dominikanin Czesław Bartnik OP senior konwentu Matki Bożej Różańcowej w Poznaniu
fot. DOMINIK FĄFEREK
Oferta specjalna -25%

Twarze i imiona

0 votes
Wyczyść

Przed złożeniem ślubów odczytywano braciom zapis z konstytucji zakonnych, że mamy je zachowywać nie tak, jak tu czy ówdzie zachowują, tylko „sicut litera sonant”, czyli jak głosi prawo. Przypominano nam więc, żeby samemu być przykładem.

Katarzyna Kolska, Michał Osek OP: Gdyby dzisiaj św. Dominik stanął pośród swoich braci, to…?

Czesław Bartnik OP: …byłby na pewno zadowolony, że jego pragnienie się spełniło i że jego synowie, dominikanie, idą wszędzie, by głosić Ewangelię. Na tym mu przecież zależało, gdy zakładał wspólnotę kaznodziejów. I z pewnością by nas zachęcał, byśmy żyli bardziej ewangelicznie, tak jak apostołowie. W tym mają nam pomagać śluby zakonne: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Mają nam dać wolność wewnętrzną do tego, żeby rzeczywiście poświęcić się dziełu ewangelizacji.

Dlaczego wybrał ojciec właśnie Zakon św. Dominika? Było tyle innych.

Moje powołanie jest bardzo prozaiczne. Urodziłem się w Gidlach i byłem ministrantem u dominikanów. Podobało mi się to, że żyją we wspólnocie i że są tacy otwarci na ludzi. Oczywiście byłem namawiany przez proboszcza, żeby iść do seminarium diecezjalnego, ale jakoś nie widziałem siebie w roli samotnego księdza na parafii. A innych zakonów, może poza franciszkanami, nie znałem. Wybór nie był więc szczególnie trudny.

Do zakonu wstąpiłem po maturze. Miałem 18 lat. Ale wielu moich kolegów wstępowało wtedy po tzw. dziewiątej klasie, czyli mieli 15, 16 lat. W zakonie robili maturę i dalej się kształcili.

Dzieciaki.

Szli do zakonu siłą rozpędu, najczęściej po niższym seminarium duchownym. Dojrzewali w zakonie, wielu odchodziło już w czasie formacji, niektórzy, niestety, już po święceniach. Dziś, żeby wstąpić do dominikanów, trzeba mieć skończone 18 lat. Jeśli ktoś, kto zgłasza się do zakonu, jest w trakcie studiów, zachęcamy, by je ukończył, a potem wstąpił.

Czy zakon, do którego ojciec wstępował tyle lat temu, to ten sam zakon, w którym ojciec teraz żyje?

Niektórzy ojcowie mówią, że ten sam, ale nie taki sam. Co do istoty nic się nie zmieniło: mamy głosić światu Ewangelię w oparciu o naszą kontemplację. I prowadzić takie życie, jak apostołowie z Jezusem Chrystusem, czyli we wspólnocie. Oczywiście, w różny sposób na przestrzeni wieków było to realizowane, w zależności od aktualnej sytuacji Kościoła i świata. Dziś słowa św. Dominika wydają się nadzwyczaj aktualne. Jeśli chodzi o uwarunkowania zewnętrzne, to zakon jest na pewno inny. I nie można się temu dziwić. Świat się zmienia i musimy za nim nadążać.

Czym się różniła codzienność zakonnika 50 lat temu od tego, co jest dzisiaj?

Inny był rytm życia. Nie było wieczornych mszy świętych, wprowadził je dopiero, jeszcze przed soborem, papież Pius XII. Kiedy ja wstąpiłem do zakonu, ostatnią mszę odprawiało się o godzinie 12.30 – to była tak zwana nyguska. Oczywiście obowiązywał wtedy post od północy i nie można było ani jeść, ani pić, więc było to uciążliwe.

Inaczej też wyglądała klauzura. Na przykład nowicjat był całkowicie oddzielony od konwentu zamkniętymi drzwiami. Nowicjat żył swoim rytmem, reszta klasztoru swoim.

W ogóle się nie spotykaliście?

Spotykaliśmy się – na modlitwach i na posiłkach. Był mniejszy kontakt nas, młodych, z ojcami i z braćmi, ale też z ludźmi świeckimi. Byliśmy zamknięci, odseparowani, żeby proces wychowawczy był scalony. Ta niezależność nowicjatu i studentatu istnieje nadal, ale już nie w takim stopniu, jak dawniej.

Myśli ojciec, że takie wyłączenie się ze świata było dobre?

Było i jest konieczne. Formacja jest czasem wyjścia na pustynię i sprawy tego świata trzeba zostawić za bramą klasztoru. Wynika to też z pewnej ostrożności, by młodzi nie gorszyli się zachowaniem tego czy innego starszego zakonnika.

