Przypowieść ma się dobrze

Przypowieść ma się dobrze

Marcin Jeleń OP, Dwie krainy, Słonecznik i róża, Dziki owoc, W drodze, 2011

Jeśli rażą was (dorosłych) jednoznaczne symbole (Bóg jako Król, szatan – chytry inteligencik, Zielona Kraina – raj, Czarna Kraina – świat pokus), to dajcie sobie spokój z bajkami ojca Jelenia. Wszystko będzie was drażniło, przeszkadzało. Jeśli jednak mimo to chcecie zanurzyć się w świat współczesnych quasi-biblijnych przypowieści, tworzonych przez człowieka wiary, a w dodatku psychologa – czym prędzej powinniście kupić jedną z trzech książek ojca Marcina. I przeczytać je swoim dzieciom lub podsunąć im do czytania. Już ich tytuły wskazują, czego można się spodziewać. Bo wprawdzie Dwie krainy, Dziki owoc czy Słonecznik i róża nie powiedzą wam, o czym będzie książka, ale wprowadzą w świat kreowany przez autora – świat baśniowy, nasycony poezją i pełen niedopowiedzeń.

***

Zaczyna się nijako. A jeśli chodzi o ścisłość, u mnie zaczęło się fatalnie. Książkę ojca Jelenia po prostu chciałem cisnąć w kąt po przeczytaniu pierwszego zdania. „W kraju od wieków zwanym Brązową Krainą żył pewien chłopiec imieniem Zygfryd”. Mój Boże – pomyślałem – jakież to pretensjonalne. Po pierwsze – Brązowa Kraina. Co to jest? Z niczym się nie kojarzy; symbol nie niesie żadnych treści. Szara Kraina – o, to byłoby coś. Wiadomo: wszystko jest nijakie, szare. Albo Mglista Kraina – trzyma się w poetyckiej sztancy. Po drugie: co to za imię – Zygfryd? Dzisiejsze dzieciaki odrzucają to, co dziwaczne, a imię Zygfryd – wierzcie mi – jest dla nich trochę dziwaczne (przepraszam wszystkich Zygfrydów). Nawet mojemu Joachimowi, chłopcu o nie tak znowu popularnym przecież imieniu, Zygfryd wydał się podejrzany. Podnosił brwi w niemym zdumieniu, ilekroć padało w książce.

Dalej nie było lepiej: „Miał on jedno, wielkie, gorące pragnienie, aby kiedyś, chociaż raz w życiu, zobaczyć na własne oczy Zieloną Krainę, o której opowiadała mu babcia”.

Moi dwaj młodsi synowie (10 i 8 lat) grają namiętnie w Simsy oraz oglądają Fineasza i Ferba. Na szczęście czytają też Opowieści z Narnii, bo po drugim zdaniu książki ojca Jelenia chyba by mnie zabili. Ziewaniem. Współczesne dzieciaki szukają akcji, ruchu. Sensy oczywiście muszą się pojawiać, ale litości: nic nie może zaczynać się tak niemrawo. Najlepszym przykładem rozumienia tych tendencji jest Arka Noego. Dotychczas dzieciaki nagrywały spokojne lub żywiołowe piosenki, ale zawsze z towarzyszeniem tego samego akustycznego instrumentarium. Najnowsza płyta – „Pan Krakers” – to punkowe covery, grane na mocno przesterowanych gitarach. I młodzi to kupują. Świat się zmienia, dzieciaki to wyczuwają, dlatego nie można pisać do nich językiem XIX-wiecznej nawiedzonej pensjonarki.

Tak właśnie myślałem, gdy zacząłem czytać książki ojca Marcina. Jednak zagłębiając się w lekturę, powoli zmieniałem zdanie. Im bliżej było końca opowieści o dwóch chłopcach, dziewczynce, tajemniczym starcu i poszukiwaniu przez trójkę dzieci Zielonej Krainy pełnej szczęśliwości – tym życzliwiej myślałem o autorze i wykreowanym przezeń świecie. I tym mocniej chciałem, żeby moi synowie – pokolenie Pepe Pana Dziobaka – poznali tę opowieść.

Dlaczego zmieniłem zdanie? Ponieważ coś do mnie dotarło.

***

„Coraz bardziej i bardziej zaczynam doceniać piękno i majestat tej drogi wiodącej w górę przez las, mimo stodoły, wzwyż po kamienistej pochyłości, wprost do gaju wysokich, prostych dębów (…). Wschód słońca: ukryty za ścianą cedrów i sosen na wschodzie obserwowałem purpurowy płomień królewskiego słońca pojawiający się między drzewami oślepiającym blaskiem (…)”. Tak w Domysłach współczesnego widza Tomasz Merton opisywał to, co stało się jego udziałem w codzienności klasztornego życia. Merton – uważany za jednego z największych katolickich pisarzy i myślicieli. Z ogromnym talentem literackim. Merton – artysta, który wyznawał, że jego powołaniem jest „pisarstwo i samotność”. Właśnie on pozwolił sobie na tak jawny kicz; zresztą nie raz jeden sobie pozwalał. Dlaczego?

Pewnie dlatego, że chrześcijaństwo od zawsze było trochę kiczowate – i nie ma w tym nic złego. Tam, gdzie trzeba sięgać do najprostszych emocji, symboli – tam przecież kicz pojawia się nieuchronnie. Dzisiejszy człowiek reaguje nań alergicznie (co ciekawe: nie przeszkadza mu kicz w reklamie, w telewizji, w internecie – ale w Kościele i owszem). Wystarczy jednak uprzytomnić sobie, że to, co nazywamy potocznie kiczem, odpowiada naszym najgłębszym potrzebom i wszystko stanie się oczywiste. I oczywiste stanie się, że ojciec Marcin Jeleń, sięgając po symbole proste, czytelne, tka z nich na naszych oczach współczesną baśń. Coś w rodzaju dodatkowej opowieści do Złotej legendy Jakuba de Voragine.

Ojciec Marcin stawia sobie ambitne zadanie: opowiedzieć po raz kolejny (ileż już było tych opowieści!) o walce dobra ze złem, ale opowiedzieć przy użyciu biblijnych symboli, miejsc i postaci. Starzec, Król, zatruty owoc, woda łaski, ogród, pustynia – wszystko to elementy doskonale nam znane, wywodzące się z Biblii (przynajmniej dla nas, chrześcijan). Pomysł jest taki: bierzemy elementy starej układanki i tworzymy z nich coś nowego, ale pamiętając, by ten nowy obrazek na pudełku puzzli odpowiadał temu, który Kościół układa już od dwóch tysięcy lat. A wszystko w myśl prawdy, że nie wlewa się młodego wina do starych bukłaków, tylko trzeba szukać młodych, estetycznych bukłaczków, z których tzw. człowiek dzisiejszy chętnie będzie pił.

Podczas lektury dotarło do mnie, że nie mam prawa oburzać się na proste symbole, bo one przecież opowiadają mi w sposób najlepszy starą historię, wykorzystując równie starą formę: przypowieść. Tak jest: tę samą przypowieść, w którą Jezus „owijał” prawdy podawane dwa tysiące lat temu ówczesnym ludziom. I przecież nie mnie powinny one ją opowiadać, a dzieciom. Ja już się do niej przekonałem, ja już wiem, co ojciec Marcin ukrył w swoich bajkach. Teraz przyszedł czas na najważniejszy test: czy moje dzieci zainteresuje historia chłopaków, próbujących dostać się do raju? Czy chwycą ich przypowieści?

***

Musicie wiedzieć coś o moich chłopcach. Są pełni życia; energicznie rozmawiają już długo przed śniadaniem i z równą energią rozprawiają późnym wieczorem w łóżkach na rozmaite, z pewnością ważne dla nich tematy. W ciągu dnia oczywiście także mają mnóstwo pary, tak, że ja – wiecznie napędzający się kofeiną – wysiadam przy nich wczesnym popołudniem. Oczywiście kochają telewizję. Naturalnie uwielbiają internet i wszystko, co im przynosi. Trochę czytają – ale ten rodzaj aktywności raczej kłóci się z ich temperamentami. Ale jeśli już czytają, to żadna moc nie jest w stanie ich oderwać od lektury.

– Mam tu książkę – zacząłem pewnego wieczoru, wchodząc do ich pokoju z redakcyjnymi wydrukami jednego z dzieł ojca Jelenia.
– O czym? – zainteresował się młodszy.
– O dwóch chłopakach, którzy wędrują przez świat w poszukiwaniu…
– Nudy – przerwał mi dziesięciolatek i buchnął na łóżko. Ośmiolatek po prostu mnie wyśmiał. Wyszedłem jak niepyszny.

Drugiego wieczoru jednak zacząłem im czytać Dwie krainy. Na początku byli sceptyczni, przeszkadzali mi co chwila irytującymi uwagami, ale po jakimś czasie w pokoju zrobiło się cicho. Słuchali. Gdy skończyłem, młodszy zapytał, czy następnego dnia też będziemy czytali o Zygfrydzie i Leonie, a starszy po prostu zabrał książkę do łóżka i czytał ją dalej sam.

Ma więc opowieść ojca Marcina Jelenia tę zaletę, że chce się jej słuchać. Chcą jej słuchać nawet kilkuletnie dzieci. W dobie natłoku informacji, gdy bronią się tylko dobre, solidnie poprowadzone narracje – to naprawdę komplement. Ma też inne walory: przejrzystą fabułę, czytelnie skreślone postaci i happy end. Pomiędzy tym wszystkim ukryty jest ważny przekaz, dzięki któremu po raz kolejny podstawowe prawdy naszej wiary, jak choćby nadzieja, mogą trafić do najmłodszych.

Gdybym, prawem recenzenta, miał się czepiać, na pierwszy ogień poszłyby rysunki – lekko oniryczne, jakby wymalowane akwarelą scenki. Ale skoro moim synom się podobają, to moje zdanie mniej się liczy: w końcu to dla nich książka.

Nad językowymi niezręcznościami też nie będę się pastwił; nie ma sensu. Siedemnaście lat pracy w mediach wyostrzyło mój wzrok na wychwytywanie podobnych spraw w tekstach, lecz przecież normalny czytelnik (używam słowa „normalny” z rozmysłem) nie zwróci na to uwagi. Po co mu odbierać przyjemność lektury.

Zielona Kraina to nie Narnia, a ojciec Marcin Jeleń to nie C.S. Lewis, ale i tak czyta się znakomicie. A w dodatku książki te opowiadają o czymś ważnym. Koniecznie kupcie i przeczytajcie waszym dzieciom. Albo podsuńcie im do czytania. Niech się przekonają, że stara, dobra przypowieść biblijna wciąż trzyma się mocno, na przekór rozpaczliwym próbom niektórych kaznodziejów, którzy co niedziela mordują ją swoimi nietrafionymi, błahymi przypowiastkami.

Przypowieść ma się dobrze
Jacek Kowalski

urodzony w 1972 r. – absolwent polonistyki na UAM w Poznaniu, dziennikarz „Gazety Wyborczej” w Bydgoszczy. Mieszka w Kruszwicy. Jest żonaty, ma trzech synów....