Wino mego ojca
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Kiedy wstąpiłem do zakonu, skończyła się sielanka. Życie rozrzuciło nas po świecie. Z braćmi widywaliśmy się coraz rzadziej, bo każdy poszedł swoją drogą. Jeden przesiadywał we Francji, dwaj pozostali w Niemczech. Spotykamy się regularnie na cmentarzu w Szczepanowie z okazji Wszystkich Świętych, ale i tak często któregoś brakuje. Ślub bratanka był więc znakomitą okazją, aby się zobaczyć, a skoro jestem kapłanem, to i wypadało poprosić, bym ten ślub pobłogosławił. Tak też się stało.
Wszystko się odbyło jak należy, aż tu w czasie kolacji mój brat Kazimierz wpadł na pomysł: – A może by tak właśnie dzisiaj wypić wspólnie butelkę wina z 1963 roku, które robił nasz ojciec? Nie wiadomo, czy się jeszcze kiedyś spotkamy, bo śmierć zaczęła już wybierać z naszych szeregów.

Niewiele myśląc, wsiadł do samochodu i po chwili wrócił z dużą, zakurzoną butelką z napisem: „wino z roku 1963”. Współbiesiadnicy też chcieli skosztować, ale Kazimierz stanowczo odmawiał: „Nie jesteś z Górów, więc nic ci do tego”. Kobiety pokornie rezygnowały, ale mężczyźni jak koguty nie dawali za wygraną.
Bałem się otwarcia butelki. Pamiętałem bowiem, jak od pewnej dziewczyny, kiedyś studentki z naszego duszpasterstwa, a dzisiaj żony dyplomaty, dostałem w prezencie butelkę chianti z roku 1966, a więc Millennium chrztu Polski, a także roku mojej matury i wstąpienia do zakonu. Butelka była w wymoszczonym pudełku, miała odpowiednie certyfikaty, pieczęcie i odsysacze wilgoci. Zgromadziłem zatem na Jamnej najznakomitszych gości i poprosiłem, by uklękli, jakby do jakiejś wyjątkowej ceremonii.

Z nabożeństwem wyjąłem butelkę z pudełka i delikatnie, aby nie wzburzyć zawartości, odkorkowałem. Chwila była podniosła, jedni już klęczeli, inni jeszcze nie, bo nie mieli nabożeństwa do wina, ale chcieli być tylko kulturalnymi obserwatorami misterium. Zacząłem wąchać wino. Zapachu nie było, więc może kolor. Popłynęła jakaś mętna brązowa ciecz, jakby ropa ze starej zakażonej rany. Wziąwszy się na odwagę, spróbowałem. Podniecenie nie pozwoliło mi się przyznać, że to zwykły ocet. Wino umarło. Nie wiem, jak dawno. Spóźniliśmy się wszyscy. Przeżywałem wstyd, kompromitację. Znawcy mnie pocieszali, że tak bywa i że to nie jest zawinione. Pamiętam tę sytuację, jak zbezczeszczenie, świętokradztwo czy coś nadzwyczaj niestosownego.

Bałem się więc chwili, kiedy Kazimierz otworzy butelkę, i to butelkę tak obłożoną wspomnieniami i emocjami. Wino zrobione przez naszego ojca, kiedy miał jeszcze przed sobą kilkanaście lat życia i w pełni sił patrzył w przyszłość z nadzieją. Ja i Kazimierz byliśmy w pierwszej klasie liceum, na młodszych nie zwracaliśmy uwagi.
Kelner przyniósł kieliszki, do których sączył się złoty napój. Krystalicznie złoty. Zapachniało świeżymi śliwkami. Delikatnie podniosłem kieliszek do ust. Pierwsze, co mnie uderzyło, to delikatna słodycz, wyczuwalna końcem języka. Niezwykła, spatynowana jakby. Pozbawiona agresji, matowa, dyskretna, wyciszona. Po chwili dostrzegłem kwasek subtelny. Tę kwaśność czułem jakby bokami języka. Ale nie był to kwas octu, tylko coś, co mogło go dopiero zapowiadać. Wreszcie całość podsumowywała gorycz czy gorzkość odczuwalna gdzieś w tyle języka.

Wszystkie te smaki razem stworzyły akord muzyczny, kompozycję liryczną, prowadzącą mnie do rodzinnego domu i chwil tam spędzonych, kiedy ojciec po pracy zajmował się pszczołami, kanarkami i wyrobem wina. Pamiętam te bulgoczące butle, do których próbowały się dostać maleńkie muszki winne. Potem rozlewanie zawartości do butelek, zamykanie wyparzonymi korkami, znoszenie i układanie w piwnicy na półkach.

Kiedy przychodzili do nas goście, a dom był dla nich otwarty, ojciec częstował ich kieliszkiem wina i kawałkiem placka, który matka osobiście piekła, aby zawsze był na wszelki wypadek.

Piszę o tej słodkiej i wzruszającej chwili jako chwili wielkiego zwycięstwa, kiedy mój brat pokonał wrodzoną zachłanność i podzielił się czymś, co miało dla niego wartość nadzwyczajną. Niemalże kosmiczną. „Bo może już nigdy tak się nie spotkamy”. Tych kilka łyków wina ojcowskiej roboty, wina sprzed lat, wzbudziło we mnie tęsknotę za domem, w którym panowała miłość i wszystko płynęło tak powoli, i zdawało się, że będzie trwać wiecznie. Tymczasem ta butelka wina stała się wskazówką zegara mojego przemijania. Dla zainteresowanych starczyło po łyku. Ale nie miał on dla nich takiego znaczenia.

Chociaż na weselu podawano nadzwyczajne potrawy, żadna z nich nie przytłumiła smaku wina, które jak akord brzmiało w moich ustach. Był to jakby toast mojego ojca, który podnosząc kieliszek na cześć gościa, śpiewał: „Oby nam ten napój nigdy nie zaszkodził”. A zorientowany odpowiadał w tej samej tonacji, jak organista w kościele: „I owszem!”.

Wino mego ojca
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...