Ocalić św. Mikołaja

Ocalić św. Mikołaja

Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Mamooo! – płakał synek mojej znajomej, wychodząc ze szkoły. – Pani od religii powiedziała, że Mikołaja nie ma! I że prezenty pod choinkę przynoszą rodzice. Okłamaliście mnie!

Święty Mikołaj, zwany w niektórych regionach Polski Gwiazdorem, a w jeszcze innych Aniołkiem, bardzo się zmienił. Od paru lat wjeżdża do Polski w konwoju Coca-Coli, obwieszczając, że idą święta. Stał się jakiś obcy: rubaszny, nieprzyzwoity. Nawet towarzyszące mu Śnieżynki ubrane są nieadekwatnie do zimowej aury. Jakby miały zachwycić tatusiów, a nie dzieci. Jednak nie tylko konsumpcyjny kapitalizm szykuje zamach na świętego.

Katoliccy ekstremiści kontra Mikołaj

Proces komercjalizacji postaci Mikołaja, czyli zamiany niewinności i dziecięcych marzeń na pieniądze, jest czytelny i wielu rodziców stara się stawiać mu opór. Istnieje jednak bardziej dyskretne zagrożenie i dla Mikołaja, i dla dziecka. To postawa wychowawcy, przejawiająca pewien ekstremizm światopoglądowy, a pedagogicznie rzecz ujmując – sztywny, by nie rzec niewolniczy kult zasad. Cierpi dziecko, jego dobro, prawa i – najbardziej – potrzeba wewnętrznej wolności, wolności ducha. A wszystko w imię wartości i „Prawa”. Zanim przejdziemy do meritum, przyjrzyjmy się dwóm sytuacjom; jedna obrazuje wspomnianą postawę, druga – wolność od niej.

Pierwsza, zaobserwowana na wywiadówce u mojego syna. Pani informuje, że w piątek dzieci mogą, oprócz śniadania, przynosić słodycze. Odzywa się jedna z matek: „Mój syn może jeść słodycze tylko w sobotę, więc w piątek ich nie przyniesie”. Przez parę minut wychowawczyni i rodzice zachęcają, by sobotę zamienić na piątek, gdyż synowi będzie przykro, gdy inni będą się zajadali słodkościami. „Zasada to zasada, trzeba być konsekwentnym” – słyszą w odpowiedzi.

Sytuacja druga, zasłyszana. W pewnej rodzinie dziecko zawsze odrabia lekcje o stałej porze, ale właśnie spadł pierwszy śnieg. Dzieci wysypują się z domów i słychać za oknem ich radosne piski. Mama chwyta smutne spojrzenie dziecka, uśmiecha się i mówi: „Chodź, porzucamy się śnieżkami!”. Dziecko otrzymuje jasny komunikat: jego dobro przed zasadą. Miłość przed Prawem. Istota Ewangelii przekazana wychowaniem.
Z Mikołajem sprawy mają się podobnie.

Znajomi rodzice wzięli udział w kursie pedagogicznym prowadzonym przez pewną pobożną panią. Owa pani powiedziała, że nie wolno mówić dzieciom, iż istnieje Mikołaj, ponieważ gdy odkryją prawdę, poczują się oszukane, przestaną wierzyć rodzicom i także Pana Jezusa włożą między bajki. Słowem: ateizm murowany. Rodzice bardzo się przestraszyli. Po powrocie mama wzięła synka – przedszkolaka na rozmowę, by jak najszybciej naprawić błąd. „Wiesz, kochanie, ten Mikołaj, który przychodzi do nas w Wigilię, to tak naprawdę dziadek, tylko przebrany. To taka zabawa, rozumiesz?”. Zdziwiona patrzyła, jak synek spokojnie potakuje, bez łez i buntu. „Łatwo poszło…” – odetchnęła. Maluch zszedł z jej kolan i spokojnie skonstatował: „Dobrze, że do przedszkola przychodzi prawdziwy”. Chłopczyk bronił swojej potrzeby, przywileju dzieciństwa. Po prostu potrzebował wiary w Mikołaja.

Swoimi spostrzeżeniami na temat Mikołaja podzieliła się na jednym z forów internetowych pewna mama. Jej starszy syn przyniósł ze szkoły rewelacje dotyczące nieistnienia wigilijnego gościa i zaczął, w obecności młodszego rodzeństwa, dopytywać rodziców, jak to jest: „W Mikołaja wierzy ten, kto chce w niego wierzyć” – powiedziała mama. Dzieci wróciły do swoich pokojów, spokojne i nadal wierzące.

Siódme: Nie kradnij

Nasze dzieci są dziś krócej dziećmi, niż my byliśmy. Może warto procesu „doroślenia” nie przyspieszać jeszcze bardziej i nie kraść im dzieciństwa. To prawda, że szybciej dojrzewają fizycznie i intelektualnie, choćby przez łatwiejszy dostęp do mediów. Nie muszą już robić zabawek z kija, trawy i kamieni. Bajki też docierają do nich w gotowych obrazach, nie pobudzają wyobraźni. Pisma dziecięce propagują udawanie dorosłych, aplikując treści, na które maluchy nie są jeszcze emocjonalnie gotowe. I może właśnie dlatego świat baśni wymaga dziś wzmożonej ochrony.

Dzieci potrzebują wiary w magię, niezwykłość i tajemniczość. Chłoną baśnie i chcą wierzyć, że pod łóżkiem mieszkają krasnoludki. Pragną marzyć. Ja marzyłam o pierścieniu Arabelli. Mój synek Antoś marzy o różdżce Harry’ego Pottera. Kazał mi jej szukać na Allegro. To potrzeba nieprzypadkowa: rozwija dziecięcą wyobraźnię i kreatywność, intelekt i uczucia. Baśnie mają wartość pedagogiczną i terapeutyczną. W tak rozumianą potrzebę wpisuje się Mikołaj. To w jego postaci zawiera się ogromny pedagogiczny ładunek: wiara w dobroć, w wyższy poziom bezinteresowności, ale także szlachetna naiwność. Okazja do wzmocnienia poczucia wartości dziecka, gdy Mikołaj pochwali, wyróżni. Nawet list pisany do Mikołaja sprzyja dziecięcej autorefleksji. Można zachęcić dziecko, by do upragnionej listy prezentów dodało także niematerialne pragnienia, co umożliwi rozwój wyobraźni, wyzwolenie z „żądzy pieniądza” i poznanie dziecięcych trosk („żeby tata więcej się ze mną bawił”). Dobrym pomysłem jest także lista dokonań, do której napisania zachęcimy dziecko: „pokonałem strach przed windą”, „zacząłem jeść sałatę”, „zrobiłem dla siostry teatrzyk”.

Pójść drogą, którą chodzi dziecko

„Smarkacz (…) widzi świat odległy od wyobrażenia i pasji dorosłych. Jest to świat prosty, czysty i dziwny. Dorośli zafascynowani obrazem świata, jaki objawiają im ich pociechy, potrafią godzinami (najchętniej w biurze) opowiadać znajomym o tych dziwnych i zaskakujących wizjach; przeważnie jednak kończy się na pogawędkach. Dorośli przeważnie nie mają czasu ani głowy do tego, by pójść drogą, jaką chodzi dziecko. Albowiem w centrum uwagi dorosłych znajduje się konfiguracja złożona najczęściej z pieniędzy, lepszego stanowiska, samochodu (…). Szkoda. Warto pójść drogą dziecka, spróbować odszyfrować sens barwnych symboli wypełniających życie malca, zrozumieć choć w części logikę jego odczuwania i ocen nadawanych przedmiotom i ludziom” – pisał przed laty prof. Wojciech Chudy.
No to spróbujmy.
– A skąd Mikołaj bierze te wszystkie prezenty?
– Hmm… zastanówmy się, synku. Myślisz, że kupuje w hipermarkecie?
– Nie, chyba ma swoją fabrykę.
– Fabrykę! Świetny pomysł! Jak myślisz, kto w niej pracuje?
– Pewnie trolle. Takie z wielkimi uszami.
– Trolle dziewczynki czy trolle chłopcy?
– No, mamo, nie wiesz? Trolle dziewczynki robią lalki, a chłopcy auta. Ale jak on zdąży przyjść do wszystkich dzieci w jedną noc?
Jeśli uważnie wsłuchamy się w to, co mówi dziecko, będziemy mogli być z nim w jego wewnętrznym „dziwnym” świecie. Nie zostawimy go tam samego. Będziemy budować nić szczególnego porozumienia, komunikować się kodem znaczeń dla postronnych niezrozumiałym. Jest to okazja do wspólnych wyobrażeń i poznania dziecka. Jednak to wymaga czasu i zawieszenia poczucia, że wie się wszystko lepiej.

Argument z autopsji

Przypomnijmy sobie, co czuliśmy, gdy Mikołaj pytał, czy byliśmy grzeczni, gdy deklamowaliśmy wielokrotnie ćwiczony wierszyk i próbowaliśmy zgadnąć po kształcie worka, co zawiera. Oszałamiające przeżycia, radość i podniecenie pomieszane ze strachem. Jednak gdy je wspominamy, robi nam się ciepło na sercu i szczerze zazdrościmy temu dziecku, którym kiedyś byliśmy. Czyż to nie jest najprostszy argument, że warto pozwolić na takie przeżycia własnym dzieciom? A skoro niegdysiejsza wiara w Mikołaja nie przeszkodziła nam dzisiaj sięgnąć po miesięcznik poświęcony życiu chrześcijańskiemu „W drodze”, obawy wspomnianej wyżej pani pedagog z kursu możemy uznać za bezpodstawne.

Gdy byłam dzieckiem, prezenty w magiczny sposób lądowały pod choinką, jednak nigdy nie udało mi się ujrzeć Darczyńcy. Zazdrościłam innym dzieciom, gdy opowiadały o osobistym spotkaniu z Mikołajem. Po latach i ja doczekałam się spełnienia dziecięcego marzenia. Wyszłam za mąż i teściom urodził się pierwszy wnuk, a gdy nieco podrósł, ciszę wigilijnego wieczoru przerwał dzwonek do drzwi. I wtedy zaczęły działać prawdziwe czary. Przyszedł on – piękny i straszny. A ja na moment zamieniłam się w tamtą dziewczynkę sprzed lat. Bezwiednie mocno ściskałam rękę synka. Byliśmy stremowani i rumiani z podniecenia. A gdy było już po wszystkim, bardzo współczuliśmy dziadkowi, który musiał akurat iść do piwnicy po ziemniaki (w Wigilię!) i ominęło go to spotkanie…

Wojciech Chudy kontynuuje myśl: „Spróbować współodczuwać i współpojmować po to, aby po trosze stać się dzieckiem. Aby oczyścić swoje spojrzenie i myśli z tej śniedzi dorosłości, która od pewnego etapu każe nam wierzyć, że człowiek żyje tylko chlebem, wątpliwościami i strachem. Aby odkryć na nowo, przypomnieć sobie proste odruchy serca, spontaniczny gest, zachwyt i entuzjazm. Przypomnieć dziecko w sobie. Może wtedy jasno ukazałoby nam się, co jest naprawdę ważne”.

Są prawdziwe cuda, synku

Czyż właściwa dzieciństwu, przemożna potrzeba wiary w magię, w baśnie i cuda, nie potwierdza ludzkiego pragnienia nadprzyrodzoności, wpisanej w nas tęsknoty za przekroczeniem granic materialnego świata? Dlatego od początku, gdy wprowadzamy dziecko w mit o odwiedzinach Mikołaja, dobrze jest mówić o nim jako o postaci ze świata baśni, wymieniając jego imię obok krasnali, trolli, czarodziei czy wróżek, aby w jego umyśle odseparować świat baśniowy od rzeczywistości nadprzyrodzonej. Warto pokazać dziecku, że odkrycie wujka czy dziadka pod przebraniem nie oznacza nieistnienia świata duchowego i końca tajemnicy.

Skierować uwagę na świat dobrych duchów, świętych – także św. Mikołaja, biskupa z Turcji, do którego można się zwracać i który istnieje i realnie pomaga z nieba ludziom – i wreszcie Boga, który naprawdę urodził się w Betlejem, a którego działania doświadczamy na co dzień. Nasz Antoś zaczął już coś podejrzewać, że prezenty kupują rodzice dlatego opowiadam mu o świętym biskupie i dodaję mimochodem: „Wiesz, słyszałam, że ludzie chcą go po prostu naśladować i się pod niego podszywają. Są tak samo dobrzy jak Mikołaj, bo chcą ucieszyć tych, których kochają. I są tacy skromni i bezinteresowni, że wolą udawać Mikołaja!”.

Kłamać czy nie kłamać? Oto jest pytanie

Wiem, że niektórym „Mikołajowym” rodzicom sumienie wyrzuca kłamstwo. Czy słusznie? Sięgnęłam raz jeszcze do pism cytowanego wcześniej filozofa Wojciecha Chudego, który badał problem kłamstwa, także kłamstwa w wychowaniu. W końcu wydaje się, że „sprawa Mikołaja” podpada pod definicję kłamstwa: człowiek znający prawdę celowo wypowiada zdanie przeciwne. Co więcej, zakaz moralny kłamstwa ma charakter absolutny i bezwyjątkowy, opiera się na godności osoby i jej prawie do prawdy. Zatem zdaje się, że filozofia i etyka nie dają naszemu Mikołajowi szans. Znam rodziców, którzy kierując się literalnie moralnym złem kłamstwa, tradycji mikołajowej nie kultywują, chcąc przekazać dziecku wiarygodną wiedzę o świecie. Myślę, że jest to także wybór wart zrozumienia i szacunku.

Skoro jednak kłamstwem jest opowiadanie dziecku o Mikołaju, to zbliżone do tematu są wymyślone bajki o krasnoludkach, w które dzieci także lubią wierzyć. Poza tym, w mojej opinii, istotna jest motywacja i zamiar demaskacji kłamstwa. Chodzi tu o dobro dziecka, o jego opisaną wcześniej potrzebę, upiększenia dzieciństwa, radość i zabawę, nie zaś o manipulację. Nie chcemy dziecka utrzymywać w przeświadczeniu o istnieniu wigilijnego gościa w nieskończoność – prędzej czy później dowie się jej od nas. Prof. Chudy pisze: „Nawet kłamstwo żartobliwe, popularny prima aprilis, domaga się natychmiastowej demaskacji poprzez śmiech”; tu można mówić o demaskacji nieco odroczonej, lecz planowanej.

Jakich kłamstw się bać

Co ciekawe, ten wybitny filozof wychowania w swoich opasłych dziełach dotyczących kłamstwa słowem nie wspomina o kwestii Mikołaja, natomiast opisuje szeroko dwa najbardziej niebezpieczne typy kłamstw, które mogą zaistnieć w wychowaniu. „Kłamie wychowawca, który absolutyzuje jeden aspekt prawdy, mówi o jedynej słusznej prawdzie, przekazuje wychowankowi ideologię (…) jako bezwzględnie obowiązującą wizję świata”. Tu dziecko nie ma szans wyboru, „stojąc przed jednolitym ekranem ideologii”. Właśnie tego rodzaju kłamstwo wychowawcze generuje postawy „ekstremistów”, o których pisałam na początku tekstu; i dlatego dziecku może zagrażać nie tyle wiara w Mikołaja, ile postawa rodziców jej zabraniająca – w imię obrony ideologii.

Drugi typ to kłamstwo dowolności prawdy – relatywizmu: „Każde widzenie świata jest prawdziwe, prawda jest względna”. I w tym wypadku dziecko pozbawiamy wyboru. Nie ma bowiem czego wybierać, nie ma jednej prawdy, a raczej – jest wszędzie.

Jednak największe pedagogiczne zagrożenie niesie rozbieżność między porządkiem deklaracji i porządkiem życia, wyznawanych wartości i działań. „Oto fundamentalna zdrada słowa”. I tych kłamstw powinniśmy się bać.

* * *

Pamiętam doskonale scenę z wczesnego dzieciństwa, gdy mój starszy brat Maciek wyskoczył boso przez okno w ciemność zaśnieżonego ogrodu, udając – dla mnie – że goni Mikołaja, który znów nas przechytrzył i zostawił paczki niepostrzeżenie. Stałam przy tym oknie przejęta, wyglądając, czy wrócą we dwóch. Niespełna 30 lat później, w ostatnie święta, ten sam, ale już wujek Maciek wybiegł bez kurtki na mróz „za cieniem sań”, ku uciesze i piskowi naszych dzieci. Razem z nimi wyglądałam z ganku, czy może tym razem wróci saniami zaprzężonymi w renifery, a gardło ścisnęło wzruszenie, mimo mijającego czasu.
Życzę Państwu spotkania z Bogiem w te święta.
Ale też żeby były baśniowe, by przypomniały dzieciństwo.

Ocalić św. Mikołaja
Małgorzata Wałejko

urodzona w 1977 r. – żona i matka, teolog małżeństwa, doktor pedagogiki, adiunkt w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Szczecińskiego, autorka wielu artykułów o tematyce teologicznej, filozoficznej i pedagogicznej, dominikanka świecka....