Kibole
fot. ali jouyandeh / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
Wyczyść

Nie uprawiamy sportów, nie oglądamy relacji z mistrzostw, słabo orientujemy się w nazwiskach sportowych gwiazd, a jednak z zadziwiającą pokorą umiemy przyjąć, że piłka nożna wiele z naszego powołania wyjaśnia.

Konradowi, Ani i Frankowi – kibicom Śląska Wrocław

Przypadkowe, zewnętrzne podobieństwo niektórych z nas do Jarmili Kratochvílovej, Roberta Kubicy, Emila Zátopka, Grzegorza Laty, Andrzeja Grubby czy Adama Małysza nie oznacza wcale, że za klauzurą uprawiamy jakiekolwiek sporty. Przypadkowa zbieżność uprawianych dyscyplin również o niczym nie świadczy: Kratochvílová (sprint) – my: tempo odmawianych modlitw, Robert Kubica (Formuła 1) – my: przewóz gości z gare Montelimar do opactwa, Emil Zátopek (maraton) – my: samotność długodystansowca, Grzegorz Lato (księgowość) – my: także księgowość, Andrzej Grubba (ping-pong) – my: wspólnotowe dyskusje, Adam Małysz (skoki narciarskie) – my: charakterystyczny przysiad podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu.

Podobnie jak kontakt niektórych braci z piłką lekarską czy piłką do metalu niekoniecznie przekłada się na ich futbolowe fascynacje. Nikt zresztą nie pamięta tu Raymonda Kopy, który swego czasu rozsławiał Francję, zaś opowieści o królu fair play Wacławie Kucharze, który podniósł z ziemi węgierskiego bramkarza, choć mógł strzelić w tym czasie gola, zbywane są wzruszeniem ramion, bo mnisi to społeczność ze wszech miar praktyczna.

Niechęć do biegania w krótkich gaciach nie wiąże się z mniszą pruderią, nie wynika również z prewencji – chęci położenia tamy możliwym wpływom potencjalnego homoseksualnego lobby w klasztorze. Sprawy mają się nieco prościej – krótkość niczego mnichom nie obiecuje i nie zapowiada, zaś długość i owszem, bo długie spodnie pobrane z westiarni mogą oznaczać tylko jedno: podróż (np. promocja książki, dentysta, rekolekcje za oceanem), a któryż z mnichów nie chce się przewietrzyć? Czytamy przecież w 55 rozdziale Reguły św. Benedykta: Wysłani w podróż dostają z westiarni spodnie, które po powrocie zwracają wyprane.

Gazeta futbolowa

Wszelkie próby zdjęcia klasztornej anatemy ze sportu zawsze kończyły się niepowodzeniem – świadczy o tym choćby pewna historia z amerykańskiego opactwa Getsemani, z czasów, kiedy rządził tam niepodzielnie bohater Dziennika z klasztoru trapistów Henry’ego Nouwena opat John – Eudes Bamberger. Przed obliczem tegoż stanął pewnego dnia przemądrzały nowicjusz z parą „inteligentnych” sportowych butów i wniósł petycję: – Czy w porze sjesty mógłbym uprawiać jogging? – Nie – odpowiedział Dom John – Eudes, nota bene wytrawny psychiatra z zawodu, praktykujący w pobliskiej klinice. – Dlaczego nie?! – próbował wdać się w dyskusję z opatem nowicjusz. – Bo nie – odpowiedział John – Eudes, używając pedagogicznej, lecz wyrugowanej przez panoszący się obecnie dialog interminable formuły.

Nie wiem, czy to tylko wyjątek potwierdzający regułę, ale przełożeni z zasady nie dokonują zamachów na futbolowe i sportowe w ogólności dodatki do prenumerowanych przez opactwa dzienników. Moja podejrzliwość, karmiona również prozą Eustachego Rylskiego, każe dopatrywać się w tej praktyce gestów nad wyraz przemyślanych i po ojcowsku prowokatorskich: czyż notariusz Rański, znudzony swoim zajęciem i życiem, nie przeliczył się jednak z siłami i nie poległ w starciu z ciemnymi siłami pospolitości? Posłuchajmy: Gazeta futbolowa pokumała go z najwredniejszym rodzajem pospolitości. W kontaktach z Sebkiem i jego kompanami górował nad pospolitością, ujarzmiał ją, dawał jej odpór, w najgorszym razie umiejętnie ją omijał; pospolitość gazety futbolowej uważał za oswojoną, gdyż w każdej chwili mógł ją odłożyć. Ale nie odkładał. Ani w niedzielne przedpołudnie, ani w łóżku grubo po północy, gdy piłkarska wyliczanka miała przywołać sen, ani po przebudzeniu, gdy jej lektura dzieliła czas między wstawaniem z łóżka a porannymi ablucjami. Nawet nie zauważył, kiedy gazeta futbolowa stała się jego jedynym słowem czytanym, najczęściej kilkakrotnie, gdyż nic z tego nie był w stanie zapamiętać. Przepływało to obok w formie mgły, waty, magmy. Przecież to doskonały opis acedii! Gazeta futbolowa jako papierek lakmusowy używany do jej tropienia? Oczywiście!

