A nut nie lubił
fot. luis felipe lins J2 / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Kilar. Geniusz o dwóch twarzach, Maria Wilczek-Krupa, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015, s. 400

Do dziś mam zapisany jego numer telefonu. Niezręcznie tak jakoś go usunąć. Choć przecież już się nie przyda. Nie mam po co do niego dzwonić. Nie odbierze. A wtedy, kilka lat temu, odebrał. Chciałam się z nim umówić na wywiad. To była późna jesień. Przepraszał, że nie da rady. Że ma tyle trudnych spraw na głowie. I prosił, żebym zadzwoniła po Nowym Roku.

Ale po Nowym Roku znów nie był w dobrej formie, tłumaczył się nawałem pracy i złym samopoczuciem. – Proszę zadzwonić za jakiś czas, może na wiosnę, jak będzie cieplej, albo wczesnym latem. Dzwoniłam. Nie odbierał. Nie chciałam być natarczywa. A potem… Potem dowiedzieliśmy się, że umarł. I zrobiło mi się żal. Że nie udało nam się porozmawiać, spotkać. Że nie miałam okazji go poznać. Został tylko ten numer telefonu, całkiem już niepotrzebny. Niech sobie będzie. No bo jak to tak, skasować numer? Jakby człowieka nie było? Jakby tej krótkiej rozmowy nie było? Zostawiłam. Ma swoje miejsce w moim telefonie. Kilar Wojciech.

Żartował podobno kiedyś, że zmieni sobie nazwisko. Że przed nazwiskiem chciałby pisać von. To von spodobało mu się już w dzieciństwie, brzmiało dostojnie i oryginalnie. Zastanawiał się nawet, czy takie trzy litery można sobie kupić. Drażniło go, że w encyklopedii kolejnym hasłem obok jego nazwiska jest… kiła.

29 grudnia miną dwa lata od jego śmierci.

Nie męcz się, Wojtek

Z dziennikarską zazdrością spojrzałam na zapowiedź książki Marii Wilczek-Krupy Kilar. Geniusz o dwóch twarzach. Z zazdrością, ale też z radością, że jej się udało. Zazdrościłam jej tych spotkań, rozmów, opowieści. Tego przedzierania się przez czyjeś życie. Cieszyłam się, że będę mogła poznać człowieka, którego muzyka towarzyszyła mi, mam wrażenie, od zawsze. Najpierw nieuświadomiona. Nucona pod nosem. A potem świadomie wybierana, rozpoznawana. Nie tylko ta filmowa. Może nawet bardziej nie ta filmowa.

Gdy książka znalazła się w moich rękach, natychmiast zaczęłam ją czytać. I przyznam – trudno było się oderwać. Nie tylko dlatego, że lubię biografie, że jestem ciekawa drugiego człowieka. Ta książka po prostu wciąga. Bo to nie jest jedynie opowieść o wybitnym kompozytorze. To jest też opowieść o polskiej historii, tej wojennej i tej współczesnej – z Poznańskim Czerwcem w tle, z Gomułką i Gierkiem, z wyborem papieża Polaka, z sierpniem ’80, ze śmiercią górników z kopalni Wujek, z pierwszymi wolnymi wyborami…

Jest to też opowieść o ludziach z pasją, o wybitnych muzykach, pianistach, kompozytorach, dyrygentach. I reżyserach. Bo przecież właśnie z nimi Wojciech Kilar bardzo skrzyżował swoje życie. Są więc te najwybitniejsze nazwiska: Wajda, Zanussi, Kutz, Coppola…

Historii życia Wojciech Kilara ciekawa byłam bardzo. Mówiło się o jego bujnej młodości. O ekscesach, wybrykach, alkoholu. Ale opowiadało się też o jego wielkiej miłości do żony Barbary, o jego związkach z Jasną Górą, o nawróceniu, modlitwie, różańcu. Niektórzy mówili nawet… o świętości. Więc chciałam się przekonać, jak w tym jednym człowieku zmieściło się tyle różnych odcieni życia.

Maria Wilczek-Krupa wykonała gigantyczną pracę. Bo jej książka to nie tylko zapis rozmów ze słynnym kompozytorem. To przedzieranie się przez wywiady, artykuły, wspomnienia, rozmowy, listy, recenzje. Zebrane niezwykle zgrabnie, z pomysłem, bez nudy, bez zadęcia. Pokazuje nam człowieka prawdziwego, bez pudru, bez retuszu. Takiego, jakim był. A nie takiego, jaki chcielibyśmy, żeby był.

Chłopak ze Lwowa. Choć może raczej należałoby napisać mężczyzna z Katowic. Bo to właśnie tam miał swoje miejsce na ziemi. Tam miał dom, tam pracował, tam mieszkał z ukochaną żoną. Tam też umarł.

Po drodze były jeszcze Krosno, Rzeszów i Kraków.

Ale cofnijmy się: Chłopak ze Lwowa. Rocznik 1932. Jedynak. Matka – aktorka. Ojciec – lekarz ginekolog. Nie była to rodzina najszczęśliwsza. Ale nie była też szczególnie nieszczęśliwa. Rodzice szybko się rozstali, choć nigdy się nie rozwiedli. Wojciech został z matką. To ona, gdy miał zaledwie kilka lat, dostrzegła jego wrażliwość muzyczną. To ona zapisała go na lekcje gry na fortepianie. Ale syn nie okazał się chętnym i pojętnym uczniem. Nuty były dla niego za trudne. Nie potrafił ich rozróżnić, nie potrafił zapamiętać. Do ćwiczenia też nie był szczególnie chętny. Pierwsza nauczycielka się poddała. Potem w szkole panien Reiss nie było dużo lepiej – Kilar należał do uczniów zdecydowanie najsłabszych.

Lwów opuścił w 1944 roku. Uciekał stamtąd razem z matką. I nigdy już tam nie powrócił. Bał się, że nie wytrzyma zderzenia wspomnień z teraźniejszością. Więc Lwów pozostał tylko w jego wspomnieniach – tych pierwszych, dziecięcych, najlepszych. W ten sposób go ocalił.

Próbowano z niego zrobić pianistę – ale, mimo wysiłków matki i nauczycieli, nie udało się. Kompozytorem zrobił się sam „pewnego chłodnego popołudnia w Rzeszowie, pod koniec 1946 roku”.

„Ćwiczył właśnie swoje kompozycje, gdy do sali wszedł profesor. Kilar, speszony ogromnie, przerwał natychmiast.

– Graj dalej – Mirski zachowywał się tak, jakby jego uczeń ćwiczył inwencję trzygłosową Bacha, a nie własne, wymyślone dla fanaberii dyrdymały.

Wojtek nieśmiało pochylił się nad klawiaturą. Jeden utworek, potem drugi. I jeszcze mazurek, ten sam, którym rozpoczął kompozytorskie hobby.

– Nie męcz się – Mirski podniósł się z fotela. – To znaczy nie męcz się ćwiczeniem na fortepianie – doprecyzował, widząc zawiedzione spojrzenie chłopca. – Masz nieprawdopodobny talent kompozytorski, szkoda cię na samo granie, pianistów są tysiące”.

Podobno zajmuje się pan filmem

Znaliśmy go przede wszystkim jako twórcę muzyki filmowej, choć on sam wolał być znany jako kompozytor muzyki klasycznej. Muzykę do filmów potrafił komponować w domowym hałasie, przy dźwiękach radia czy telewizora. Gdy komponował klasykę, musiał mieć idealną ciszę. I nawet żona, by mu nie przeszkadzać, wyprowadzała się w tym czasie z domu. Muzyka filmowa przyniosła mu sławę i pieniądze. Muzyka klasyczna dawała mu satysfakcję i zadowolenie.

Setki tytułów i motywów doskonale rozpoznawanych, powtarzanych, nuconych, uwielbianych. Ziemia obiecana, Lalka, Trędowata, Kronika wypadków miłosnych, Rejs, Korczak, Zemsta, Pan Tadeusz, Drakula… I na chwilę się zatrzymajmy.

„W Polsce był środek nocy, godzina mniej więcej druga, może nawet trzecia.

– Dobry wieczór, mówi Francis Coppola. Czy to Mister Kilar?

– Tak, przy telefonie. Dobry wieczór.

– Słyszałem pana utwory w filharmonii w Nowym Jorku. Jestem pod wielkim wrażeniem! Zdaje się, że zajmuje się pan także filmem?

– Rzeczywiście, zdarza mi się.

– A nie zrobiłby pan muzyki dla mnie? Do Draculi?

– Mister Coppola, to jest propozycja nie do odrzucenia”.

Krótko po tej rozmowie pojechał do Stanów Zjednoczonych. Spotkał się z Coppolą. Uzgodnili szczegóły współpracy. Gdy wrócił po spotkaniu do hotelu, dostał zawału. W Ameryce został w związku z tym trochę dłużej niż planował. Coppola mógł poprosić o muzykę innego kompozytora, tym bardziej że na wieść o chorobie Kilara niektórzy jego koledzy napisali do słynnego reżysera, że chętnie go zastąpią. On był jednak cierpliwy i honorowy. Poczekał. A Kilar spełnił swój sen o Hollywood.

Wojciech i Barbara

Teraz będzie o miłości. I to takiej od pierwszego wejrzenia. Ale wcale nie łatwej. Miłości, która musiała poczekać, która dojrzewała, która schodziła się i rozchodziła, miała siebie dość i bez siebie żyć nie umiała. I tak przez dwanaście lat. Miłości, która w końcu zmieniła całe życie…

A zaczęło się tak:

„Pewnego dnia, pędząc jak zwykle na swoje zajęcia, zobaczył na schodach dawną profesorkę Władysławę Markiewiczównę. Schodziła powoli na parter w towarzystwie dziewczyny, z którą prowadziła ożywiony dialog. Jej rozmówczyni była wysoka, ciemnowłosa i niewiarygodnie zgrabna. Regularne rysy, łagodne spojrzenie, wewnętrzna klasa – wszystko to kazało Kilarowi zatrzymać się w miejscu i chłonąć ten widok z podziwem. Koniecznie chciał wiedzieć, jak to zjawisko się nazywa. Brakło mu jednak śmiałości, by podejść”.

Nazywała się Barbara Pomianowska. Była córką słynnego prawnika, właściciela jednej z najbardziej znanych we Lwowie kancelarii adwokackich, a później sędziego Najwyższego Trybunału Administracyjnego w Warszawie. Po latach wspominał ją tak:

„Przeżyliśmy razem czterdzieści lat – w zgodzie i szczęściu. Bez Baśki nie byłbym tym samym człowiekiem i pewnie nie napisałbym połowy swoich utworów. Nie mówiąc o tym, że wylądowałbym prawdopodobnie na moralnym dnie”.

To Baśka uchroniła go przed pijaństwem, to ona była jego najlepszą przyjaciółką i towarzyszką, to ona zrezygnowała dla niego z kariery zawodowej, a nawet z macierzyństwa. To ona czuwała nad jego życiem, by on mógł pracować. To wreszcie ona przyprowadziła go do wiary i Kościoła, od którego był bardzo daleko. Kiedy odeszła, nie mógł już sobie znaleźć miejsca.

„Po śmierci żony ustawiłem sobie rytm dnia i nocy tak, żeby jakoś przeżyć tę resztę życia i nie zwariować. Ale bez niej to już nie jestem ja, lecz jedynie połowa mnie”.

Ta reszta życia trwała jeszcze sześć lat. Kilar, jak dawniej, komponował, zdobywał nagrody, podróżował. Aż nagle zachorował. Guz mózgu. Po operacji szybko doszedł do siebie. Wszystkim wydawało się, że wróci do sił, do pracy, do życia. Choroba jednak go pokonała. A może było tak, że on już nie chciał żyć bez Barbary, więc skorzystał z tej okazji?

„Jestem ze swojego życia, spędzonego w dużej mierze nad partyturą, zadowolony. Czuję się spełniony jako kompozytor i jako człowiek. Ale to nie jest tak naprawdę istotne. Ważne jest, by być dobrym człowiekiem. Marzę o tym, żeby tak mnie właśnie zapamiętali ludzie”.

I tu postawię kropkę. A ty, czytelniku, sięgnij koniecznie po książkę.

A nut nie lubił
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze