Wszyscy dłużnicy „Niedźwiedzia”

Wszyscy dłużnicy „Niedźwiedzia”

Oferta specjalna -25%

List do Rzymian

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Gdyby nie Marek Niedźwiecki i jego Lista Przebojów, gdyby nie popołudnia u Kuby i kolorowo zapisane zeszyty, życie Jacka potoczyłoby się zupełnie, ale to zupełnie inaczej. Życie Natalii już by się nie potoczyło.

Jeżeli są programy radiowe, zasługujące na miano „kultowych”, to Lista Przebojów Programu III na pewno wlicza się w ich poczet. Audycja stworzona w 1982 roku przez Marka Niedźwieckiego, popularnie nazywanego „Niedźwiedziem”, szybko stała się zjawiskiem społecznym. Do legendy przeszły masowe, protestacyjne spacery ludzi w czasie „Dziennika Telewizyjnego”, którym towarzyszyły dźwięki kultowej audycji, a także nagrywanie kolejnych emisji na magnetofony szpulowe czy kasetowe. Lista ma miliony fanów, nieformalnych stron i forów internetowych. I jest bardzo popularna na Facebooku, a to o czymś świadczy w dzisiejszych czasach…

W piątek 29 października nadano 1500 notowanie Listy Przebojów Programu III.

Zeszyty

Jacek Y. Łuczak z Poznania zapamiętał z dzieciństwa sporo rzeczy, ale najbardziej wbiła mu się w pamięć cotygodniowa wędrówka na piąte piętro bloku na osiedlu Jagiellońskim. Wieczorami – w piątki lub soboty paczka dobrych kolegów spotykała się regularnie u jednego z nich, by słuchać Listy Przebojów Programu III Polskiego Radia i ją na bieżąco komentować.

Zaczął w 1982 roku – jako 10-latek. – No i potem poszło. Spotykaliśmy się z kolegami z podwórka u Kuby (to ten z piątego piętra). To był cały rytuał. Zbieraliśmy się w podgrupach – włączaliśmy sobie radio z „jamnika” (długi, wąski radiomagnetofon na dwie kasety, jedna z ikon lat 80. – przyp. J.K.) i słuchaliśmy Niedźwieckiego.
Jednak nie było to takie zwyczajne słuchanie dla słuchania. – Myśmy sobie te Listy skrupulatnie zapisywali w zeszytach – każda była dokładnie opisana: tytuł, pozycja obecna, pozycja sprzed tygodnia, ile tygodni w zestawieniu. Pełna buchalteria – śmieje się Łuczak.

Do czego było im to potrzebne? – Dla własnej przyjemności. Bo fajnie było śledzić i przewidywać. Na przykład gdy Niedźwiecki na początku Listy mówił, że 23 utwory spadają, sześć idzie w górę, a dwa utrzymały pozycję sprzed tygodnia – to już przed piątym utworem wiedzieliśmy, co jest na pierwszym – mówi. Zapisywał szczegółowo, a żeby było ładnie, to wykonawca innym kolorem, tytuł innym kolorem – i te wszystkie cyferki też innymi kolorami.

Jacek ma jeszcze w domu te wszystkie zeszyty, chociaż już dziś nie przywiązuje do nich tak wielkiej wagi. Ma też około 1000 kaset z Listą Przebojów Programu III, które nagrał osobiście.

Gdyby nie Marek Niedźwiecki i jego Lista, gdyby nie popołudnia u Kuby i kolorowo zapisane zeszyty, życie Jacka potoczyłoby się zupełnie, ale to zupełnie inaczej.

Metal

Na dwusetne wydanie Listy Michał Konopacki z Wrocławia (rocznik 1971) nie zdążył. Pewnie dałby radę, bo zawsze dawał, ale tym razem – głupia sprawa – urodziny koleżanki. –Mówiłem im wszystkim na tych urodzinach, że muszę wyjść, bo mam coś pilnego do załatwienia. Nawet chyba coś zmyśliłem. Koniec końców nie puścili go. – Pamiętasz te imprezy piętnastolatków. Trzecie piętro w bloku, paru gości w kapciach, bo przyszli „z dołu” albo „z góry”. Mama u sąsiadki albo wyjechana. Trochę tańczenia, trochę pitej ukradkiem sangrii. A mnie to nie ciągnęło. Ja byłem rock’n’rollowcem.

Nosił dżinsową koszulę, słuchał Iron Maiden i Anthraxu. – Zaczęło się od tego, że co poniedziałek leciały w Trójce audycje z metalową muzyką. Siadałem z kasetowym grundigiem przy radiu – tak, żeby jego wbudowany mikrofon mógł zebrać i nagrać to, co poleci z głośnika. Ty sobie wyobrażasz, jakiej to było jakości, nie? – śmieje się gładko ogolony, ubrany w dobrze skrojony garnitur Michał. Dziś prawnik – ówczesny zbuntowany metal. – Jakość tego była psiarska, ale w ten sposób np. nagrałem sobie w 1988 roku całą płytę „Seventh Son of a Seventh Son” Ironów.

No więc zaczęło się od nagrywania płyt z radia. – Potem przyszła ciekawość: a może więcej metalu znajdę u Niedźwieckiego, na Liście? I tak w 1985 roku zacząłem słuchać czegoś, o czym wcześniej nie miałem pojęcia.

No bo który szanujący się „metal” wiedział wtedy, co to jest Republika, Limahl, Urszula czy chociażby U2? A takie zespoły królowały na Liście. – Ile ja się musiałem nawywijać, żeby koledzy słuchający ekstremalnego hard core’u nie zauważyli błysku zrozumienia w moich oczach, gdy koleżanka opowiadała o Limahlu – śmieje się Michał. – Niedźwiecki otworzył mi oczy na różnorodność. Dopóki nie zacząłem słuchać Listy, poza metalem świat dla mnie nie istniał. Nawet delikatne „klawisze” wprowadzane w metalowych kawałkach były wtedy świętokradztwem. Od razu się taką płytę skreślało, wywalało do kosza, a tu nagle ja słucham Wham, Limahla.
Owa różnorodność, na którą otworzył się Michał, miała być dopiero początkiem przygody, którą zafundował mu Niedźwiedź.

Tanita

– Lista przebojów? Słuchałam jej od 1989 roku. Wcześniej nie miałam jakoś pary, żeby tak siedzieć bezczynnie przy radiu. Stale gdzieś mnie nosiło – opowiada Natalia Lewicka (nazwisko zmienione, rocznik 1973; mała miejscowość pod Bydgoszczą).

– Zaczęło się od tego, że któregoś dnia usłyszałam w radiu wokalistkę o bardzo niskim głosie. Śpiewała tak, jakby jej się trochę nie chciało śpiewać, luzacko. Pomyślałam: „O matko, kto to tak fajnie daje?”. Zarejestrowałam tylko tyle, że piosenka poleciała w Trójce, w ramach Listy. Włączyłam ją sobie za tydzień, żeby się dowiedzieć, kto to śpiewał. Z rosnącym zniecierpliwieniem słuchałam i słuchałam, a piosenki nie było. Zaparłam się jednak i nie odpuściłam. No i była – na pierwszym miejscu. Tanita Tikaram. Ale mnie wtedy Niedźwiedź zrobił – śmieje się.

Parę piosenek wpadło w ucho, więc za dwa, trzy tygodnie znowu włączyła Trójkę. Tanita była jeszcze wysoko, więc znowu wysłuchała wszystkiego. A w 1990 roku słuchała już niemal każdego notowania. – Samo jakoś wyszło – mówi.

O jednej rzeczy, która wiąże się z Listą, a która dramatycznie zmieniła jej postrzeganie świata, chce opowiedzieć koniecznie.

Radiowiec

W prezencie na 18. urodziny Jacek Y. Łuczak dostał pieniądze. Od razu wiedział, co z nimi zrobi. – Trochę wcześniej mój ówczesny przyjaciel zrobił mi własnoręcznie kolumny. I ja za te pieniądze z osiemnastki kupiłem sobie do nich radio ze wzmacniaczem, czyli tzw. amplituner. I zacząłem słuchać.

Oczywiście – Trójki. Oczywiście – Listy. Ale… – W pewnym momencie złapałem przypadkowo jakąś stację – nie wiedziałem, skąd nadaje. Po około dwóch tygodniach słuchania okazało się, że nadaje z miasteczka akademickiego Politechniki Poznańskiej zwanego Poligrodem, czyli jakieś 150 metrów od mojego domu. I ja tam poszedłem – mając 18 lat – i zapytałem, czy nie można by robić u nich listy przebojów. Zgodzili się.

I tak Jacek, dzięki Markowi Niedźwieckiemu i miłości do Listy, został radiowcem. Najpierw w Radiu Afera. Tam prowadził swoją listę przez sześć lat. Lista z czasem nazwała się Aferzastą.

Wzorował się na Niedźwieckim, bo wtedy wszyscy na nim się wzorowali. – Prowadziłem podobne rankingi, miałem tylko inne nazwy niektórych części – np. to, co nie wchodziło na listę, nazywało się u mnie „Rozbiegówka”. Czyli dokładnie tak, jak w radiowym slangu nazywała się część taśmy na początku szpuli.
Czego zazdrościł Niedźwiedziowi? Albo inaczej: co chciał z jego prowadzenia Listy przeszczepić na swój grunt? – Marzyłem o tym, by osiągnąć taki luz, jaki ma Marek przy prowadzeniu swojej listy. No i poniekąd mi się udało.

Głosowania na Aferzastą – podobnie jak na Trójkową – odbywały się za pośrednictwem kartek wysyłanych do radia. – Rozmaite pomysły mieli ludzie. Pamiętam, że ktoś np. przysłał swoje głosy spisane na papierze toaletowym. Ja to musiałem rozwijać, żeby czytać.

Nigdy nie spotkał się z Niedźwiedziem. – Mój jedyny kontakt z nim to był mail. Zapytałem go, jaką linię preferuje, jeśli chodzi o dolot do Nowej Zelandii. Odpowiedział.
Nigdy więc Marek Niedźwiecki się nie dowie, że Jacek mu zawdzięcza pierwszą pracę, no i ustawienie zawodowe na całe życie. Jacek związał się wtedy z mediami na dobre.

Czy słucha Listy? Teraz rzadziej. – Ale swoje miejsce w sercu ma.

Gitarzysta

Różnorodność różnorodnością, ale przecież wstyd się było Michałowi przyznać, że melodyjki z LP3 wpadają mu w ucho. – Długo to ukrywałem. Nie wiedziałem, co mam z tym zrobić – strasznie się męczyłem. Teraz to wydaje się śmieszne, wiesz – kto by się przejmował i tak dalej. Ale jak się ma naście lat i oddało się wszystko metalowej muzyce, a tu nagle Dire Straits…

No bo właśnie na dwusetne wydanie Listy nie zdążył, ale za to był, kiedy – w 201. notowaniu – Dire Straits tryumfowali ze swoimi „Brothers In Arms”. – Matko Boska, jak ja to usłyszałem, poszły mi ciary po plecach. Dosłownie. Pierwsza myśl: jak oni te gitarki na początku zagrali, jak oni technicznie to zrobili. Słuchałem muzyki, w której gitara też była na pierwszym planie, ale nigdy tak subtelnie.

Wtedy właśnie Michał postanowił, że trzeba odkurzyć gitarę, którą dostał na Pierwszą Komunię Świętą. – Taka zwykła czerwona „defilka”. Brzmiała, jakbyś na pudło po proszku do prania naciągnął mocno sznurki. Gryf miała taki szeroki, że można było dwiema rękami obejmować, ale ja się uparłem, że chcę na niej zagrać to, co usłyszałem w Trójce.

Od tego dnia Michał będzie siadał przy głośniczku swego radia z mikrofonem szpulowego magnetofonu w garści i będzie nagrywał to, co mu się spodoba – szczególnie melodie, zagrania gitarowe i takie tam. Potem będzie odtwarzał ze szpuli i tak długo męczył gitarę, aż zagra coś choćby zbliżonego do oryginału. – Tak rodziła się moja pasja. Mówię to z pewnym patosem, wiem, ale inaczej nie mogę tego nazwać.

Życie potoczyło się ostatecznie tak, że Michał musiał ściągnąć koszulę z ćwiekami i pójść na studia prawnicze. Dzisiaj pracuje w niedużej kancelarii. Dwa razy w tygodniu spotyka się z kolegami i grają jazz. Michał na gitarze. – Coraz częściej czuję, że to jest właśnie moje prawdziwe powołanie. Nie prawo. Nie mam odwagi, żeby to wszystko rzucić i utrzymywać siebie, żonę i dziecko z grania. Ale kto wie, co będzie za pięć-sześć lat?

Niedźwiedziowi więc zawdzięcza to, że znalazł w życiu swoją melodię i swój instrument. – No cóż, wypadałoby powiedzieć „dziękuję”, bo ja dzięki gitarze naprawdę czuję się szczęśliwszy. Może to niewiele, może komuś Lista zrobiła w życiu więcej dobrego, ale dla mnie to naprawdę dużo. I napisz jeszcze, że takich jak ja, którym zmieniła w małym stopniu, jest pewnie mnóstwo. Albo nie pisz tego, to banalne.

Listy słucha do dziś. Jednak tylko wtedy, kiedy nie gra w jakimś klubie, czyli coraz rzadziej.

Uratowana

Właściwie Natalia nie ma wiele do powiedzenia o Liście. Miała wpływ na jej życie, owszem. Słuchała intensywnie, potem coraz mniej. Teraz nie słucha wcale.
– Została mi Tanita Tikaram i jeszcze parę piosenek. To prawie wszystko o Liście.

W 1992 roku Natalia nie opuszczała żadnej Listy. Słuchała wszędzie i nic nie było w stanie jej od tego odwieść.

W styczniu tamtego roku Natalia słuchała, biorąc kąpiel. Musiała mieć bardzo ciężki dzień, bo zasnęła w wannie. A może to nie zmęczenie, może to już wtedy zaczął działać czad ulatniający się z piecyka.

Kiedy zaczęła grać Nirvana (miejsce drugie) i w domu zrobiło się naprawdę głośno, do łazienki wpadła mama, krzycząc: – Ścisz, ścisz!
I w taki właśnie sposób Lista uratowała Natalii życie.

Jednak ona sama nie chce o tym mówić, bo miało być podniośle, rocznicowo i pokoleniowo. A wychodzi smutnie, choć rzeczywiście podniośle. – Od tego czasu nie mogę słuchać Listy. To nie ma nic wspólnego z panem Markiem ani z piosenkami. Za to ma wiele wspólnego ze złymi wspomnieniami.

Więc ona nie powie, że Lista uratowała jej życie. Po co zaraz takie wielkie słowa „ratować”, „życie”

Ale co prawda, to prawda: gdyby nie Niedźwiedź, gdyby nie Nirvana i w ogóle gdyby nie ta Lista, co łączyła nas wtedy przy lepszych albo gorszych odbiornikach radiowych – nie wiadomo, co by było.

Wszyscy dłużnicy „Niedźwiedzia”
Jacek Kowalski

urodzony w 1972 r. – absolwent polonistyki na UAM w Poznaniu, dziennikarz „Gazety Wyborczej” w Bydgoszczy. Mieszka w Kruszwicy. Jest żonaty, ma trzech synów....