Mnisze dyscypliny

Obawiam się, że po tym, co napisałem, zorientowany w życiu monastycznym czytelnik sięgnie po pergaminową kartę z listą tradycyjnych, klasztornych fatalizmów i umieści na niej jeszcze ten jeden – związany ze sportem. W naszej aiguebellskiej karcie znalazłby się on tuż pod złowieszczą przestrogą dotyczącą remontów kanalizacji: W klasztorze każda rura po skróceniu okazuje się za krótka.

A przecież zażywamy ruchu, ba, padają nawet niezłe rekordy. Ucieczka przed rozsierdzonym bykiem rozpłodowym Marcelusem? (Mordo rogata ty moja, nie mamy pretensji!) Zjazd z naprawianego dachu po rzymskich dachówkach? Podnoszenie kamieni? Napieranie na buksujący ciągnik? A pościg za naszą Florką, psem truflowym, który okazał się suką i to myśliwską? A chód prawie sportowy? Bo właśnie zapomniałeś zabrać młotek, idąc do pracy. Cofasz się więc na planszy o 2 oczka. Jedno oczko, jeden kilometr.

Nie uprawiamy sportów, nie oglądamy relacji z mistrzostw, słabo orientujemy się w nazwiskach sportowych gwiazd, a jednak z zadziwiającą pokorą umiemy przyjąć, że piłka nożna wyjaśnia wiele z naszego powołania. Dobrze pamiętamy jak to było na początku, gdy Bóg, sporządziwszy odzienie dla Adama i Ewy, z resztek użytych do tego skór uszył ludziom piłkę. Boże igrzysko niby to się rozwijało i krzepło, ale tak naprawdę stawało się coraz bardziej monotonne, bo ludziska zamiast iść na „zgodę, blat” czy „pakt” lub choćby „neutral”, wybrali „kosę” i czepili się niczym pijany płotu zapasów w stylu wolnym. Bóg wreszcie rozgonił towarzystwo, posiał jak należy trawę, powalił swoim tchnieniem kilka sosen na siedziska, a czterem światowym, wysoko postawionym głupkom kazał robić za bramkowe słupki. Ale to jeszcze nie wszystko. Zwołał zaraz trzy zakony dla przykładu i ludzkiej pomocy: dominikanom dał boisko, żeby się popisywali, jezuitom szatnię, żeby knuli, a nam kazał siedzieć na trybunach w celu kibicowania. „Gniazdowego” mieliśmy bez zarzutu i już na początku udało nam się wyeliminować z naszych szeregów „pikników”, nasze bezlitosne „transy” mnichów z Cluny nazywały „januszami”, niestety, na rozprawę z gorliwą „sekcją gimnastyczną”, która podkradła nam kilku krewkich konwersów do przyszłej „ustawki”, nie starczyło już sił. I wtedy Bóg ustami Innocentego III (tego od dominikanów) zagroził, że nas rozwiąże. Ale i tak się zaczęło Boże widowisko.

Smuda Miłoszem

Żeby poznać i pokochać, trzeba się napatrzyć – tak mówił bł. Jan Paweł II w Tarnowie w 1987 roku. No to patrzymy, wezwani może tylko do patrzenia, rejestrowania i pochwalania zmagającego się istnienia. Niemiłosiernie naciągana to metafora, ale stalle przypominają przecież prymitywne trybuny ziemnych stadionów, a na „Chwała Ojcu” robimy całkiem niezłą „falę”. Miedzy stallami oni – niewidzialni, lecz realni, walczący o przeżycie i miejsce w Niebie. Pomagamy im. Byle tylko nie przyzwyczaić się, że jesteśmy na wieki widzami i cóż z tego, że nawet „ultrasami”, bo tak się już dzieje, że Bóg o znanej Mu tylko godzinie każe na stadionie zamienić się rolami i wtedy ławki wchodzą grać na boisko. Stajemy się nagle widowiskiem dla świata. Tak było w Tibhirine w Algierii. I chodzi wtedy o to, żeby nie strzelić sobie samobója. Ale najgorzej to już ładnie mecz zacząć, a skończyć jak zamokła petarda.

A propos „piro”– półgębkowe ploty i szeptana poczta przenikające za mury opactwa donoszą, że dziś piłka polska podobna jest do polskiej literatury, bo: rozpoczyna się cudownie, a potem przychodzą „jakieś niepotrzebne tony” i koniec gmatwa się i gaśnie jak niewypalona rakieta. Sprawdziłem ten cytat. Przecież te słowa napisał rozżalony Iwaszkiewicz, recenzując arcydzieło poetyckie Miłosza Gucio zaczarowany! No i jak teraz wygląda? Nie ulegajmy więc fatalizmowi, bo z polską piłką może być jak z Guciem zaczarowanym. Oczywiście, jeśli Smuda okaże się Miłoszem z roku 1981, no, choćby ojcem Kasi, strzelającym wymarzoną przewrotką gola w finale.

Kibole
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze