Pytanie Boga
Na kartach Pisma Świętego spotkamy teksty, które mówią o kobiecym i macierzyńskim wymiarze miłości Boga. Nie stoi to w żadnej sprzeczności z tym, że Bóg jest Ojcem.
Słowo stało się ciałem. Boski Logos (nazywany też Drugą Osobą Trójcy Świętej) poprzez wcielenie stał się człowiekiem, a Boska natura połączyła się z ludzką. Wcielenie było najważniejszym wydarzeniem w dziejach wszechświata i podzieliło czas na dwie części – na historię przed narodzeniem Chrystusa i na erę po narodzeniu Chrystusa. Człowieczeństwo Wcielonego Boga ma oczywiście wiele wymiarów i może być rozpatrywane pod różnym kątem. Co to oznacza w kontekście płci Jezusa Chrystusa i jakie to ma konsekwencje dla teologii?
Co to znaczy być mężczyzną?
Przedwieczny Logos narodził się w określonym miejscu i czasie oraz w konkretnym narodzie, ale również objawił się nam w określonej płci biologicznej. Jezus był (i jest!) mężczyzną. Niektórzy ateiści, chcąc wyśmiać to, że Jezus narodził się z dziewicy, przypominają, że każdy człowiek ma 46 chromosomów (23 z komórki jajowej i 23 z plemnika) i stawiają pytania, skąd pochodziła brakująca połowa chromosomów oraz jak to możliwe, że Jezus jako mężczyzna miał chromosom Y, którego nie mógł odziedziczyć po matce, skoro nie było żadnego materiału genetycznego pochodzącego z plemnika. Oczywiście próby naukowego analizowania cudu zawsze doprowadzą do groteskowych konkluzji. Równie dobrze można by pytać, czy wniebowstąpienie było lotem w kosmos, analogicznym do startu rakiety.
Jak wiadomo, różnice w genotypie kobiety i mężczyzny determinują dymorfizm płciowy człowieka. Podział na dwie płci sprawia, że różnimy się od siebie zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Należy domniemywać, że pod względem biologicznym Jezus miał takie samo ciało, jak inni mężczyźni. Posiadał więc także męskie narządy płciowe. Wiemy zresztą, że zgodnie z przepisami prawa żydowskiego, kiedy skończył osiem dni, wycięto Mu część napletka (który później był rzekomo przechowywany jako relikwia we włoskim miasteczku Calcata). Na wielu obrazach Maryja wskazuje dłonią na płeć Jezusa, co – w intencji twórców – miało dowodzić prawdziwości Jego człowieczeństwa. To, co teraz napiszę, może niektórych zgorszyć, ale Jezus z pewnością miewał również erekcje i odczuwał pociąg płciowy. Skoro był prawdziwym człowiekiem, ze wszystkimi tego konsekwencjami, miał także zewnętrzne cechy płci i był istotą seksualną. Oczywiście prawdziwy mężczyzna potrafi nad swoimi popędami panować i odpowiednio je ukierunkować, dlatego wszelkie bajki o rzekomo bujnym życiu erotycznym Jezusa należy potraktować właśnie jako czyste fantazjowanie. Takie rewelacje znajdziemy na przykład w książce Hubertusa Mynarka Jezus i kobiety. Miłosne życie Nazarejczyka lub w książce Barbary Thiering Jezus mężczyzną.
Jest oczywiste, że różnica płci wywiera wielki wpływ na naturę i osobowość człowieka, o wiele większy niż na przykład pochodzenie etniczne. Męskości Jezusa nie można więc sprowadzać tylko i wyłącznie do biologicznego organizmu. Niewątpliwie Jezus myślał o sobie jako o mężczyźnie i był to jeden z elementów Jego tożsamości, ujawniający się w Jego codziennym doświadczeniu. Równocześnie Jezus, który żył w czasach patriarchalnej kultury, był mężczyzną bardzo przyjaznym wobec kobiet. Przełamywał stereotypy i traktował kobiety z szacunkiem, co dla jego współczesnych było szokujące.
Zbawiciel kobiet?
