Bolesław Rafiński
fot. wesley mc lachlan / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Liturgia krok po kroku

0 opinie
Wyczyść

Dominikanin, wychowawca kleryków

Gdańszczanin. Spotkaliśmy się w Krakowie, był magistrem braci studentów, czyli wychowawcą. Niezwykle wrażliwy. Chciał z nas zrobić geniuszów, ale materiał stanowiliśmy raczej przeciętny. Interesował się psychologią i aby sobie z nami poradzić, upychał nas w rozmaite schematy. Nijak mu to nie pasowało, więc się denerwował. Zapalony do muzyki. Marzył o wspaniałym śpiewie w kościele, ale śpiewacy byli, jacy byli. Więc się stresował, że nie może osiągnąć wymarzonych wyżyn.

Nie byliśmy przecież łatwi, każdy z nas niósł z sobą i w sobie zawartość rodzinnego domu, jakże innego, i wrażliwość swojej młodzieńczej natury, swojego entuzjazmu, swoich kompleksów, ale i zdolności. Były to lata może już nie najstraszniejszego terroru stalinowskiego, ale obrzydliwej bezwstydnej peerelki, kiedy nie wiadomo było, czy chodzić głosować, czy nie chodzić, kiedy paszporty otrzymywało się na milicji, a do kościoła oprócz wiernych chodzili kapusie, by podsłuchiwać, podglądać i donosić. To były najprawdziwsze krańce świata, te nasze serca rozpalone i ten krakowski klasztor na Plantach wśród zieleni. Codzienne poranne wstawanie było wtedy dla nas młodych torturą. Do południa spaliśmy na stojąco. Że wytrzymaliśmy to wszystko i przeżyliśmy – sam się dzisiaj dziwię. Codzienna kompleta ze śpiewem Salve Regina i stąpanie po schodach do kaplicy świętego Jacka były najprawdziwszą poezją. Zachodzące słońce ścieliło się wtedy na schodach, po których wspinaliśmy się uroczyście. Szliśmy powoli, z namaszczeniem do tego ołtarza, naszego gniazda, skąd później wylecieliśmy wszyscy polscy dominikanie, synowie świętego Jacka. W Polskę i świat. Pamiętam doskonale, jak dobrze było wtedy przyłożyć nasze rozpalone głowy do zimnego marmuru tego sarkofagu. Ileż nadziei wstępowało w nasze serca. Wydawało się, że już za chwilę wyrosną nam skrzydła.

Wiele czerpaliśmy z naszego magistra, który uczył nas życia zakonnego, śpiewu, niemieckiego, kazał gasić światło przed godziną 22. A myśmy go oszukiwali, zaciemniali światła w celach i siedzieli po nocach. Rozganiał nasze rekreacje pod pretekstem, że jutro kolejny dzień, a my nie mogliśmy za nic zasnąć. Nocny hejnał z Wieży Mariackiej wzbudzał nostalgię, przywoływał minione pokolenia i wieki. Kraków pasł się naszą młodością.

Na ulicach miasta spotykało się wówczas wiele wspaniałych postaci. „Tygodnik Powszechny” jak piąta Ewangelia nadawał sens całemu światu i wydawał przepustki do nieba. Uczył jedynie słusznego myślenia i jak mawiał Roman Brandstaetter, w naszym kraju nie wolno było wtedy nawet umrzeć, jeśli tego wydarzenia nie odnotował „Tygodnik Powszechny”.

Pamiętając, że były to lata upokarzającego komunizmu, jeszcze bardziej należy pamiętać, że były to lata Soboru Watykańskiego II i posoborowych przemian. Reforma liturgii, ekumenizm, otwarcie się Kościoła na świat i ludzi świeckich spowodowały na nowo zainteresowanie Kościołem i tym, co on może dać dzisiejszemu człowiekowi. Sobór Watykański II bezsprzecznie należy do największych wydarzeń dwudziestego wieku, choć jego tłem wcześniejszym były dwa najstraszniejsze totalitaryzmy w dziejach: komunizm i hitleryzm. Żyliśmy soborem, z godziny na godzinę czekając na nowe rozwiązania, spojrzenie czy perspektywę.

W tamtych latach nasz krakowski klasztor był tyglem myśli i przemian. Trzeba było niemałej odwagi, aby nie wylać dziecka z kąpielą. Aby nie zagubić tego, co istotne. Ojciec Bolesław nie mówił nigdy źle o innych. Szanował ludzi. I był wierny Jezusowi.

Po latach bycia magistrem został duszpasterzem akademickim. To był jego kolejny kraniec świata. O tych latach jego duszpasterzowania wiem najmniej. Pamiętam tylko jego entuzjazm.

Kolejnym jego krańcem świata był nasz klasztor w Poznaniu, gdzie został wybrany przeorem.

Wszyscy pamiętamy, jak z otoczonego przez kordony ZOMO kościoła i klasztoru wyprowadzał bezpiecznie ludzi do domów. Jak odbierał transporty z zagranicy i sortował godzinami leki i żywność. Robił to z prawdziwą pasją, myśląc o innych. To był naprawdę trudny czas, w którym służył społeczności Poznania. Był przeorem w czasie, kiedy tragicznie zginął w niewyjaśnionych okolicznościach ówczesny duszpasterz akademicki o. Honoriusz Kowalczyk OP. Był z nami w tych trudnych i ciężkich chwilach.

Ponieważ znał doskonale język niemiecki, został duszpasterzem w Monachium, gdzie niemieccy dominikanie oddali klasztor Polakom. Był kapelanem w niemieckim domu starców, w którym starzy Niemcy dożywali swoich ostatnich lat. Ich biografie, historie i zwierzenia były dla niego kolejnym krańcem świata. Był ich konfesjonałem i powiernikiem, towarzyszem ich ostatnich chwil. To swoisty, heroiczny kraniec świata.

I teraz znowu Gdańsk. Kochany przez niego Gdańsk jego dzieciństwa i młodości. Gdziekolwiek był, niósł za sobą zapach tego miasta, rodzinnego domu, który dopadał go zawsze, gdziekolwiek się znajdował. Wiatr od morza pomarszczył mu twarz. Teraz, nie ustając w gorliwości, jest spowiednikiem w rodzinnym Gdańsku. To też osobliwy kraniec świata, sumienia innych ludzi.

Tak oto, dzięki Chrystusowi, nie był nigdy bezrobotny, nie nudził się, nie był bez zatrudnienia. Jak żołnierz, który nie zna spoczynku i żyje w ciągłym poczuciu powołania i służby. Był zawsze przy ołtarzu i w konfesjonale, był zawsze z ludźmi dla Chrystusa. Żołnierzu Chrystusa, bojowniku sprawy Bożej, dziękujemy ci dzisiaj za twoją postawę i służbę. Ojciec Bolesław był i jest nadal czytelnym świadkiem. Jakby instynktownie wiedział, że czasu mamy zawsze za mało, że trzeba dawać świadectwo!

Bolesław Rafiński
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze