniu, odkrywając, że jeżeli wyruszą w pustkę śladami Mistrza, zwiążą na sobie siły przeciwnika i ludziom na świecie będzie lżej. Szli zatem przekonani, że ten rys podobieństwa z Jezusem wywołuje szczególnie wściekły atak przeciwnika. Pomyśl więc teraz, jak musi reagować zły, kiedy mówimy: to jest Ciało moje, to jest Krew; ja odpuszczam tobie grzechy. Trzeba by mieć wyobraźnię Tolkiena, żeby opisać, jak zawzięcie zbroją się wtedy wojska Saurona. Kiedy uświadomiłem sobie, w jak niebezpiecznych przestrzeniach się poruszamy, inaczej zacząłem rozmyślać o braciach porzucających kapłaństwo. Ich gest boli nawet bardziej niż kiedyś, ale chyba zaczynam przeczuwać motywy. Tym bardziej jestem więc przekonany, że trzeba sobie nawzajem powtarzać słowa otuchy i pokrzepienia.

***

Wyznawałem zatem w konferencji do księży wiarę w to, że Bóg się nimi cieszy. To jakieś niebotyczne przestrzenie, maszerować granią miłosierdzia – i On to docenia. Sam przecież jest w swoim miłosierdziu Niepojęty! Może to miał na myśli Jezus, mówiąc, że jeżeli nie staniemy się jak dzieci, nie wejdziemy do Królestwa? Miłosierdzie jest tak bliskie dziecku! To obecność Ojca sprawia, że można porzucić pytanie „czy wypada”, stawianie konwenansu na pierwszym miejscu. To Ojciec przynosi odwagę nietuzinkowych gestów. Bo czy nie wydaje ci się gestem nie z tego świata powtarzanie: ja odpuszczam tobie grzechy?

Tak, nasz Ojciec jest zaskakujący. Jezus, opowiadając o Nim, pokazuje, że to Bóg biegający. Zawsze mnie zadziwiało, że gdy zobaczył powracającego z daleka marnotrawnego syna, wybiegł naprzeciw i rzucił mu się na szyję. Ewangelia dodaje też, że wzruszył się głęboko. Wyobrażasz Go sobie biegnącego, wzruszonego, rzucającego się na szyję? To są rejestry jak z baśni o pięknej relacji dziecka z rodzicem. Dlatego ta przypowieść spełnia się w uczcie, pięknym stroju syna, pierścieniu i sandałach, muzyce i tańcach.

Wszystko to podsuwa raczej skojarzenie z baśnią i z zabawą niż śmiertelną powagą. Na tym pewnie polega cały problem z miłosierdziem. Święty Łukasz używa właśnie takich słów: i zaczęli się bawić. Czuję, że ten starszy syn, porządny brat powracający z pola po dniu pracy, chciałby najpierw przeprowadzić z marnotrawnym łobuzem solidną rozmowę, policzyć straty, zapytać o spłatę długu. I dlatego teraz stoi przed drzwiami śmiertelnie obrażony. Usłyszał muzykę i tańce i nie chce wejść na zabawę. Przecież znosił spiekotę i żar całego dnia, a tamten w ostatniej chwili też otrzymał denar – to według niego absolutnie niesprawiedliwe.

Tak, bracie, bo miłosierdzia nie ogarniemy. Ma też takie rysy, jak dziecięca fantazja – sprawia, że wszystko jest inne. To dlatego poborca podatkowy Zacheusz, przed którym wszyscy drżeli, biega w ewangelii za Jezusem, wdrapuje się na drzewo na oczach gawiedzi, a wieczorem porywa się na gest niespotykany: rozdaje połowę majątku ubogim, a jeżeli kogoś skrzywdził, oddaje poczwórnie. Gdyby tamtego dnia rano ktoś wspomniał mu przy śniadaniu, że tak się zachowa, stuknąłby się w głowę – nie jestem dzieckiem, nie będę robił z siebie pośmiewiska.

A ci czterej przyjaciele niosący paralityka – skąd przyszedł im do głowy pomysł demolowania dachu sąsiada, żeby tylko chory znalazł się przed Jezusem? A kobieta, prowadząca w mieście grzeszny żywot? Skąd u niej pomysłowość w omijaniu służby domu Szymona? I gdy już znalazła się u stóp Jezusa, w szaleństwie miłości wiedziała, że ona – grzesznica, może dotykać stóp Mistrza, obmywać je łzami i namaszczać. Czytałem kiedyś tę ewangelię w gronie przyjaciół. Znajoma powiedziała: gdyby jakaś kobieta padła ci do stóp i zaczęła się podobnie zachowywać, pierwsza bym się rzuciła, żeby ciebie ratować! Tak, bo to nie jest gest, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni – to poryw serca, które nie może utrzymać w sobie radości, że znalazło Miłość. A co powiesz o Zmartwychwstaniu? Nasz dorosły umysł nie potrafi sobie wyobrazić, że Ktoś był umarły, a znów żyje. A przecież na tym polega miłosierdzie – na przywracaniu do życia.

***

Ludzie bardzo potrzebują miłosierdzia. Oczekują od księży, by byli jego obliczami, często oczekują tego od siebie nawzajem. Bo my wszyscy jesteśmy obliczami miłosierdzia. Na tym polega powszechne kapłaństwo wiernych. Księża są alter Christus w sakramentach, ale każdy wierzący jest Nim przez chrzest. Kiedy ksiądz nas chrzcił, wypowiedział nasze imię, dodając: „przyoblekłeś się w Chrystusa i stałeś się nowym stworzeniem”. I zostaliśmy przez Jezusa posłani w świat, w którym człowiekowi brakuje doświadczenia miłosierdzia Boga. Nie kojarzy Go jako Kogoś, przy kim jest dobrze, jako Słońca, które przynosi życie. Raczej jest pierwszą przyczyną, odległym sędzią i prawodawcą. Powikłane ludzkie drogi potrzebują więc więzów miłosierdzia, spojrzenia, które jak słońce dodaje mocy, by wzrastać.

Myślę o tym często przed kolejnymi świętami, gdy kolejka do spowiednicy wije się przez dwie nawy i zakręca przy zakrystii. Nie przepadamy, bracie, za szybkimi spowiedziami, gdy potrzebna jest kartka przed ślubem albo przed chrztem dziecka. Ale skąd my wiemy, jakimi więzami pociągnął Bóg tych ludzi, że stanęli w tej kolejce? A może zostali przyniesieni przez przyjaciół? Może to nasze modlitwy zostały wysłuchane – przecież tak często powtarzamy podczas mszy prośbę o nawrócenie grzeszników. Zdarza się, że ludzie mają kłopot z pięcioma warunkami dobrej spowiedzi. Ale gdy przyjaciele przynieśli paralityka przed oblicze Jezusa, trudno się było tych wszystkich warunków doliczyć: nie widzę tam wyznania grzechów. I może w tej perspektywie trzeba rozumieć zdanie, że Jezus, widząc ich wiarę, powiedział do paralityka: odpuszczają się twoje grzechy. Tak jakby ten Kościół przyjaciół – wspólnota paralityka wyznała za niego grzechy.

Można w ten sposób rozumieć słowa świętego Pawła: „Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół”. Odkrywam Apostoła Narodów jako człowieka o dziecięcym spojrzeniu, które dostrzega to, czego inni nie widzą. Poruszył mnie sposób, w jaki mówi o Izraelu. Rozmyśla w Liście do Rzymian o swoich współbraciach, o których powiada, że gdy chodzi o ewangelię, są wrogami Boga; ale zaraz dodaje, że to ze względu na nasze dobro. Najbardziej zadziwiły mnie słowa: „Podobnie jak wy niegdyś byliście nieposłuszni Bogu, teraz zaś z powodu ich nieposłuszeństwa dostąpiliście miłosierdzia, tak i oni stali się teraz nieposłuszni z powodu okazanego wam miłosierdzia, aby i sami w czasie obecnym mogli dostąpić miłosierdzia”. Człowiek dorosły wobec ludzi, którzy są jego wrogami, często szykuje się do wojny, a Paweł rozważa, jakich dobrodziejstw doznał od Boga poprzez wrogów ewangelii – swoich braci. I wciąż powtarza, że to oni są pierworodnym synem. Przypominali mu pewnie starszego syna, który zatrzymał się na progu wesela i zabawy miłosierdzia, obrażony, że to za mało jest poważne. Jezus, opowiadając przypowieść o miłosierdziu, widział w tym starszym właśnie Izraela. I dlatego dla Pawła Izrael to wciąż starszy brat, o którym Ojciec mówi: synu, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko moje do ciebie należy.

***

Bardzo potrzebujemy takiego spojrzenia na siebie nawzajem zwłaszcza wtedy, gdy wyrządzamy sobie krzywdy. Ale wiem też, jak często mamy kłopot z przebaczaniem. Co zrobić, jeżeli ktoś nie potrafi na swoich wrogów patrzeć tak, jak święty Paweł patrzy na Izraela? Zewsząd rozbrzmiewają zachęty do miłosierdzia, zwłaszcza w adwencie i wielkim poście – być jak Ojciec miłosierny, nie sądzić, odpuszczać. Kiedyś pomyślałem, trochę obawiając się takiej intuicji, że to może sam Duch Święty daje znaki, używając ludzkich reakcji?!

Bo serce człowieka protestuje, jeżeli miłosierdzie miałoby się kojarzyć z zawołaniem „nic się nie stało”. To okrzyk kibiców, gdy ukochana drużyna traci bramkę. Ma swój stadionowy sens, zagrzewa piłkarzy, by nie ugięli się pod ciężarem straty gola. Jednak doznane krzywdy to nie zmiana piłkarskiego rezultatu.

Zawołanie „nic się nie stało” w kontekście doznanych krzywd nabiera odmiennego znaczenia. To jakby zaprzeczać własnym przeżyciom. Sugestia, że źle czuje wnętrze, gdy smuci się na przykład z powodu kradzieży. Ktoś klepie po ramieniu i mówi: „Weź się w garść”, a moje serce wie, że wydarzyło się coś strasznego. Przeczuwa, że przebaczenie to nie zapomnienie. Jezus nie mówi przecież: bądź miłosierny, uznaj, że nic się nie stało.

W miłosierdziu jest miejsce dla szacunku wobec krzywdy. Lubię mówić wtedy o modlitwie łez, narzekaniu wobec Boga: o tutaj mnie boli, tak mi ciężko. W takiej modlitwie boleści ocalona zostaje prawda ludzkich przeżyć. Tak, masz prawo czuć się smutny, rozżalony, zagubiony z powodu zła, które przyszło z ręki innych ludzi. Myślę, bracie, że bardzo potrzebujemy takiego żalu. Bo dopiero po takiej modlitwie robi się w sercu miejsce na przebaczenie. A dzisiaj rozumiem przebaczanie innym jako przynoszenie przed Jezusa sparaliżowanego. Tak, bo ten, który mnie skrzywdził, jest prawdziwie człowiekiem sparaliżowanym przez grzech. To zanoszenie krzywdziciela Bogu może dokonywać się przez modlitwę trzech słów: on/ona jest Twój. Słów mało, ale za powtarzaną formułą kryje się decyzja: oddaję krzywdziciela Bogu. I świadczę przez to miłosierdzie również sobie. Tak bracie, bo choćby nie wiem co, człowiek nie wyrówna rachunków. Nic nie jest w stanie przywrócić nas do stanu sprzed krzywdy. Ale może się dokonać zmartwychwstanie. Uznaję realność krzywdy i związanych z nią przeżyć oraz przekazuję krzywdziciela Bogu, wyznając w pokorze, że sam nie potrafię się nim zająć. Ale Bóg potrafi to zrobić – dlatego przynoszę go do Niego. Dlatego Miłosierdzie jest aktem największej sprawiedliwości. 

Oblicza miłosierdzia
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...