Bardzo często cytowane są słowa amerykańskiej katolickiej teolożki Mary Daly, która w książce Beyond God the Father (Boston 1973) napisała, że jeżeli Bóg jest męski, to tym samym męskość została wyniesiona do pozycji Boga (If God is male, than the male is God). W związku z tym postawiła pytanie: Czy męski Zbawiciel może być także Zbawicielem kobiet? Czy płeć Jezusa zawęża dzieło zbawienia i odkupienia ludzkości? Nie ulega wątpliwości, że Chrystus stał się pierworodnym całego rodzaju ludzkiego, a więc zarówno kobiet, jak i mężczyzn, ponieważ Bóg stworzył mężczyznę i kobietę jako dwie odsłony jednego człowieczeństwa (por. Ga 3,28). Feministki, które wyrażają niezgodę na „męskiego Zbawiciela”, twierdzą jednak, że z powodu męskiej płci Jezusa Jego misja, nauka i dzieło zbawcze tracą swój uniwersalny charakter na rzecz przymiotów męskiej natury, ponieważ monopol na religijną refleksję przywłaszczyli sobie mężczyźni. Gdyby Jezus był kobietą, wszystko potoczyłoby się inaczej! – wzdychają więc feministki i snują alternatywne wizje historii zbawienia.
W książce Osobliwe opowieści o Jezusie Per Beskow wspomina, że w latach 70. XX wieku pewna szwedzka dziennikarka opublikowała dla żartu tekst o odnalezieniu nieznanej Ewangelii, z której niezbicie miało wynikać, że Jezus tak naprawdę był kobietą. Wielu ludzi autentycznie uwierzyło w tę sensacyjną wiadomość, a „odkryta prawda” o Jezusie bardzo ich poruszyła.
Pomysł uczynienia z Jezusa kobiety co jakiś czas pojawia się w coraz to nowych odsłonach. Brytyjski producent i kompozytor Andrew Lloyd Webber wpadł na pomysł, aby w reżyserowanej przez niego nowej, teatralnej wersji musicalu Jesus Christ Superstar w miejsce Chrystusa pojawiła się Christa. Role Jezusa i apostołów zostały obsadzone przez kobiety, a Marię Magdalenę uczyniono przewrotnie mężczyzną.
W podobnym duchu została też napisana przez Jacka Dangera Canty’ego wersja Biblii znana jako Silent Voices, w której mężczyźni odgrywają role kobiet, a kobiety role mężczyzn. Według tej kuriozalnej „Biblii”, Domina (czyli Pani Bóg) tak umiłowała świat, że zesłała na niego swą jednorodzoną Córkę Jezusę. Święty Paweł stał się w tej wersji Pawłą, Saul – Saulą, król Dawid – królową Dawiną, prorok Samuel – Samanthą (!), prorok Daniel – Daniellą, a Michał i jego aniołowie – Michaelą i jej anielicami.
Z kolei Monika Zuber – pastorka pomocnicza Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego, pełniąca posługę w warszawskiej parafii Dobrego Pasterza – napisała bardzo interesujący artykuł o tym, co by było, gdyby Jezus był kobietą. Snując alternatywną wizję historii, zaproponowała wgląd w funkcjonowanie hipotetycznego Kościoła chrześcijańskiego, w którym wszystkie role płciowe zostałyby odwrócone.
Oczywiście podobne fantazje mają na celu pokazanie, jak bardzo pojawienie się Chrystusa jako mężczyzny wpłynęło na nasze myślenie i doprowadziło do powstania pewnych stereotypów. Jest w tym także podświadomy żal do Boga, że nie zdecydował się na inny wariant wcielenia.
Czy jednak Jezus mógł narodzić się jako kobieta? Pewnie mógł, ale wówczas Bóg musiałby zupełnie inaczej poprowadzić historię zbawienia i to już od zarania istnienia świata.
Jezus i Jego żona
To, że Chrystus przyszedł na ziemię w ciele mężczyzny, z takimi a nie innymi przymiotami ciała, rozumu i ducha, nie było wynikiem przypadku. Powinniśmy widzieć w tym pewien zamysł Boga i konsekwentnie realizowany plan. Podobnie jak nie było przypadkiem, że narodził się w narodzie żydowskim. Bóg najpierw wybrał jeden naród ze wszystkich narodów świata, czyniąc go niejako swoją prywatną własnością, ukształtował go, dał mu Ziemię Obiecaną i prowadził go przez historię. Równocześnie pielęgnował w tym narodzie drzewo genealogiczne Jezusa. To, że Jezus narodził się z Maryi, młodej dziewczyny z Nazaretu, było zwieńczeniem wielu wieków przygotowań. W ramach tych przygotowań w Starym Testamencie pojawiały się pewne znaki i symbole, których sens stał się jasny dopiero po przyjściu na świat Jezusa. Na przykład zbawienie ofiarowane ludziom przez Boga, czyli zjednoczenie z Nim, jest opisane za pomocą obrazu misterium małżeństwa, a naród wybrany staje się umiłowaną oblubienicą Boga (por. Oz 1–3; Jr 2). Wypełnienie tego znajdziemy w Nowym Testamencie, gdzie Chrystus jest Oblubieńcem, a Kościół (Ecclesia) jest Jego Oblubienicą, którą On miłuje, ponieważ nabył ją swoją krwią. Temat zaślubin Chrystusa z Kościołem spotykamy bardzo często (por. 2 Kor 11,2; J 3,29; Ap 19,7.9; Mk 2,19). Najdobitniej chyba tę prawdę wyraża fragment z Listu do Efezjan: „Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus – Głową Kościoła: On – Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom – we wszystkim” (Ef 5,22–24). Oczywiście to „panowanie” w kontekście Chrystusa ma zupełnie inny wymiar niż ten, który stereotypowo wyobrażają sobie niektórzy mężczyźni. Święty Paweł wzywał przecież mężów, aby kochali swoje żony tak jak Chrystus Kościół i aby byli gotowi oddać za nie życie, tak jak Chrystus oddał życie za Kościół (por. Ef 5,25–30).
In persona Christi
Deklaracja o dopuszczeniu kobiet do kapłaństwa urzędowego Inter insigniores z 15 października 1976 roku stwierdza, że kapłan, który ma władzę sprawowania Eucharystii, czyni to nie tylko mocą udzieloną mu przez Chrystusa, lecz także w osobie Chrystusa (in persona Christi). Innymi słowy, kiedy kapłan wypowiada słowa konsekracji, występując w imieniu Chrystusa, staje się równocześnie Jego obrazem. Kapłaństwo chrześcijańskie ma więc charakter sakramentalny. Kapłan jest zarazem znakiem i dlatego powinien to być znak wyraźny oraz łatwy do odczytania przez wiernych. Cała ekonomia sakramentalna opiera się bowiem na znakach naturalnych, bliskich psychice człowieka. Zdaniem Kongregacji ds. Nauki Wiary, właśnie ten brak „naturalnego podobieństwa”, które musi zachodzić między kapłanem a Chrystusem, wyklucza kobiety z kapłaństwa urzędowego (bo w powszechnym oczywiście wszyscy uczestniczymy na mocy chrztu). Niektóre feministki, walczące o prawo do święcenia kobiet, aby ośmieszyć tę regułę, pytają: Dlaczego nie przyjąć, że w równej mierze, co męskość, należy z kapłaństwem Chrystusa wiązać Jego pochodzenie etniczne, tożsamość społeczną, zawód, wiek czy kolor oczu? Argument ten byłby godny rozważenia, ale dochodzi tu jeszcze kwestia relacji oblubieńczej. Chrystus jest Oblubieńcem Kościoła. Męskie kapłaństwo ma odzwierciedlać oblubieńczą relację Jezusa Chrystusa (kapłaństwo urzędowe) z Jego Kościołem (kapłaństwo powszechne). Jeśli kapłanami mogłyby być też kobiety, symbolika tej oblubieńczej relacji zostałaby zachwiana.