Czemu służy klauzura?

Daje intymność. To jest mieszkanie mojej zakonnej rodziny. W klasztorze jest nas wielu – 20, 30 braci. Gdyby do każdego z nas ktoś przychodził, trudno byłoby zbudować atmosferę spokoju, wyciszenia. A w czasie komunizmu klauzura ratowała nas przed wejściem czynników obcych. Ale to już zupełnie inna opowieść.

Reguły życia zakonnego były bardziej surowe niż obecnie?

Z pewnością większy nacisk kładziono na tak zwane umartwienia zakonne, czyli na posty. Wstępowałem do zakonu w okresie powojennym, więc jeśli chodzi o wyżywienie, trudno było sobie czegoś odmawiać, bo nic nie mieliśmy. A mimo to staraliśmy się z czegoś rezygnować, choćby z kromki chleba w piątek.

Szlifowanie charakteru?

Ćwiczenie siły woli, które czyniło nas bardziej mężnymi i miało nam pokazać, że stać nas na więcej. Był to też element udziału w ofierze Jezusa Chrystusa.

Tak jak dyscyplina?

Dyscyplina była zwyczajem średniowiecznym. Odbywało się to za zgodą i pod kontrolą przełożonych. Biczowaliśmy się zwykle w piątek, można było zrobić 20, 30, maksymalnie 40 uderzeń.

Bolało?

Nie tak bardzo. Zależało od tego, z jaką siłą ktoś uderzał i jaką miał skórę.

Teraz mniej się umartwiacie.

Raczej indywidualnie.

Oglądałam stare zdjęcia zakonne: zima, śnieg, a bracia w habitach się gimnastykują.

Poranna gimnastyka była w okresie formacji obowiązkowym elementem.

Ale dlaczego w habicie?

Habit rzadko się zdejmowało.

Na wycieczki w góry też chodziliście w pełnym rynsztunku.

Nosiliśmy habity z surówki, mogliśmy je prać bez końca, więc nic nie stało na przeszkodzie, by iść w nich na wycieczkę. Ale wyglądały mało elegancko. Teraz szyjemy je z lepszych materiałów.

Mieliście też bardzo eleganckie kapelusze.

To był, obok pościeli i rzeczy codziennego użytku, obowiązkowy element wyprawki każdego chłopaka, który wstępował do zakonu. Były jeszcze tonsury (wygolony w formie koła fragment włosów na czubku głowy – przyp. red.). To efekt reformy końca XIX i początku XX wieku, która miała miejsce praktycznie we wszystkich zakonach. Był to swojego rodzaju powrót do tak zwanej gorliwości pierwotnej. W naszym zakonie zapoczątkowali to Francuzi.

Żeby zdyscyplinować zakon?

Tak. W XVII i XVIII wieku nastąpiło pewne rozprzężenie. Większość wstępujących należała do szlachty i prowadziła szlacheckie życie – brali udział w polowaniach, w dworskich zabawach i ucztach. W związku z tym potrzebny był nawrót do surowych praktyk zakonnych.

A jak to dziś wygląda?

Myślę, że takie powroty do korzeni ciągle są potrzebne. Oczywiście nie do takiej dyscypliny jak kiedyś, bo to jest już nieaktualne, ale do większego samozaparcia. Żeby zakonnicy mieli poczucie tego, że odeszli ze świata po to, żeby służyć Chrystusowi, Kościołowi i światu. A żeby dobrze służyć światu, nie można się z tym światem utożsamiać.

Powiedział ojciec przed chwilą, że niektórzy ojcowie mówią o tym, że wstąpili do innego zakonu. Innego, czyli jakiego?

Czują, że od nich się więcej wymagało. Rzeczywiście, wymagało się więcej, zwłaszcza w okresie formacji. Posłuszeństwo było bezwarunkowe. Gdy prowincjał o czymś zadecydował, to nie było dyskusji.

Odwieczny konflikt pokoleń.

Ja nie mam z tym problemu, bo przez kilkadziesiąt lat byłem magistrem nowicjatu, czyli wychowawcą kleryków. Widziałem, jak zmieniają się czasy i z jakim bagażem psychofizycznym młodzi ludzie wstępują do zakonu. Dlatego na pewno łatwiej mi zaakceptować pewne zmiany.

Teraz zakonnicy mają więcej swobody?

Ja bym raczej powiedział, że jest więcej indywidualizmu w realizowaniu powołania.

Zakon dominikański zawsze chlubił się panującą w nim demokracją. Czy to się sprawdza?

