Zmarnowana śmierć Hanki Mostowiak

Zmarnowana śmierć Hanki Mostowiak

Pamiętacie „Utraconą cześć” Katarzyny Blum? Fenomenalną powieść o tym, co może z życia zwykłego człowieka zrobić tabloidowa prasa? Dziś media są w stanie uczynić znacznie więcej – w dodatku dobrego! – o ile nie zaprzepaszczą danej im szansy.

Jest wtorkowy wieczór 8 listopada. Włączam TVP 2, by zobaczyć, co się stanie „the day after”. Wczoraj byłam wśród 8,4 mln Polaków, którzy najpierw na nią czekali, a potem śledzili z zapartym tchem. Śmierć Hanki Mostowiak.

Nie wiecie, kim jest (była) Hanka Mostowiak? Nie wierzę! Raczej wiecie, tylko nie chcecie się przyznać. Bo szef intelektualista. Bo znajomi snobują się na tych, co to już dawno nie mają w domu telewizora. Bo sami snobujecie się na tych, których 8 listopada interesowało wyłącznie inauguracyjne posiedzenie Sejmu siódmej kadencji. Bo to właśnie posiedzenie z zapartym tchem śledziliście w telewizjach informacyjnych na żółtych paskach. Bo żółte paski są dla was solą życia. Bo…

Gdybyście naprawdę nie wiedzieli, nie słyszeli jeszcze w tramwaju, autobusie, na parkingu, przejściu dla pieszych, w centrum handlowym, na rynkowym straganie czy gdziekolwiek indziej, spieszę wyjaśnić: Hanka Mostowiak to jedna z głównych bohaterek serialu M jak miłość emitowanego już od 11 lat przez Telewizję Polską (tak, tę, za którą – przynajmniej teoretycznie – wszyscy płacimy abonament). Matka trójki dzieci (dwie starsze córki adoptowane), wierna żona, wspaniała nauczycielka, postać do bólu kryształowa. W tę rolę wcielała się aktorka Małgorzata Kożuchowska. Tyle, że pół roku temu coś w tym krysztale pękło.

Według jednej wersji Kożuchowska zapowiedziała publicznie, że nie chce już być Hanką Mostowiak (trudno się dziwić; wielki aktor, którym jest Janusz Gajos, do dziś nie znosi postaci Janka Kosa z Czterech pancernych i psa; w tym zawodzie niewiele jest chyba gorszych rzeczy niż szuflada, z której nijak nie da się wydostać). Ale jest i wersja druga. Wedle niej to scenarzyści postanowili podziękować aktorce, która w poniedziałkowe i wtorkowe wieczory była kryształową Hanką Mostowiak, by w wieczór środowy przeistoczyć się w zdecydowanie wyemancypowaną, wielkomiejską i już nie tak kryształową mamę z „Rodzinki.pl” – Natalię Boską. W dodatku na tym samym kanale TVP 2. W dodatku… w tym samym czasie antenowym (oba seriale emitowane są o godz. 20.40). Widzowie publicznej telewizji rzeczywiście mogli mieć pewien dysonans poznawczy. Jak i wrażenie, że ktoś wpuścił ich w kanał. Bo otwierają lodówkę, a tam… znowu Kożuchowska!

Hanka Mostowiak umiera więc na oczach 8,4 mln widzów w poniedziałkowy wieczór 7 listopada. Nie jest to śmierć spektakularna niczym z amerykańskich filmów sensacyjnych, bo nie tak umierają serialowi bohaterowie. Hanka jedzie razem ze swoją siostrą samochodem, niespodziewanie wjeżdżają w stojące na poboczu puste kartony. Nic poważnego się nie stało. Dopiero za chwilę Hanka straci przytomność, a potem spokojnie umrze. Bo – jak się później dowiemy – miała w mózgu tętniaka, który pękł.

Zresztą, po co to wszystko piszę? Przecież wiecie, że tak właśnie zmarła Hanka Mostowiak. Wie o tym cała Polska. Kto nie oglądał, wie z internetu, że Hankę zabił „gang Kartonów Morderców”. Że na Facebooku w mig powstała grupa „NIE dla pogrzebu Hanki Mostowiak na Wawelu”. Że byli tacy, którzy chcieli odczytywać czarne skrzynki z jej samochodu. Że i żony niektórych publicystów (a pewnie i oni sami) spieszyły do domu, by tylko zdążyć na ten odcinek M jak miłość (bo lubią taki serialowy kicz i koniecznie musiały zobaczyć, jak odchodzi Hanka Mostowiak). Wreszcie, że było nas przed telewizorami 8,4 mln – znacznie więcej, niż serial gromadził w ostatnich latach. No i namnożyło się rankingów w sieci. Z jednej strony w stylu: „Kto z serialowych bohaterów powinien odejść zaraz po Hance Mostowiak”, z drugiej „Kto i w jakim serialu odchodził piękniej od Hanki Mostowiak”. Niby wiem, że internet to śmietnik, a jednak… w naszym kalendarzu jeszcze tydzień nie minął od Wszystkich Świętych i Zaduszek. 

***

Jest wtorkowy wieczór 8 listopada. Włączam TVP 2, by zobaczyć, co się stanie „the day after”. A tu… akcja M jak miłość wyraźnie przyspieszyła. I to w tempie Formuły 1! Mamy nagle dwa miesiące po śmierci Hanki Mostowiak! Czuję się okropnie oszukana. Chciałam zobaczyć – przyznaję – jak scenarzyści poradzą sobie ze śmiercią jednej z głównych bohaterek. Zwłaszcza że uśmiercili Hankę na kilka dni przed serialową Wielkanocą, a więc Świętem Zmartwychwstania, a więc piękną historią o tym, jak śmierć można zwyciężyć. Tymczasem w serialu, w którym dotąd akcja ciągnęła się jak flaki z olejem – z dnia na dzień, z godziny na godzinę, od rana do wieczora – przyspieszenie z prędkością światła!

Dla mnie to jasny sygnał, że scenarzyści nie chcieli (nie potrafili?) poradzić sobie ze śmiercią Hanki Mostowiak. I tak, jak jasny jest ten sygnał, tak jest też i smutny. Zarówno w dużych miastach, jak i w mniejszych miejscowościach czy wioskach nie brak tych, którzy losy bohaterów serialu śledzą od lat całkiem poważnie. Wielu z nich – co może przerażające, ale prawdziwe – przenosi serialowe zdarzenia na swoje realne życie. Gdy myślę o tych właśnie odbiorcach, czuję, że scenarzyści M jak miłość zmarnowali wielką szansę, by powiedzieć coś ważnego o śmierci. O tym właśnie „the day after”. Gdy trzeba wstać z łóżka (a trzeba, bo przecież jest się facetem, który ma trójkę dzieci!). Gdy trzeba zmusić te dzieci do zjedzenia śniadania (podczas gdy im jest boleśnie, żałośnie źle, bo straciły mamę – osobę na świecie najważniejszą). Gdy trzeba spojrzeć w lustro w łazience, umyć zęby, ogolić się, choć ręce się trzęsą, choć nic się nie widzi, bo oczy są pełne łez, wciąż bardziej i bardziej. Dlaczego ten facet nie chodzi po domu i nie wyje z rozpaczy?! Dlaczego te dzieci (dziewczyny mają kilkanaście lat, są niegłupie, u progu dorosłości) nie rozpaczają, nie pytają o śmierć mamy? Dlaczego nie przepełnia ich niezgoda, bunt? Dlaczego nikt z tymi dziećmi nie rozmawia? Dlaczego one nie idą po świętach do szkoły? Dlaczego tu nie wspiera ich mądry pedagog czy szkolny psycholog? Dlaczego nie ma tej Wielkanocy, jakże innej od wszystkich poprzednich? Dlaczego Mostowiakowie, na co dzień biegający do kościoła w Grabinie, teraz nie szukają wsparcia w Bogu? Dlaczego nie widzimy ich na klęczkach, pytających i rozpaczliwie pragnących odpowiedzi? Gdzie jest ich ksiądz proboszcz, do którego nieraz wpadało się na plebanię ze zwyczajną błahostką? Gdzie jest cała ta wielka rodzina Mostowiaków, która od 11 lat uczyła nas, że najbliżsi są po to, by się wspierać, nawet w najbardziej banalnych życiowych sytuacjach, w których doskonale poradzilibyśmy sobie sami? Dlaczego nie było tego wszystkiego w M jak miłość? Dlaczego?! 

***

Jest wtorkowy wieczór 8 listopada. Włączam TVP 2, by zobaczyć, co się stanie „the day after”. Ale nie ma żadnego „nazajutrz”. I chyba niestety wiem, dlaczego.

Nikt nie nauczył nas rozmawiać o ostatecznym. Nie potrafimy mówić o śmierci (wszyscy: lekarz, ksiądz, wychowawca w szkole). Studentów medycyny nie uczy się, jak przekazać najbliższym tę najgorszą wiadomość. Oni już wiedzą, nie wiedzą jeszcze ci, którzy kochają. Dla których ten, kto właśnie zmarł, był (wciąż jest?) najważniejszym człowiekiem, całym naszym życiem. Jak teraz powiedzieć, że to już koniec? Jak pomóc w pierwszym szoku? Jak wyciągnąć znad krawędzi rozpaczy? I czy to w ogóle możliwe?

A dzieci? Jak z nimi rozmawiać o śmierci? Gdzie są wychowawcy? Ponoć od dobrych 10 lat, a więc od reformy oświaty, już ich w szkołach właściwie nie ma. Zostali tylko nauczyciele. Uczą, ale nie wychowują. I nie jest to zabawa słowami, subtelna różnica, ale zmiana zasadnicza. I to zmiana na gorsze. Bo nauczyciel nie ma czasu na rozmowę z dziećmi. On tylko wymaga, uczy (szkoli?) pod testy, pod klucze rozwiązania tych testów. Reformatorski system zrobił z niego trybik w machinie, który na myślenie, kreatywność, emocje nie ma już czasu. I ten trybik wymaga tego samego od mniejszych – uczniowskich – trybików. Żeby się tylko w tej machnie nic nie zacięło! W szkole się nie umiera. I już. 

A w Kościele? Jeśli prześledzić, nawet pobieżnie, niektóre odcinki M jak miłość, to i w Kościele się nie umiera. Do proboszcza w Grabinie idzie się z drożdżowym plackiem, jeszcze ciepłym, ale nie po to, żeby pytać, dlaczego nagle zmarła moja żona, mama, synowa. Czy naprawdę taki jest polski Kościół? Albo inaczej: nawet jeśli taki jest ten małomiasteczkowy polski Kościół (choć na pewno nie wszędzie, bo nie wszędzie panuje ten plackowy stereotyp), to czy publiczna telewizja nie jest od tego, by pokazać, że może (powinno?) być inaczej?

Nie umiemy rozmawiać ze sobą o śmierci. Często nawet w rodzinie, wśród najbliższych. Może dlatego, że na co dzień przerzucamy się mnóstwem drobnych spraw, płyniemy przez morze banału? Zakupy, porządki, pranie, prasowanie, lekcje z dziećmi – bo system wymaga!

Mądrość, wiedza, często też doświadczenie każdego z nas są niczym wobec śmierci. Zostawiamy więc ten problem, milczymy, tłamsimy (zabijamy?) w środku, gdzieś na dnie żołądka czy z tyłu głowy. Albo omijamy szerokim łukiem. A wejście na ten łuk – z pomocą nowych mediów – jest… śmiertelnie łatwe. Oto gra komputerowa: jedna, druga, trzecia. Oto życie w niej: jedno, drugie, trzecie… Oto Hankę Mostowiak zabija „gang Kartonów Morderców”… Oto internet… Oswaja śmierć tak dobrze, że aż można umrzeć ze śmiechu.

„Żegnając się z bohaterką, zapraszamy do wyjątkowej galerii. Przed Wami: zbiór fotografii, na których widać chwile pełne radości i nadziei. Zdjęcia Hanki – takiej, jaką wszyscy pragniemy zapamiętać…” – czytam na oficjalnej stronie serialu www.m-jak-milosc.pl. Istny nekrolog, jakby odeszła od nas naprawdę najbliższa osoba, a nie po prostu serialowa postać (może więc nie ma się co dziwić, że są widzowie, którym seriale mieszają się z rzeczywistością). To nie koniec – pod tym pożegnaniem sonda „czy będziesz tęsknił/tęskniła za postacią Hanki Mostowiak?” (gdy to piszę – 90 proc. deklaruje, że będzie tęsknić). I tyle o śmierci mają do przekazania twórcy serialu oglądanego wciąż (po 11 latach!) przez miliony Polaków. Ani słowa o tym, jak radzić sobie z nagłym odejściem najbliższej ukochanej osoby, żony, mamy. A przecież na tej stronie mogła (powinna?) się znaleźć rozmowa z jakimś psychologiem, duchownym, lekarzem na co dzień pracującym w hospicjum (choć w tym wypadku trudno mówić o nagłym odejściu, to i tak porady takich lekarzy są na wagę złota).

Tymczasem twórcy M jak miłość zmarnowali śmierć Hanki Mostowiak. Serial, który ma sporą jak na telewizję publiczną oglądalność, mógł swoim odbiorcom dać znacznie więcej. Zwłaszcza że z jednej strony odbiorcy ci traktują go nadzwyczaj poważnie, a z drugiej – mówimy o publicznych mediach, które mają do spełnienia pewną misję. Jeśli traktować ją nie jako wyświechtany frazes, lecz poważne wyzwanie, tym większa jest ta zmarnowana szansa na pokazanie Polakom, jak mówić i rozmawiać o śmierci. 

***

Tak jak Utracona cześć Katarzyny Blum traktuje o nadmiernym zaangażowaniu mediów w nasze życie, tak „zmarnowana śmierć Hanki Mostowiak” jest o wielkim medialnym zaniechaniu. Który grzech cięższy? 

Zmarnowana śmierć Hanki Mostowiak
Zofia Kotlińska

urodzona w 1979 r. – absolwentka socjologii, podróżniczka. Obecnie mieszka i pracuje w Poznaniu....