Nigdy nie przebaczę!

Nigdy nie przebaczę!

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
Wyczyść

Stając wobec człowieka, który zapiekł się w swoim nieprzebaczeniu, w istocie stajemy wobec swoistej monady bez drzwi i okien.

Historie z przebaczeniem w roli głównej są niczym dobre kryminały: tu i tam jest kat i ofiara, zbrodnia i kara oraz tak istotne, nieoczekiwane zakończenie. Świetna lektura na każdą okazję, bo przykuje uwagę czytelnika od razu, tak że nie wypuści jej do samego końca, aż przeczyta wszystko od deski do deski. Stare, sprawdzone literackie dyby. Sęk w tym, że te opowieści niewiele mają wspólnego z codziennością. To raczej ekscytujący przerywnik życiowej monotonii, która rządzi się twardym i bezlitosnym oko za oko i ząb za ząb. No chyba, że nam przypadła niewdzięczna rola kata. Wtedy po raz kolejny materializuje się w przestrzeni i czasie przypowieść o nielitościwym dłużniku z żałosną puentą: jak przebaczać winy – to nam, jak je odpuszczać innym – to po naszym trupie (por. Mt 18,23–35)! Śmiała diagnoza, ale czy chybiona?

Nienawidzę, więc jestem!

Zazwyczaj temat przebaczenia otwierają pozytywne przykłady z życia. Prócz waloru estetycznego, bo dobrze jest zacząć czymś pięknym i pozytywnym, mają też wartość pedagogiczną: już na wstępie przygotowują i skłaniają odbiorcę do przyjęcia pożądanej postawy przebaczenia. My postąpimy przeciwnie, antypedagogicznie: zaczniemy od postawy odmowy przebaczenia. Wyjdziemy tym samym naprzeciw zarzutom pójścia na łatwiznę, manipulacji czy indoktrynacji.

Historie z odmową przebaczenia w tle zawsze kończą się tą samą puentą: nigdy nie wybaczę! Jest to zwykle logiczna konsekwencja szczegółowego opisu doznanych krzywd i jako puenta nikogo nie dziwi i nie zaskakuje. Jeśli doznana krzywda jest oczywista i wciąż woła o pomstę do nieba, to uważny i wrażliwy słuchacz doświadczy oburzenia i gniewu podobnego do tego, które żywi narrator, i razem z nim skłonny będzie domagać się sprawiedliwości. Trudno by było inaczej. Słuchając historii kobiety, która jako dziewczynka była gwałcona przez własnego ojca, nie sposób nawet pomyśleć o przebaczeniu, a co dopiero proponować je jako jedyne możliwe rozwiązanie. Podobnie w wielu innych sytuacjach, bo przykłady niewybaczalnych krzywd można niestety mnożyć w nieskończoność. A słuchając o oszustwach, zdradach, morderstwach czy też o zwyczajnych świństwach, które zdarzają się w każdym środowisku, nietrudno utrwalić w sobie postawę nieprzebaczenia.

Ta oczywistość odmowy przebaczenia zblednie jednak nieco, a nawet zacznie być problematyczna, gdy całą opowieść o doznanej krzywdzie umieścimy w szerszym kontekście czasowym. Wyobraźmy sobie, że dana historia znana nam jest już na pamięć, bo tak często ją słyszeliśmy. Ale mimo to pokrzywdzona osoba opowiada nam ją po raz kolejny, z tym samym ładunkiem emocjonalnym i z tym samym oczekiwaniem empatycznej reakcji z naszej strony. Nawet jeśli należymy do ludzi wyjątkowo cierpliwych i psychologicznie wyrobionych, po takim kolejnym razie zamiast współczucia zaczniemy odczuwać znużenie, a może nawet irytację. Uświadomimy sobie, że jedną rzeczą jest krzywda, której ta osoba doświadczyła w przeszłości, a drugą, zupełnie inną jest to, co z tej krzywdy uczyniła w międzyczasie. I pojawią się proste, zdroworozsądkowe pytania: Dlaczego nosisz to cierpienie tak długo w sobie? Dlaczego ciągle rozdrapujesz tę ranę? Czy nie widzisz, że to cię niszczy? Dlaczego nie zapomnisz? Przecież twoi krzywdziciele odeszli, może nawet już nie żyją?