Każdy ustrój ma swoje dobre i złe strony. Ja osobiście jakoś przywykłem do tego rodzaju zarządzania i nie dostrzegam w nim większych zgrzytów. Chociaż widzę oczywiście, że nieraz przełożonym zostaje ktoś, kto nie powinien być wybrany, ale tak decyduje większość. Z drugiej strony, przełożeństwo z mianowania też nie zawsze jest dobre – jeśli o mianowaniu kogoś na przełożonego decyduje na przykład koleżeństwo. Myślę więc, że ten nasz vox populi, vox Dei jest mimo wszystko o wiele lepszy.

Co ojca najbardziej dziwi w dzisiejszym zakonie?

Dziwią mnie niektórzy bracia.

Co to znaczy?

Dziwi mnie brak gorliwości we wspólnych modlitwach czy w gotowości do spowiadania. Słowo „dziwi” nie jest chyba najlepsze. Raczej mnie to boli. Ale do modlitwy nie można nikogo zachęcić ani zmusić odgórnymi zarządzeniami. Każdy indywidualnie jest odpowiedzialny za rozwój swojego powołania. To nie jest dar dany na zawsze. Ciągle trzeba go odnawiać.

Czy zakon teraz, po 800 latach, potrzebuje jakiejś reformy?

Zakon ciągle się reformuje. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za odnawianie się, bo reformowanie to odnawianie się – duchowe i zewnętrzne.

Powiedział ojciec o odpowiedzialności. To drażliwy temat. Myśli ojciec, że zakon uczy odpowiedzialności?

Zakon tego nie nauczy. Tego uczą rodzice. Jeśli ktoś nie został ukształtowany w domu i sam nie ma tego wyczucia, to trudno liczyć na to, że nagle stanie się odpowiedzialny. W zakonie kładzie się nacisk na samowychowanie.

Ale, przynajmniej w okresie formacji, ktoś decyduje, o której godzinie trzeba wstać, o której się modlić, o której jeść i kiedy studiować. A to nie uczy samodzielności.

Nie sądzę, żeby taki rodzaj formacji odbierał indywidualne samostanowienie i zwalniał z myślenia. Życie wspólnotowe po prostu wymaga uporządkowania i w każdym zakonie program dnia jest jakoś określony. Trudno, żeby na przykład klerycy na studiach nie mieli programu dnia.

Przeżył ojciec w zakonie ponad 60 lat. Co na przestrzeni tych dziesięcioleci było taką pozytywną zmianą?

Różnica między tym, co jest teraz, a tym, co było kiedyś, to jak różnica między gołębiem pocztowym a Internetem. Nastąpił ogromy skok w rozwoju intelektualnym braci, bo też możliwości kształcenia są zupełnie inne niż kiedyś. To, niestety, nie idzie w parze z rozwojem osobowościowym. Ale jak to zrównoważyć? Tego nie wiem.

Ma ojciec na myśli dojrzałość emocjonalną?

Tak, to jest bardzo ważne. Niestety, to pokolenie jest niestabilne, często się załamuje, zniechęca, a przede wszystkim boi się podejmowania odpowiedzialnych życiowych decyzji. Dotyczy to zarówno tych, którzy myślą o założeniu rodziny, jak i tych, którzy chcieliby wstąpić do zakonu. Jest dziś takie myślenie: na próbę. Jak się uda, to dobrze, a jak nie, to trudno. A to musi być świadoma, dojrzała decyzja, za którą idzie całe moje życie, niezależnie od uwarunkowań i kryzysów. Raz podjęta jest nieodwołalna.

Młodzi zakonnicy narzekają na brak autorytetów. Wy też narzekaliście?

Znałem ojców, którzy byli dla mnie przykładem – może nie tyle intelektualnym, ile życiowym. Ale kiedy przyjmowano nas do zakonu, przed złożeniem ślubów odczytywano braciom zapis z konstytucji zakonnych, że mamy je zachowywać nie tak, jak tu czy ówdzie zachowują, tylko sicut litera sonant, czyli jak głosi prawo. Przypominano nam więc, żeby nie liczyć się z przykładami, tylko samemu być przykładem.

Dla nas autorytetami mieli być przede wszystkim święci naszego zakonu, z których życiorysami się zapoznawaliśmy i dzięki którym nasz zakon w historii Kościoła i świata znaczył bardzo wiele. Budowaliśmy zatem na autorytetach świętych. Natomiast jeśli chodzi o autorytety osobowe, to było kilku ojców, braci z zakonu, którzy rzeczywiście byli świętymi, stanowili przykład i swoją gorliwością pobudzali do gorliwości innych.

Zbliżamy się do jubileuszu zakonu. Jakie jest ojca nastawienie do świętowania?

Nie mam nabożeństwa do jubileuszów, ale nie ukrywam, że chciałem doczekać 800-lecia. I jakoś na razie Pan Bóg daje nadzieję. Ale nie dlatego, żebym miał ochotę na wielkie świętowanie.

Moim zdaniem, każdy jubileusz powinien skłaniać do refleksji nad tym, co było dobre w przeszłości, i mobilizować do tego, żebyśmy byli lepsi, żebyśmy z jeszcze większym oddaniem służyli zakonowi, Kościołowi, światu.

Dlatego warto się zastanowić nad tym, jakie były założenia św. Dominika, naszych innych świętych, np. św. Tomasza, jakie było ich życie i co mamy robić – co wy macie robić, wy, czyli to młode pokolenie, które będzie tworzyć zakon – żeby wypełniał on jeszcze lepiej swoje posłannictwo.

Każdy jubileusz jest przesłaniem. Kilka lat temu obchodziłem 50-lecie kapłaństwa. Myślałem wówczas nie tyle o tym, co zrobiłem, ale pytałem siebie i Pana Boga, co jeszcze mogę zrobić mimo mojego podeszłego wieku, czym mogę jeszcze służyć.

Czy dzisiaj, zdaniem ojca, jest łatwiej czy trudniej być dominikaninem, który głosi Ewangelię w myśl św. Dominika na obrzeżach Kościoła i świata?

Myślę, że jest trudniej, choć możliwości oddziaływania i głoszenia Ewangelii jest zdecydowanie więcej. Ale jest też więcej pokus odejścia od gorliwości pierwotnej i ogólnie od wiary. I to wymaga od nas nowych form apostolstwa, to jest nasze zadanie, żeby dotrzeć do tych, którzy stracili wiarę. Za czasów św. Dominika świat był raczej wierzący. Wszyscy wierzyli, jeśli nie w prawdziwego Boga, to w bożka. W naszych czasach panuje ateizm, ale to też jest wiara, bo wierzy się, że nie ma Pana Boga.

Wspomniał ojciec o ślubach czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, które mają dać wewnętrzną wolność, by poświęcić się głoszeniu Ewangelii. Ubóstwo wygląda dzisiaj chyba nieco inaczej niż 60 lat temu…

To prawda. Pod tym względem nie jest najlepiej. Nie jesteśmy zbytnio skłonni do wielkich wyrzeczeń – w sprawach materialnych i posiadania.

Chce ojciec powiedzieć, że żyjecie ponad stan?

Nasze konstytucje zakonne mówią, że mamy zachować średnią społeczeństwa, w którym żyjemy. Na pewno w Polsce jest pod tym względem inaczej niż we Francji czy w Stanach Zjednoczonych. Chodzi mi bardziej o ducha ubóstwa, że nie na wszystko mnie stać i nie wszystko muszę mieć. Warto się zastanowić, czy nie oczekuję za dużo, uważając, że muszę mieć to i tamto. Oczywiście nieraz lepiej jest kupić coś droższego i mieć to dłużej. Ja mam jeszcze takie buty, które otrzymałem na święcenia, robione przez szewca zakonnika.

I zakłada je ojciec czasami?

Latem, bo są takie dość lekkie.

Co jest najtrudniejsze w życiu zakonnym? Celibat, brak rodziny, posłuszeństwo?

Dla każdego coś innego będzie trudne: dla jednego zachowanie czystości, a dla drugiego życie wspólne, to, że trzeba się podporządkować, że nie można swobodnie dysponować swoim czasem, swoją osobą, że ktoś inny podejmuje decyzje, gdzie mam mieszkać i czym w danym momencie mojego życia mam się zajmować.

Formacja trwa siedem lat, to sporo czasu. Można się zastanowić, czy na pewno mam powołanie, czy podołam temu, co się z tym wiąże. Wielu nie wytrzymuje, odchodzą. Ja traktuję moje powołanie jako dar od Pana Boga.

I gdyby przyszło ojcu zacząć życie od nowa i wybierać jeszcze raz?

Pewnie zrobiłbym to samo…

Od gołębia pocztowego do Internetu
Czesław Paweł Bartnik OP

urodzony 29 czerwca 1934 r. w Gidlach – dominikanin, duszpasterz, spowiednik, przez ponad 30 lat był magistrem nowicjatu w poznańskim klasztorze, czyli wychowawcą braci wstępujących do zakonu. Do Zakonu Kaznodziejów wstąpi...

Od gołębia pocztowego do Internetu
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Od gołębia pocztowego do Internetu
Michał Osek OP

urodzony w 1987 r. – dominikanin, rekolekcjonista, od 2019 r. przeor klasztoru w Gdańsku i proboszcz parafii św. Mikołaja. Do Zakonu Kaznodziejskiego wstąpił w 2007 roku, śluby wieczyste złożył 7 kwietnia 2013 roku. Święce...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze