Twarze i imiona
Mam swoją ulubioną kawiarnię na Mokotowie, nazywa się Kubek w Kubek. Założyły ją trzy młode matki, które nie chciały już pracować w korporacji. W Kubku podają bardzo dobrą kawę, świetne śniadania, pyszne ciasta (w sezonie zimowym polecam czekoladowe ze słonym karmelem). Lubię tam chodzić także dlatego, że na ścianie widnieje napis, który odkryłam pewnego letniego poranka, kiedy miałam chandrę i myślałam sobie: Znowu mi się nie udało, jestem beznadziejna. Napis brzmi: Everything happens for a reason (Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu), nie jest to myśl specjalnie odkrywcza, ale liczy się kontekst, w którym zostaje wypowiedziana.
***
Pojednanie z dawnym „wrogiem” przychodzi niespodziewanie, w letnie popołudnie, bez wielkich gestów i fal emocji, w serdecznym uścisku i garści miłych słów, kiedy nie trzeba nic tłumaczyć ani wracać do dawnych przykrości. Ma się wrażenie, że się otwiera nowy rozdział, że się dostało nową szansę. Łaska wzajemnego wybaczenia jest jak cichy, spokojny powiew, który spotkał Eliasza na górze Horeb, Bóg był w tym powiewie.
***
Nasz wnuk urodził się w słoneczne, lipcowe popołudnie. Od pewnego czasu wiedziałam, że będę przy porodzie, tak jak moja matka była przy mnie, gdy rodziłam córki, a mąż był przy narodzinach naszych synów.
Oczywiście, zgodnie z moim usposobieniem, którego główną cechą jest martwienie się na zapas, miałam różne lęki: że wpadnę w panikę, że zemdleję albo, po prostu, poddam się nadmiarowi wszelakich emocji.
Nic z tego. Sama nie mogłam się nadziwić własnemu opanowaniu, jedyny moment lekkiej paniki był podczas zamawiania taksówki, żeby dotrzeć na czas do szpitala.
***
Córka była przygotowana do porodu znacznie lepiej niż ja prawie trzydzieści lat temu. Chodziła do szkoły rodzenia, czytała mnóstwo mądrych tekstów. Nasze porody miały jednak jedną wspólną cechę: była przy nich obecna, oprócz matki, znakomita położna. Gdybym się jeszcze raz urodziła, chciałabym mieć takie powołanie.
***
Najpiękniej położna nazwana jest w języku francuskim: sage femme (mądra kobieta). Margaret Alice Beaver, ukochana niania mojej matki, a potem moja, była położną. Przyszła, aby zająć się moją mamą, kiedy ta miała dziewięć dni, i została z nią przez ponad 40 lat, z przerwą w latach wojennych, gdy pracowała jako naczelna położna w szpitalu w Colchester w Anglii. Towarzyszyła mojej mamie, kiedy ja się rodziłam, wprowadzając, podobno, element angielskiego spokoju do włoskiego szpitala.
***
Bycie świadkiem „zewnętrznym” przyjścia na świat człowieka to niebywały przywilej. Kiedy mówię o zewnętrznym świadku, myślę o wszystkich tych, którzy nie uczestniczą fizycznie, w sposób bezpośredni, w samym porodzie, jak matka i dziecko. Cztery razy byłam po stronie „wewnętrznej” i o ile widok własnego dziecka wynagradza wiele, o tyle wtedy nie miałam ani czasu, ani ochoty, by się zastanawiać nad metafizycznym wymiarem rodzenia, bolało mnie wszystko i marzyłam jedynie, żeby poród się jak najszybciej skończył.
„Będziecie płakać i ty, i ona – zapewniały doświadczone kobiety – bo tyle jest emocji”. Nie uroniłyśmy ani jednej łzy.
Przez cały czas, a szczególnie wtedy, gdy patrzyłam na tę małą istotę, czułam, że żyję teraźniejszością jak nigdy przedtem. To słynne hic et nunc, tu i teraz, wyjątkowy stan, kiedy nie ma przeszłości ani przyszłości, nie ma bólu, nie ma lęku i strachu, jest tylko Życie w swojej najczystszej postaci. Nie ma emocji ani krzyku, ani płaczu, jest wielki spokój, a ja jestem częścią tego spokoju. Z tego błogosławionego stanu przychodzi jak strumień światła wielka radość i wręcz fizyczne uczucie łaski, obecność Boga.
Everything happens for a reason. Wszystko się dzieje z jakiegoś powodu.
Oceń