Ojciec Syna Bożego
Niektórym feministkom nie podoba się również, że Jezus nauczył nas modlitwy, która rozpoczyna się od słów „Ojcze nasz” (gr. Pater hemon), a Boga nazywał swoim Tatą (aram. Abba), gdyż – ich zdaniem – wzmocniło to nasze „męskie” myślenie o Bogu. Dość powszechnie można się spotkać z opinią, że takie mówienie o Bogu było konsekwencją uwarunkowań języka i patriarchalnej kultury, w której powstawały księgi biblijne. Forma rodzaju męskiego najlepiej opisywała wtedy istotę Boga, którego wyobrażano sobie jako władcę, wojownika, pasterza oraz ojca (na wzór głowy plemiennego klanu). Obecnie, według feministek, powinno się jednak poszukiwać innych sposobów mówienia o Bogu. Niedawno anglikański arcybiskup Canterbury Justin Welby, wychodząc naprzeciw postulatom pastorek i biskupek z londyńskiej organizacji Kobiety i Kościół, powołał specjalną komisję, która postanowiła, że podczas odmawiania Modlitwy Pańskiej można używać zwrotu „Ojcze nasz” albo alternatywnego „Matko nasza”, w zależności od tego, co komu bardziej odpowiada. Trudno oczywiście zaakceptować takie poprawianie Biblii (i samego Jezusa), bo skoro Jezus nauczył nas, jak mamy się modlić, nie powinniśmy zmieniać słów tej modlitwy tylko po to, aby poprawić samopoczucie niektórych feministek.
Oczywiście wiemy, że Bóg jest bezcielesnym Duchem i nie można Mu przypisać żadnej płci. Nie potrafimy jednak myśleć o Bogu bez posługiwania się antropomorfizmami. Można się także zgodzić z opinią, że Bóg w Biblii ukazywany jest zazwyczaj za pomocą męskich obrazów i metafor, ponieważ objawienie dokonało się w kulturze patriarchalnej, co zdeterminowało nasze myślenie o Bogu jako o Ojcu i mężczyźnie. Jednak, zdaniem Petera Kreefta (jednego z najbardziej błyskotliwych współczesnych apologetów), określanie Boga mianem Ojca wynika również z tego, w jaki sposób On działa. Według niego Bóg jest Ojcem nie tylko z powodu ówczesnych patriarchalnych uwarunkowań kulturowych, ale również dlatego, że atrybut ten wyraża pewną istotną i uniwersalną prawdę o Nim. Chodzi o czytelny symbol tego, że Bóg jako Stwórca stworzył wszechświat z nicości, a nie uformował go z poprzednio istniejącej materii. Kreeft pisze, że tak jak mężczyzna jest różny od kobiety i wchodzi w nią z zewnątrz, aby ją zapłodnić, tak Bóg jest różny od natury. Stwarza ją i wchodzi w nią „z zewnątrz”, zapładniając cudami. Według tego myśliciela religijnego, to właśnie transcendencja Boga czyni ojcowską metaforykę konieczną w myśleniu o Bogu. Taki Bóg może być tylko Ojcem, a nie Matką Ziemią i łonem stworzeń jak boginie w naturalistycznych religiach panteistycznych. Być może intuicja Kreefta jest słuszna, ale to jeszcze nie wszystko – Jezus ukazał nam nowe rozumienie ojcostwa Boga – nie tylko jako Stwórcy, ale jako wiecznego Ojca w relacji do wiecznego Syna, a Filipowi wyjaśnił: „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14,9).
Kobiecy aspekt Boga Ojca i Syna Bożego?
Na kartach Pisma Świętego spotkamy jednak również teksty, które mówią o kobiecym i macierzyńskim wymiarze miłości Boga. Nie stoi to w żadnej sprzeczności z tym, że Bóg jest Ojcem, ponieważ Bóg jest także Miłością, a zatem jest źródłem i zasadą każdego autentycznego ojcostwa i macierzyństwa. Prawdę tę próbował oddać Rembrandt, malując obraz, na którym ojciec witający marnotrawnego syna ma jedną dłoń męską, a drugą kobiecą.
Biblijne obrazy ukazujące macierzyńskie oblicze Boga są może niezbyt liczne, ale bardzo znamienne. W Księdze Liczb kobiece doświadczenie karmiącej matki staje się symbolem przywiązania Boga do swego narodu (por. Lb 11,12nn). Także według Ozeasza Bóg karmi swój naród na podobieństwo matki: „Byłem dla nich jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę – schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go” (Oz 11,4). Autorowi Psalmu 131 spokój niemowlęcia nasyconego mlekiem matki służy jako obraz wewnętrznego spokoju człowieka ufającego Bogu (Ps 131,2–3). Izajasz natomiast zadaje retoryczne pytanie: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,15). W Księdze Izajasza Bóg pragnie nosić swój naród tak, jak matka nosi ze sobą małe dziecko (por. Iz 46,3–4). Autor, aby pokazać bardzo dobitnie Bożą miłość, odwołuje się do miłości matczynej: „Jak kogo pociesza własna matka, tak Ja was pocieszać będę” (Iz 66,13). Jedno z najważniejszych starotestamentalnych słów na oznaczenie miłosierdzia Boga – rachamim – wywodzi się od rechem, słowa oznaczającego „łono matczyne”. A zatem rachamim de facto wskazuje na miłość matczyną.
Warto też pamiętać o tym, że jeden z najważniejszych atrybutów Boga, czyli Jego Mądrość (hebr. hokmah, gr. sofia), zarówno w języku hebrajskim, jak i w greckim, jest rzeczownikiem rodzaju żeńskiego; obecność Boga w świecie, pośród ludzi – wyrażona jest w Biblii żeńskim słowem Szekina, a Duch Boży (Ruach Jahwe) to w języku hebrajskim rzeczownik żeński. Z tego między innymi powodu w Kościele syryjskim od IV do V wieku rozwinęła się żywa refleksja o kobiecych cechach Trzeciej Osoby Trójcy Świętej.
O ile dawniej dominowało mówienie o Bogu w kategoriach głównie męskich, w najnowszym nauczaniu Magisterium Kościoła coraz częściej odnoszona jest do Boga metaforyka kobieco-macierzyńska! Mówi się tu przede wszystkim o macierzyńskim obliczu Boga Ojca, które oznacza: ciepło, tkliwość, łagodność, dobroć, cierpliwość, wrażliwość, wyrozumiałość, niesienie pomocy, otaczanie troskliwym bezpieczeństwem, gotowość do przebaczania bez warunków wstępnych, podatność na zranienie przez ból dziecka. Dlatego papież Jan Paweł I w czasie przemówienia na Anioł Pański 10 września 1978 roku nie wahał się powiedzieć: „Bóg jest naszym Ojcem; więcej – jest dla nas także Matką”. Jego następca – Jan Paweł II – bardzo dużo miejsca poświęcił kwestii wzbogacenia języka o Bogu o metaforykę kobieco-macierzyńską. Aby to zauważyć, wystarczy przeczytać List apostolski o godności i powołaniu kobiety Mulieris dignitatem oraz Encyklikę o Bożym miłosierdziu Dives in misericordia (nr 4).
Co ciekawe, w pismach niektórych mistyków ta metaforyka pojawia się również czasem w odniesieniu do… Jezusa, choć Bóg Wcielony ma już biologiczną płeć i nie jest bezcielesnym Duchem. Czternastowieczna mistyczka Juliana z Norwich nie wahała się napisać, że miłość matki Jezusa uczyniła Go naszym dłużnikiem (sic!) i jak matka daje dziecku mleko do ssania, tak Jezus (którego Juliana nazywa „naszą najdroższą Matką”) karmi nas sobą.
Z kolei współczesna teolożka Virginia Ramey Mollenkott porównuje mękę Chrystusa na krzyżu z bólami porodowymi kobiety, zakładając, że Jego cierpienie na krzyżu było inicjacją narodzin nowej ludzkości. Sam Jezus dał pole do takiej interpretacji, mówiąc do uczniów: „Kobieta, która rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat. Także i wy teraz doznajecie smutku. Znowu jednak was zobaczę, i rozraduje się serce wasze, a radości tej nikt wam nie zdoła odebrać” (J 16,21–22).
Jak się zatem okazuje, żeńska metaforyka wykorzystywana w opisie misji Zbawiciela nie musi się bynajmniej kłócić z Jego męską płcią i męską tożsamością, a macierzyńskość Boga z Jego samoobjawieniem się jako Ojca.
Oceń