Nieudolność elit

Nieudolność elit

Oferta specjalna -25%

Żywe paradoksy. Zasada katolickiego i/i

0 opinie
Wyczyść
Dodaj do koszyka

W Kościele nastąpiło wyraźne pęknięcie. Doprowadziło ono do tego, iż w najistotniejszych sporach dotyczących moralności hierarchowie albo milczą, albo reagują z opóźnieniem.

Historia pierwsza

Rechotu było co niemiara. Gdy podczas inauguracyjnego posiedzenia polskiego Sejmu siódmej kadencji Robert Biedroń, pierwszy zdeklarowany gej w parlamencie, wszedł na mównicę i użył sformułowania „cios poniżej pasa”, niemal cała sala wybuchnęła gromkim śmiechem. Łącznie z premierem Tuskiem, który nie był w stanie ukryć rozbawienia.

Przez kilka następnych dni lewicowe media solidarnie potępiały „skandaliczne zachowanie posłów”, którzy nie wykazali odpowiedniego poziomu kindersztuby wobec kolegi homoseksualisty. Przedstawiciel Ruchu Palikota stał się z dnia na dzień męczennikiem, ofiarą zmasowanego i brutalnego ataku… chichotem. A przecież tuż po wyborach jeden z komentatorów dużej gazety, wyrażając satysfakcję ze świetnego rezultatu nowego ugrupowania, przepowiadał z nadzieją, że Sejm „będzie teraz weselszy”. Po incydencie z Biedroniem okazało się, że Sejm może być wprawdzie weselszy, ale tylko na warunkach nihilistycznej lewicy. Co ciekawe, na tym samym posiedzeniu, w trakcie wystąpienia byłego marszałka Ludwika Dorna, Janusz Palikot krzyknął w pewnym momencie: „Dość już tego narodowo-katolickiego kabaretu!”. Jego wrzask nie został jednak przez nikogo uznany za skandaliczny czy niedopuszczalny. Ot, zwyczajowa, parlamentarna pyskówka. 

Historia druga

Wanda Nowicka, szefowa Fundacji Planowania Rodziny i niestrudzona promotorka aborcji, przepadła w pierwszym głosowaniu na stanowisko wicemarszałka Sejmu, choć podobno – jak komentował jeden z polityków lewicy – ten fotel należał jej się „jak psu kość”. Przeciwko Nowickiej głosowali przede wszystkim posłowie PiS, ale także kilkudziesięciu deputowanych Platformy.

Niezadowolony z takiego obrotu sprawy Donald Tusk spotkał się z parlamentarzystami swojej partii i przekonał ich, by w ponownym głosowaniu jednak poparli Nowicką. Politycy PO zmienili więc zdanie i wprowadzili ją ostatecznie do kierownictwa Sejmu. W międzyczasie przeciwnicy tej kandydatury cytowali oburzające słowa syna Nowickiej na temat mordu w Katyniu oraz przypominali, że jej lobbystyczna organizacja jest finansowa przez koncerny farmaceutyczne, m.in. produkujące środki wczesnoporonne. 

Historia trzecia

Anna Grodzka, pierwsza posłanka transseksualistka, stała się gwiazdą nie tylko polskich, ale i zachodnich mediów. Rozpisują się o niej gazety brytyjskie, niemieckie i hiszpańskie, podkreślając, iż Polska pokazuje poprzez nią swoją nową twarz. Bardziej europejską, nowoczesną, tolerancyjną.

Anna Grodzka złożyła jedynie ślubowanie poselskie. Nie wystąpiła jeszcze wówczas w Sejmie, nie wzięła udziału w posiedzeniu żadnej komisji, nie zgłosiła oficjalnie żadnego postulatu. Ukradła za to show dwóm czarnoskórym politykom, którzy dostali się do parlamentu: Johnowi Godsonowi i Kilionowi Munyamie. Gdyby nie Grodzka, to oni zapewne trafiliby na łamy „The Guardian” i „Süddeutsche Zeitung”, jako ikony „tolerancyjnej Polski”. 

Historia czwarta

Roman Kotliński, redaktor naczelny skandalizujących „Faktów i Mitów” i świeżo upieczony poseł, zaatakował w swoim piśmie Monikę Olejnik. Nazwał ją „Stokrotką”, sugerując, że współpracowała pod tym pseudonimem ze Służbą Bezpieczeństwa. Opisał także historię jej ojca, zatrudnionego niegdyś w peerelowskim MSW. Paradoksalnie, sam Kotliński został zarejestrowany w archiwach SB jako informator bezpieki. „Gazeta Wyborcza” dała wyraz swojemu oburzeniu, a Janusz Palikot zapowiedział naganę dla Kotlińskiego oraz publicznie przepraszał Olejnik za ekscesy swojego podwładnego. 

***

Miesiąc po wyborach, w których Ruch Palikota uzyskał 10 proc. głosów i 40 miejsc w Sejmie, cała dyskusja wokół tego ugrupowania sprowadziła się do podbrzusza Roberta Biedronia, płci Anny Grodzkiej, komunistycznych przekonań syna Wandy Nowickiej oraz publikacji niszowego brukowca. 

Można odnieść wrażenie, że z gigantycznego, postmodernistycznego i antyklerykalnego balonu, nadmuchanego przez Palikota do spółki z Jerzym Urbanem, uszło właśnie powietrze. Wielkie idee i buńczuczne hasła zderzyły się z twardą, polityczną rzeczywistością. Posłowie Ruchu Palikota zostali wciągnięci w sejmową i medialną wirówkę, która w dłuższym okresie będzie nadwerężać ich potencjał. 

To jednak wrażenie mylne. Partia biznesmena z Biłgoraja została wyniesiona na szczyty polskiej polityki nie tylko przez konkretnych ludzi i konkretnych wyborców, lecz także w wyniku bardzo konkretnych procesów, które od wielu lat zmieniają polskie społeczeństwo. Owszem, to ugrupowanie w dużej mierze antyestablishmentowe, podążające koleinami wydeptanymi niegdyś przez Stana Tymińskiego czy Andrzeja Leppera, ale to ostentacyjna laickość i antychrześcijańska retoryka były tymi elementami, które z pospolitego ruszenia, zrazu wykpiwanego przez większość obserwatorów, uczyniły polityczny wehikuł z prawdziwego zdarzenia. 

Palikot ma w swojej ekipie ludzi niekompetentnych i niedoświadczonych, ale trzyma też w rękawie trzy ważne asy: przychylność mainstreamowych mediów, uwikłany w wewnętrzne konflikty Kościół i zbliżający się wielkimi krokami kryzys. Mimo kilku porażek, które już poniósł i które jeszcze poniesie w bieżących potyczkach politycznych, ma szansę, by na stałe okopać się na scenie politycznej, zawiązywać taktyczne sojusze i osiągać swoje cele małymi krokami. 

Ruch kojarzony z postacią byłego lubelskiego posła PO, zanim jeszcze stał się partią, cieszył się sympatią paru gazet, tygodników oraz stacji telewizyjnych, które z chęcią zapraszały lidera i jego współpracowników. Dzięki malowniczemu, niekiedy brutalnemu językowi Palikota, mogły liczyć na wzrost popularności swoich programów publicystycznych. Wzrost pokaźny, jeśli w dodatku jego adwersarzem był ktoś z przeciwnego bieguna sporu ideologicznego. 

Nie chodziło jednak wyłącznie o słupki oglądalności. Dla liberalnych mediów Palikot ucieleśniał nowy typ telewizyjnego bohatera – odważnego, bezkompromisowego buntownika, który soczystymi słowami mówi głośno i otwarcie to, co inni do niedawna przemilczali. Gdy większość mediów coraz częściej stawiała na skandal, nawet poważne stacje TV poddały się temu trendowi. Jako że nie mogły – ze względów prawnych – epatować golizną i krwią, musiały znaleźć kogoś, kto „zorganizuje” im skandal stricte polityczny. 

Uwerturą do Palikotowego festiwalu były pamiętne rozróby na Krakowskim Przedmieściu latem ubiegłego roku. Widzieliśmy ludzi szydzących z obrońców krzyża, układających krzyż z puszek po piwie, krzyczących „Mohery na stos”. Wielu komentatorów starało się wówczas zamaskować wulgarność protestujących, mówiąc o „świeżym powiewie nowoczesnej Polski” i o „wspaniałej, bezkompromisowej młodzieży”. „Gazeta Wyborcza” przeprowadziła nawet długi wywiad z Dominikiem Tarasem, jednym z organizatorów protestu, który urósł do rangi symbolu ulicznego, radosnego ruchu sprzeciwu wobec „czarnych”, „kaczorów” i skostniałych konwenansów. 

Wszystko po to, by wprowadzić do medialnego dyskursu, zdominowanego dotąd przez dwie duże partie, nowy, ożywczy element. Media potrzebowały skandalisty, lecz także kogoś, kto wbije klin między PiS i Platformę. Żerowanie na sporze między Kaczyńskim a Tuskiem było dotychczas motorem napędowym telewizji i portali internetowych, ale musiał w końcu nadejść czas pewnego znużenia. Trzeba było poszukać innej narracji, z innym, jeszcze bardziej wyrazistym protagonistą. Palikot nadawał się do tej roli idealnie. 

Jego niewybredne ataki na Kościół także odpowiadały na zapotrzebowanie mediów. Nawet najbardziej zdeterminowani lewicowi politycy i publicyści nie mieli tyle tupetu, by obrzucać obelgami Kościół oraz jego członków z takim zapałem i tak regularnie, jak zaczął to czynić Palikot. Ktoś musiał przebić ten delikatny mur. Do tej pory „stara” lewica zachowywała wobec Kościoła resztki respektu, by przypomnieć choćby wypowiedzi i zachowania Aleksandra Kwaśniewskiego, zapraszanego do papamobile przez Jana Pawła II. Wraz z Palikotem rozpoczęła się nowa era, na którą Kościół nie był przygotowany. 

***

W ostatnim dwudziestoleciu Kościół przeżywał różne okresy. Najpierw: pookrągłostołowego triumfu, gdy jego rola jako filaru antykomunistycznej opozycji została przeniesiona w czasy niepodległej Rzeczypospolitej i ugruntowana konkordatem. Z drugiej strony na początku lat 90. XX w. „Gazeta Wyborcza” w histerycznym tonie przestrzegała swoimi najbardziej znanymi piórami przed wzrostem pozycji Kościoła i zawłaszczaniem przezeń coraz większych obszarów życia w III RP. Później, po dość długim okresie względnego spokoju i stabilizacji, na światło dzienne zaczęły wypływać niepokojące informacje o uwikłaniu katolickich hierarchów we współpracę ze służbami bezpieczeństwa PRL. Kościół, przerażony skalą zjawiska i możliwymi konsekwencjami, nie mógł sobie poradzić z tym problemem. W końcu na margines życia kościelnego zaczęli być wypychani nie dawni konfidenci, lecz księża, którzy ujawniali ich mroczną przeszłość. Kilka afer związanych z molestowaniem seksualnym (ze sprawą abp. Paetza na czele) pogorszyło jeszcze wizerunek Kościoła. 

W przeddzień starcia z rosnącym w siłę ruchem antyklerykalnym Kościół był poważnie osłabiony. Brakowało dyscypliny, brakowało deklaracji jedności, wielu hierarchów zaczęło na własną rękę komentować rzeczywistość, zarówno społeczną, jak i polityczną. Z jednej strony opinię publiczną bulwersowało jawne zaangażowanie w politykę ojca Tadeusza Rydzyka oraz jego rozgłośni, a także szaleństwa księdza Piotra Natanka. Z drugiej zaś: ostre słowa nieżyjącego już arcybiskupa lubelskiego Józefa Życińskiego czy niemal codzienne występy ks. Kazimierza Sowy w mediach wspierających jedną z partii. Wielu wiernych zaaprobowało sztucznie wykreowany podział na „Kościół toruński” i „Kościół łagiewnicki”. Kolejnym ciosem były kontrowersje związane z wypowiedziami ks. Adama Bonieckiego na temat zaproszenia satanisty Adama Darskiego do publicznej telewizji oraz obecności krucyfiksu w Sejmie. Gdy przełożony zakonnika nałożył na niego zakaz udzielania wypowiedzi w mediach, część polskich katolików ujęła się za dyskryminowanym duchownym, część zaś poparła tę decyzję, twierdząc, iż ks. Boniecki posunął się w swoim permisywizmie zbyt daleko.

W Kościele nastąpiło wyraźne pęknięcie. Doprowadziło ono do tego, że w najistotniejszych sporach dotyczących moralności hierarchowie albo milczą, albo reagują z opóźnieniem. Samo pojawienie się Ruchu Palikota i jego coraz intensywniejsza antychrześcijańska retoryka powinny spotkać się z natychmiastową, stanowczą, acz rozumną, odpowiedzią kapłanów. Wierni takowej nie usłyszeli, nic dziwnego zatem, że wśród wyborców nowej formacji znalazło się zapewne także wiele osób, które co niedziela uczestniczą w mszy świętej.

Kościół może wkrótce stać się obiektem jeszcze silniejszego ataku, gdy kryzys gospodarczy, dziś paraliżujący takie kraje jak Włochy czy Grecja, dosięgnie w końcu Polski. Ruch Palikota, jako ugrupowanie antyestablishmentowe i pozostające w opozycji wobec rządu, może skorzystać z tej okazji i wzmocnić swój populistyczny przekaz. Populizmy żywią się nieudolnością i arogancją elit, a duchowni katoliccy są nad Wisłą postrzegani właśnie jako członkowie elity. Kościół zaś – jako nieudolny i arogancki.

Już dziś „palikotowcy” starają się upokorzyć Kościół dokładnie w taki sam sposób, w jaki naziści dyskredytowali żydowskich bankierów: przedstawiając biskupów jako żądnych władzy i pieniędzy watykańskich najemników, na których pensje składają się wszyscy podatnicy. Palikot wie, że w Polsce argument finansowy może mieć większą moc rażenia niż piętnowanie najbardziej nawet odrażających przypadków nadużyć seksualnych ze strony księży. Nietrudno sobie wyobrazić, że w czasach gospodarczej recesji takie oskarżenia wobec Kościoła pojawiać się będą jeszcze częściej. Gdy gwałtownie pójdą w górę ceny energii, gdy coraz więcej młodych Polaków nie będzie w stanie znaleźć pracy i gdy zacznie brakować pieniędzy na emerytury, propozycje opodatkowania Kościoła czy – dosłowniej – „zabrania klechom”, mogą się spotkać z przychylnym odzewem.

Niemniej jednak, nawet przyjazne media, konflikt w łonie Kościoła oraz kryzys nie dawałyby Palikotowi aż takiej przewagi, gdyby nie zmieniające się społeczeństwo, coraz bardziej podatne na slogany antyklerykałów. 

***

Długoletni proces tabloidyzacji mediów sprawił, że przesunęły się granice dobrego smaku i cywilizowanych zachowań. Celebryci obnażający się przed kamerami i opowiadający o szczegółach swojego życia intymnego z kolejnymi partnerami i partnerkami. Aktorzy i piosenkarze rzucający przekleństwami na antenie. Coraz odważniejsze dowcipy rysunkowe pojawiające się w tygodnikach i w internecie. Wreszcie inwazja biustów i pośladków na billboardach w centrach miast.

To, co niemożliwe i niesmaczne, powoli stawało się normą. Dotknęło to oczywiście także Kościoła. Za życia Jana Pawła II nieprzyzwoite żarty z duchownych oraz ich parafian były domeną właściwie tylko jednego pisma – Urbanowego „Nie”. Potem jednak zaczęły przenikać do mainstreamowych mediów. Coraz więcej artystów ujawniało swój ateizm w formie zaplanownego i głośnego coming-out. Wkrótce taka deklaracja już nie wystarczała: ludzie kultury poczuli się w obowiązku dorzucić jedno, dwa zdania krytykujące Kościół, albo przynajmniej część hierarchów, „nierozumiejących wyzwań współczesności”. Niektórzy nie mieli z kolei oporów, by Kościół obrzucać po prostu błotem w każdym wywiadzie prasowym i podczas każdego występu w telewizji. 

Wśród celebrytów łajanie Kościoła stało się modne. A jako że celebryci – jak wynika z sondaży – są autorytetami dla dzisiejszej młodzieży, licealiści i studenci rychło tę modę przejęli i zaadaptowali w swoich środowiskach.

Jednocześnie afiszowanie się ze swoją wiarą, czy nieśmiałe nawet próby obrony wartości chrześcijańskich, narażały ludzi o znanych nazwiskach na towarzyski ostracyzm, przylepienie łatki „radiomaryjnego” czy kpiny ze strony Kuby Wojewódzkiego. Ostatecznie każdy, kto decydował się na taki gest, musiał zabezpieczać się stwierdzeniem, że jest zwolennikiem „Kościoła otwartego”, czyli wspierającego postulaty homoseksualnych aktywistów i gotowego na dialog z satanizmem.

Palikot, który jeszcze kilka lat temu wydawał katolicki tygodnik „Ozon”, zmienił front i cynicznie wykorzystał te nastroje, wylewając fundamenty pod swoją nową formację. Oparł polityczny program na dwóch filarach, czy raczej dwóch przynętach: antyklerykalizmie oraz antykaczyzmie (równie popularnym wśród młodych ludzi). To wystarczyło, by u półtora miliona Polaków wzbudzić potrzebę buntu i wyrażenia wściekłości, które to uczucia dały Ruchowi Palikota głosy wyborcze 9 października.

Nakręcanie nienawiści do Kościoła przez „palikotowców” jest zjawiskiem groźnym. Niewykluczone, że za jakiś czas werbalne pogróżki przerodzą się w akty agresji wobec kapłanów, bezczeszczenie czy nawet niszczenie świątyń. To, co dzieje się dziś we Włoszech, Francji czy Hiszpanii, dowodzi, iż nie musi to być wcale scenariusz z gatunku science fiction.

Pytanie brzmi, czy Palikot będzie nadal samodzielnie rozszerzał swoją bazę polityczną, czy raczej wybierze koalicję z SLD (co może nieco złagodzić antyklerykalny przekaz), czy też nastąpi zbliżenie między jego ugrupowaniem a środowiskiem „Krytyki Politycznej”. Sojusz Ruchu Palikota z neomarksistami, którzy nie stronią od przemocy, byłby prawdziwą mieszanką wybuchową, w dodatku wyjątkowo atrakcyjną dla najmłodszego elektoratu.

Niezależnie od tego, jaką drogę obierze Janusz Palikot, jedno jest pewne: Kościół musi sobie zdać sprawę, że naprzeciwko niego stanął poważny przeciwnik i powinien być przygotowany na każdą ewentualność. Dotychczasowa strategia Kościoła, polegająca głównie na biernym przyglądaniu się ekscesom „palikotowców”, może okazać się zgubna.

Nieudolność elit
Marek Magierowski

urodzony 12 lutego 1971 r. w Bystrzycy Kłodzkiej – iberysta, absolwent hispanistyki na UAM, dziennikarz prasowy, polityk i dyplomata, ambasador RP w Izraelu (25.06.2018 - 07.11.2021), ambasador RP w Stanach Zjednoczonych (od 23.11.2021r.)....