Mimo naszych dobrych chęci większość tych skądinąd logicznych pytań pozostanie bez odpowiedzi, bo – jak to za chwilę wykażemy – są dosłownie dialogami z innej bajki. Im bardziej gwałtownie będziemy je stawiać, im natarczywiej domagać będziemy się odpowiedzi, tym większe czeka nas rozczarowanie. Efekt będzie odwrotny od zamierzonego, a zamiast pozytywnych rezultatów napotkamy w najlepszym razie mur milczenia, jeśli nie wprost wrogość. Wkrótce nasza skromna osoba zostanie wpisana na długą listę tych, co „nic nie rozumieją”, a nawet – o zgrozo! – „stają po stronie krzywdzicieli”, a więc sami stają się kolejnymi krzywdzicielami. Skąd się bierze taka negatywna reakcja? Stąd, że istotnie nic nie rozumiemy i próbujemy uruchomić logiczne myślenie tam, gdzie rządzą emocje, i to w swej najmocniejszej, mrocznej odsłonie. Tu istotą tożsamości nie jest kartezjańskie „myślę”, ale „czuję”, a ściślej „nienawidzę, więc jestem!”. Stając wobec człowieka, który zapiekł się w swoim nieprzebaczeniu, w istocie stajemy wobec swoistej monady bez drzwi i okien. Bo nienawiść – jak to mądrość ludowa powtarza od wieków, a współczesne badania nad mózgiem potwierdzają – zaślepia! 

Monada bez drzwi i okien

Nienawiść, o której tu mowa, należy odróżnić od spontanicznych uczuć, które rodzą się w człowieku w chwili doznawania krzywdy. Czymś naturalnym przecież, w obliczu doznanej krzywdy, jest nie tylko eksplozja złości, ale cały zestaw negatywnych emocji: od lęku – z bogatą gamą reakcji obronnych i unikowych – zaczynając, a na gniewie i czynnych kontratakach na krzywdziciela kończąc. Te gorące, spontaniczne i często bezwiedne emocje są jak najbardziej właściwą reakcją i nie trzeba ich tłumić. Problem zaczyna się wtedy, gdy wraz z upływem czasu owe emocje nie tylko nie wyciszają się, ale – wprost przeciwnie – zaczynają żyć własnym życiem, ewoluują i stopniowo przekształcają się z emocji gorących w zimne: nienawiść, wrogość, resentyment, zgorzknienie… Dokonuje się to poprzez tzw. ruminowanie, tj. bierne i nawracające skupianie się na objawach własnego cierpienia i na okolicznościach mu towarzyszących.

Ruminowanie jest tym wewnętrznym mechanizmem, który powoli przekształca człowieka w monadę bez drzwi i okien, bo zamyka go w zaklętym kręgu jego krzywdy. By lepiej wytłumaczyć, na czym polega ta pułapka, warto posłużyć się wynikami stosunkowo świeżych badań nad wpływem emocji na ludzkie postrzeganie.

W 2009 roku uczeni z Uniwersytetu w Toronto wykazali, że emocjonalny stan człowieka ma bezpośrednie przełożenie na jego sposób postrzegania otaczającego świata: pozytywne emocje poszerzają pole widzenia, negatywne je zawężają. Odkrycie to dobrze tłumaczy, dlaczego negatywne emocje i uczucia osoby skrzywdzonej tak bardzo zawężają jej wizję świata. Osoba ta doświadcza czegoś, co określa się mianem „widzenia tunelowego”: skupiona na własnej krzywdzie przestaje powoli dostrzegać inne elementy otaczającego świata, a nawet wypiera je ze świadomości, bo mogą rozproszyć jej uwagę lub odciągnąć ją od kotłujących się w niej emocji. To wyjaśnia, dlaczego kontakt z osobą skrzywdzoną staje się tak trudny. Wydaje się, że poza doznaną krzywdą nie dostrzega już innego świata, a wszelkie próby otwierania drzwi i okien odczuwa słusznie jako swoisty gwałt na sobie.

Można to porównać do noszenia w sobie rozżarzonych węgli: zapalają się w momencie doświadczenia krzywdy po to, by w odruchu świętego i słusznego gniewu rzucić je w twarz krzywdzicielowi. Ponieważ jednak często spotkanie twarzą w twarz nie jest możliwe albo grozi jeszcze większą traumą, a żar raz rozpalonych węgli trzeba jakoś podtrzymać, dlatego życie zaczyna się koncentrować na podtrzymywaniu tego „świętego ognia”. To sprawia, że całe bogate wnętrze człowieka powoli się kurczy i wypala. Jedynym rozwiązaniem jest wyrwanie się z pułapki tych autodestrukcyjnych, negatywnych uczuć i zastąpienie ich uczuciami pozytywnymi. Jak dowodzą wspomniani psycholodzy z Toronto, pozytywne uczucia otwierają bardziej na świat i są podstawą kreatywności. Momentem zwrotnym w temacie krzywdy jest przebaczenie. 

Przebaczenie jako emocjonalna zamiana

Przebaczenie zdefiniujemy tu jako emocjonalną zamianę gorących emocji gniewu lub lęku, które pojawiają się po doznanej krzywdzie czy ataku, lub odmowy przebaczenia, która jest wynikiem ruminowania doznanej krzywdy, przez pozytywne emocje, takie jak bezinteresowna miłość, empatia, współczucie, a nawet miłość romantyczna. Chociaż definicja ta może wydać się minimalistyczna, a nawet pod pewnymi względami kontrowersyjna (przecież to nieomal behawioryzm!), to przytaczam ją z tego względu, że w przystępny sposób tłumaczy sedno całego długiego i złożonego procesu przebaczenia, tj. zamianę emocji negatywnych na pozytywne.

Dlaczego ta zmiana emocjonalna jest tak ważna? Psycholodzy dowodzą, że w naszym organizmie, już na poziome molekularnym, toczy się nieustannie swoista walka między pozytywnymi i negatywnymi emocjami. W interesie naszego szeroko rozumianego zdrowia i pomyślnego rozwoju leży, by w tym zmaganiu przeważyły emocje pozytywne. To samo, choć na zupełnie innym poziomie, od stuleci powtarzają kierownicy duchowi: w naszej duszy nieustannie toczy się walka dobra ze złem, światła z ciemnością, i w tej walce musimy zrobić wszystko, by zwyciężyło dobro i światło. Oczywiście nie chodzi o to, by z kategoriami moralnymi schodzić na poziom molekularny organizmu, ale raczej o to, żeby docenić rolę emocji i uczuć w naszym życiu duchowym. I warto w tym momencie odwołać się nie tyle do teoretycznych rozważań, ile do naszego osobistego, intymnego doświadczenia. Bo każdy z nas kiedyś już się zmagał albo będzie się zmagał z problemem przebaczenia, a przy tej okazji być może już doświadczył walki duchowej.

Wśród czytelników nie ma chyba nikogo, kto nie znałby kwaśno-słodkich zmagań z przebaczeniem, zwłaszcza gdy doznał niczym nieusprawiedliwionej przemocy, krzywdy czy zła. Zwykle, gdy wracamy myślą do tych doświadczeń, uruchamiają się w nas naturalne mechanizmy ruminowania i oddajemy się negatywnym uczuciom. Na nowo przeżywamy smutek, żal, złość, gniew, oburzenie oraz kreślimy kolejne scenariusze „słodkiej zemsty” lub „tryumfu sprawiedliwości”. Wydaje się nam, że odczuwanie słusznego gniewu, żywienie usprawiedliwionej urazy i nieustanne robienie prawdziwych wyrzutów jest jedynym i słusznym zajęciem, jakiemu powinniśmy się oddawać. Przebaczenie zaś jawi się nam jako nieuprawnione, przedwczesne (niech najpierw przeprosi!) czy po prostu lekkomyślne. Dopiero wspomniany upływ czasu i dłuższe doświadczenie weryfikują te sądy, gdyż smutek, żal, złość czy nienawiść, nawet słuszne i usprawiedliwione, nie czynią nas lepszymi. Wprost przeciwnie, zawsze popychają nas ku złemu: złym myślom, słowom, a nawet czynom. Natomiast ilekroć pod wpływem modlitwy czy dobrych przykładów innych ludzi zdobywamy się na przebaczenie, nawet jeśli wydaje się nam ono bardzo sztuczne i nieomal wymuszone, tylekroć pozostaje w sercu przez dłuższy czas wyciszenie, pokój, a nawet radość. Oczywiście do czasu, gdy nie wrócą negatywne uczucia, ale wtedy cały proces trzeba powtórzyć.

Jak w każdym rozeznaniu duchowym warto dłużej zatrzymać się nad tą różnicą duchowych skutków różnych przeżyć, bo to one jak żaden inny argument przekonują do przebaczenia. Powiedziano przecież: po owocach ich poznacie! Przebaczenie okazuje się jedynym godnym wyjściem z sytuacji krzywdy, gdyż dosłownie uwalnia od zła, którego doświadczyliśmy ze strony innych ludzi i które do nas – bez naszej zgody i woli – przylgnęło. Tylko ono przypomina nam o godności, której ktoś inny nie uszanował i której z kolei my sami nie szanujemy, pozwalając sobie na skądinąd słuszną nienawiść. 

Empatia – klucz do zamiany uczuć

Najlepszym kluczem do zamiany uczuć negatywnych na pozytywne jest empatia. Dzięki empatii odkrywamy na powrót to, co jest fundamentem relacji międzyludzkich: że wszyscy jesteśmy ludźmi, że jesteśmy do siebie podobni. W doświadczeniu krzywdy bowiem najczęściej dochodzi do dehumanizacji krzywdziciela: wyobrażamy go sobie jako nieczłowieka, a im boleśniej nas dotknął, tym bardziej jego postać w naszych oczach i wyobrażeniach potwornieje i nabiera cech demonicznych. Te wyobrażenia oczywiście wzmagają negatywne uczucia i myśli, a tym samym napędzają mechanizm ruminowania. Empatia natomiast przerywa ten zaklęty krąg, uwalnia pozytywne emocje i pozwala uruchomić proces przebaczenia.

Istnieją różne stopnie empatii, ale istota rzeczy jest zawsze ta sama: trzeba postawić się w miejscu kogoś drugiego i spojrzeć na świat z jego perspektywy. Ten wewnętrzny akt, który jest przekroczeniem samego siebie, przywraca nie tylko krzywdzicielowi jego ludzką twarz, ale i skrzywdzonemu pozwala odzyskać zdolność do krytycznego myślenia i odczuwania. Patrząc z cudzej perspektywy, łatwiej zrozumieć, że ktoś działał pod wpływem jakiejś presji, uwarunkowania, okoliczności. Gdy zaś pojawi się zrozumienie, to łatwiej też o pozytywny odruch serca i utożsamienie się ze zdrową naturą naszego krzywdziciela. Nawet jeśli czyn, którego się dopuścił, pozostaje niezrozumiały i ohydny, a tym samym empatia jest po ludzku niemożliwa, to zawsze pozostaje jeszcze współczucie. Bo widok głęboko okaleczonego człowieczeństwa musi poruszać i tym bardziej skłaniać do miłosierdzia.

Empatię można uruchomić na różne sposoby. Już samo proste uświadomienie sobie bardzo prawdopodobnych faktów z życia naszego krzywdziciela – np. że też był małym dzieckiem, że miał jakichś rodziców, którzy tak czy inaczej próbowali go wychować na porządnego człowieka itp. – pozwala uruchomić wyobraźnię, która będzie pracowała na korzyść przebaczenia. Czyż nie taka jest pedagogika samego Jezusa, gdy rozwścieczonym i ziejącym nienawiścią faryzeuszom i uczonym w prawie opowiada przypowieści o zagubionej owcy czy miłosiernym ojcu (por. Łk 15)? Ktoś zdolny do empatycznego odczucia zawartej w tych przypowieściach miłości i czułości nie sięgnie z taką samą gotowością po kamień, by nim rzucić w bliźniego. Przeciwnie, z pokorą przyzna, że sam potrzebuje miłosierdzia, bo przecież nikt nie jest bez grzechu (por. J 8). A stąd już krok w stronę głębszego pojęcia, czym jest owo Chrystusowe wezwanie do miłości nieprzyjaciół. 

Wyobraźnia miłosierdzia

W temacie przebaczenia nie ma alternatywy. Odmowa przebaczenia jest drogą donikąd, jest początkiem piekła na ziemi, w którym decydujemy się na mieszkanie pod jednym dachem z demonem wepchniętym na siłę w nasze życie przez krzywdziciela. Jedynym rozwiązaniem jest przebaczenie, bo ono otwiera nasz świat na tysiące istniejących możliwości dalszego, pozytywnego rozwoju. Oczywiście, przebaczenie jest procesem, który wymaga czasu i dokonuje się stopniowo. Nie wolno go narzucać, wymuszać ani egzekwować w żaden sposób, bo prowadzi to jedynie do dodatkowej traumy. Ono zawsze musi być darem, i to bezinteresownym. Trzeba jednak o nim mówić, świadczyć, przekonywać, bo to uruchamia wyobraźnię miłosierdzia.

Na koniec słowo o wyjściowej diagnozie. Być może czytelnikowi już na początku wydała się ona przesadzona i zbyt negatywna, a teraz tym bardziej taka jest, bo przecież nie rozpoznał się w obrazie monady bez drzwi i okien. Ale ja powtórzę z uporem jeszcze raz: to problem raczej naszej percepcji, a nie błędnej diagnozy. Gdybyśmy istotnie byli ludźmi przebaczenia, nie byłoby w naszym społeczeństwie, środowiskach, rodzinach, a nawet w nas samych takich podziałów i konfliktów, smutków i złości trwających latami i od pokoleń. Dlatego musimy się jeszcze wiele nauczyć w kwestii przebaczania win. Czy to najtrudniejsze? Niech odpowiedzią będą słowa pewnego dawnego kaznodziei, który tak powiedział: co do miłosierdzia, mówi się, że w Bogu przekracza ono wszelkie Jego dzieła; i to dlatego człowiek miłosierny jest człowiekiem prawdziwie boskim, bo miłosierdzie rodzi się z miłości i dobroci. Oby tej miłości i dobroci nigdy nam nie zabrakło.

Nigdy nie przebaczę!
Stanisław Morgalla SJ

urodzony 26 grudnia 1967 r. w Rybniku – jezuita, psycholog, kierownik duchowy, profesor i wykładowca Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. Autor książek: Dojrzałość osobowościowa i religijna, Miło...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze