Ukryty za Synem

Ukryty za Synem

, 0 recenzji

Drogą do ojcostwa jest bycie synem. Dlatego Jezus jest dla nas najdoskonalszym wzorem.

Paweł Kozacki OP: Co to znaczy, że Bóg jest Ojcem?

Józef Augustyn SJ: To znaczy, że daje życie. To jest fundamentalna prawda, od której wszystko się zaczyna i na której wszystko się kończy. Bóg jest miłością i źródłem wszelkiej miłości, dlatego jest u początku każdego ludzkiego istnienia. Jeśli z tej prawdy zrezygnujemy, wchodzimy w ideologiczną mgłę, w całkowity relatywizm religijny, moralny i filozoficzny. Jego skutki obserwujemy dzisiaj.

Pojęcie ojcostwa Boga zostało zaczerpnięte z ludzkich relacji. Jezus powołuje się na relacje ojca do dzieci, by objawić relacje Boga do człowieka i człowieka do Boga. Bóg jest Ojcem, ale w absolutnie innym znaczeniu, niż jest nim tata w rodzinie. Człowiek daje życie, uczestnicząc w tajemnicy ojcostwa, do której Stwórca go dopuścił. Trzeba oddzielić doświadczenie ojcostwa Boga, które jest wtórne wobec naturalnego ojcostwa, od samej genezy ojcostwa, które jest absolutnie pierwotne wobec naturalnego ojca. Rozdzielenie tych dwóch rzeczywistości jest podstawą antropologii chrześcijańskiej.

Jakie konsekwencje w naszym życiu ma to, że Bóg jest naszym Ojcem?

Decyduje o wszystkim, poczynając od tego, że naturalna komórka społeczna, która służy przekazywaniu życia, to związek mężczyzny i kobiety. Tak powiedział Bóg, tak stworzył człowieka, taką dał mu naturę. Prawda ta wpisana jest w nasze geny. Miłość rodzicielska jest odbiciem miłości Ojca i Syna w Duchu Świętym. Wszystkie inne ludzkie racje będą względne. Recta ratio, prawy rozum, na który powołuje się Stolica Apostolska, sprzeciwiając się uznaniu związków homoseksualnych za małżeństwo, ma swoje zakorzenienie religijne.

Nie da się do końca zakwestionować związku homoseksualnego jako małżeństwa, powołując się jedynie na argumenty psychologiczne czy socjologiczne. Osobiste doznania i skłonności są przecież względne. Dlaczego odczucia i doznania heteroseksualne miałyby być uznane za wyższe od doznań i skłonności homoseksualnych? Wielu mówi – to przecież problem kultury. Wchodzimy w dyskusję, której końca nie widać. Kościół nie dogada się nigdy ze środowiskami gejowskimi. To są dwie odmienne antropologie. Jedna oparta na doznaniach, druga na recta ratio, na wierze.

Lewicujący francuski filozof, Emmanuel Todd, który chłodno, bez emocji, opisuje śmierć Boga w kulturze zachodniej, twierdzi, że kombatanci świata bez Boga nie mają się dzisiaj z czego cieszyć. Człowiek pozbawiony Boga nie okazał się lepszy, a humanizm nie wypracował odpowiednika religii, który byłby strażnikiem moralności osobistej i społecznej. Bez Boga każde szaleństwo jest możliwe.

Tym, który nam najbardziej pokazał Boga jako Ojca, jest Jezus. Jakiego Ojca ukazał nam Jezus?

W doświadczeniu duchowości chrześcijańskiej Jezus jest pierwszy. Modlimy się przez Niego, z Nim i w Nim. Bóg Ojciec – w chronologii naszego doświadczenia – jest drugim; Tym, na którego wskazuje Jezus. Wymiar ojcostwa Boga jest w naszym doświadczeniu religijnym nieco zaniedbany. Kiedy pominiemy nasze odniesienia do Boga jako Ojca, wówczas nasze spotkanie z Jezusem staje się zewnętrzne, powierzchowne.

Ojciec jest dla Jezusa wszystkim. On całe życie szuka tylko Ojca. W pierwszych słowach, jakie zanotowały Ewangelie, dwunastoletni Chłopiec powołuje się na Ojca i w ostatnich słowach na krzyżu przywołuje Ojca. Jezus zachowuje się gwałtownie, wręcz powiedzielibyśmy brutalnie, jeśli ktoś podważa Jego związek z Ojcem. „Zejdź Mi z oczu, szatanie” – powie do Piotra. Tylko szatan przecież może próbować oddzielić Go od Ojca. Słowa, które usłyszał Piotr, przypominają te powiedziane do diabła na pustyni.

Istotne dla duchowości chrześcijańskiej jest wnikanie we wzajemną relację Syna do Ojca, trwanie w niej. Nie możemy koncentrować się jedynie na naszym odniesieniu do Jezusa. Trzeba włączać się w relację Jezusa do Ojca i Ojca do Jezusa. „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać”. Oto sedno duchowości chrześcijańskiej.

Uczestniczymy we wzajemnej więzi Ojca i Syna. Duchowość „ja – Jezus” łatwo może stać się „dwuwymiarowa”. Może nam wówczas grozić narcyzm: swoiste oglądanie siebie w Jezusie jak w lustrze: „Czy ja jestem taki jak Jezus?”, „Czy zachowuję się tak jak On?”. Jednym okiem patrzymy na Jezusa, a drugim zerkamy na siebie samych. Jezus w takim podejściu ma potwierdzić naszą wartość, korygować nasze błędy, czynić nas doskonałymi. Jezus nie jest wówczas drogą do Ojca, ale raczej drogą do naszej doskonałości i nienaganności moralnej. Wszystko to dzieje się jednak w naszej głowie. To nie dzieje się naprawdę. „Trójwymiarowość” duchowości osiągamy wtedy, gdy włączamy się w relację Ojca i Syna. Zasadniczą postawą jest wówczas nie tyle myślenie o sobie, ile zapomnienie o sobie, zaparcie się siebie. Jezus staje się prawdziwą drogą do Ojca, który daje życie.

Czyli włączenie się w relację Jezusa do Ojca wprowadza nas w rzeczywistość.

W rzeczywistość życia duchowego. Jezus nie zachęcał: „Postępujcie według mojej woli”. Mówił, że sam szuka jedynie Ojca i Jego woli i zaprasza, byśmy Go w tym naśladowali. Jezus wkłada w nasze usta słowa: „Ojcze nasz… bądź wola Twoja”.

Ewangelia dużo mówi o relacji Jezusa z Ojcem. Jest jednak jeszcze w tej historii osoba św. Józefa, nazywanego ojcem Jezusa. Czy Bóg chciał przez tę postać powiedzieć coś ważnego o ojcostwie?

Jezus, jako Bóg Człowiek, żyje w dwóch porządkach: boskim i ludzkim. Jego związek z Ojcem niebieskim nie wyklucza odniesienia do ziemskiego ojcostwa. Św. Józef był ojcem Jezusa w porządku Prawa i miał wszystkie prawa ziemskiego ojca – Jezus je szanował. Wrócił do Nazaretu i był „im” poddany, a więc także swemu przybranemu ojcu. Wzrastając w latach i w mądrości, naśladował św. Józefa, jak czyni to każdy dorastający chłopak. A gdy dwunastoletni Jezus mówi, że winien być w tym, co należy do Ojca, nie neguje roli Józefa w Jego życiu, ale ustala jedynie hierarchę w doświadczeniu ojcostwa.

Ta święta historia mówi nam coś istotnego: nie możemy posługiwać się ojcostwem Boga, by zakryć dziury, niedojrzałości i niedbalstwa ojcostwa w porządku ludzkim. Pamiętam oburzenie pewnego młodego człowieka, gdy po przedstawieniu pewnemu księdzu swej bolesnej historii z ojcem, usłyszał z jego ust tanie pocieszenie: „Ale masz jeszcze Ojca niebieskiego”. Z gniewem odpowiedział: „Ale ja chcę mieć zwyczajnego ojca, który nie będzie mnie poniżał”. Ojciec niebieski nie zastępuje ziemskiego. Nigdy.

W czym św. Józef może być wzorem ojcostwa?

Nie podoba mi się, gdy św. Józefa nazywa się jedynie „opiekunem”. Maryja mówi do Syna o swoim mężu: „Oto ojciec Twój i ja, z bólem serca szukaliśmy Ciebie”. Ojcostwo fizyczne jest integralną częścią ziemskiego ojcostwa, ale się w nim nie wyczerpuje. Pozbawione wymiaru moralnego jest przekleństwem – i dla ojca, i dla dziecka. Długo by mówić, w czym św. Józef jest wzorem ojcostwa. Szczególne ojcowskie cnoty św. Józefa to niewątpliwie bezinteresowna miłość, która przyjmuje „cudze Dziecko” za swoje; niezwykła intuicja, dzięki której wyczuwa niebezpieczeństwa grożące Synowi; cichość – na kartach Ewangelii Józef nie mówi ani jednego słowa; prawość, która nikogo nie oskarża. Dobry ojciec to ten, który się nie narzuca dzieciom ze swymi pouczeniami, ale jest obok, towarzyszy, czuwa, słucha, a ingeruje stanowczo i odważnie w chwilach zagrożenia.

Ojciec Wojciech Giertych w czasach moich studiów wpajał nam zasadę, że do każdej z osób Trójcy Świętej trzeba się modlić w specyficzny sposób. Czy Ojciec się z tym zgadza, a jeśli tak, to jak powinna wyglądać modlitwa do Boga Ojca? Czy taka modlitwa powinna mieć rys charakterystyczny?

Popatrzyłbym na to zagadnienie nie od strony teologii dogmatycznej, ale od strony doświadczenia religijnego. Nie da się modlić do Boga Ojca, abstrahując od doświadczenia ojcostwa, które wynosimy z własnego domu rodzinnego oraz z małżeństwa czy też z celibatu. (Do istoty celibatu należy przecież duchowe ojcostwo). Do takiego twierdzenia ośmielają mnie słowa Jezusa: „Jeśli wy ojcowie umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, to o ileż bardziej Ojciec wasz niebieski da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą”. Jezus powołuje się na naturalne doświadczenie ojcostwa.

Jeśli ktoś miał toksycznego ojca, jeśli otrzymał od niego kamień, węża i skorpiona, to On nie zażąda od niego natychmiastowego zaufania Bogu Ojcu, ale będzie go prowadził do przebaczenia, do zaufania. Dla człowieka skrzywdzonego przez swego ojca droga do Boga Ojca będzie inna, trudniejsza, boleśniejsza, ale jednocześnie głębsza. Trzeba wierzyć, że naszemu doświadczeniu naturalnemu zawsze towarzyszy łaska. Łaska czeka zawsze na nas w naszych ranach. Im głębsze rany, tym większa łaska. Gdy będziemy modlić się szczerze, dzięki łasce przekroczymy zranienia rodzinne i dojdziemy do poznania Boga Ojca. To Jezus jest ostatecznie Twarzą Boga Ojca, a nie nasi ojcowie, którzy są szlachetni i hojni, bo dają nam przecież chleb, rybę i jajko, ale mimo wszystko są ułomni, a Jezus mówi nawet, że są „źli”. Niezależnie od naszych przeżyć, Jezus objawi nam Ojca. To jest „dogmat” życia duchowego. Każdy z nas ma swoją drogę do Ojca niebieskiego.

Kiedyś rozmawiałem z kobietą, której czternastoletni syn zmarł na raka. Bardzo buntowała się przeciwko Bogu, aż po roku takiej „zbuntowanej modlitwy” przyszła jej myśl: „Przez czternaście lat żyłaś przecież obok syna, który jest teraz świętym”. Jej syn umarł pogodzony z życiem, ze śmiercią, z Bogiem. Podpowiedziałem jej, aby nie przypisywała sobie tego olśnienia. To było wprost od Boga. Było to poznanie pozaracjonalne, pozapsychologiczne. Tylko Bóg zna ścieżki prowadzące do ludzkiego serca.

Czy jesteśmy w stanie pomóc ludziom noszącym w sobie doświadczenie toksycznego ojca lub braku ojca i w związku z tym mającym problemy z zaufaniem miłości Boga Ojca?

Ogromną pomocą dla osób, które miały toksyczne relacje z własnym ojcem, może być ojcostwo duszpasterzy, przełożonych, spowiedników. Proboszczowie powinni być najpierw ojcami. Za dużo w naszym duszpasterstwie pouczania, informowania i administrowania, a za mało ojcowskiej rozmowy, dialogu, spotkania. Pasterze, przełożeni zakonni, mistrzowie życia duchowego, starcy pustyni w całej tradycji chrześcijańskiej nazywani byli przecież ojcami. I to wbrew temu, co mówi Jezus: „Jednego macie Ojca, tego w niebie”.

W spotkaniu osoby zranionej przez ojca z duszpasterzem ważną rolę będzie odgrywał psychologiczny mechanizm przeniesienia. Stąd też konieczna jest ogromna czujność księdza i penitenta, by ów mechanizm nie stał w centrum spotkania. Nie taka jest rola spowiadania, kierownictwa duchowego. Bardzo pomocne mogłoby być korzystanie z mądrej i kompetentnej psychoterapii.

Warto przy tej okazji zauważyć, dlaczego chłopcy, którzy są zaniedbani i lekceważeni przez ojców, w okresie dorastania lgną do księży. Ich zaufanie wymaga od duszpasterza wielkiej rozwagi, odpowiedzialności. Ksiądz nigdy nie zastąpi ojca dorastającym chłopcom; wychowywanie powinno odbywać się w domu rodzinnym, a nie na plebanii. Stąd trzeba pomagać nie tylko dzieciom, ale całym rodzinom. Ci chłopcy, którzy byli wykorzystani seksualnie przez księży, często nie mieli oparcia we własnych ojcach. Ich synowskie zaufanie do księży zostało nadużyte. To niewyobrażalna zbrodnia. Zabicie męskiej duszy. Nieraz na zawsze.

Mówimy o braku ojca, który stwarza problemy w zaufaniu Bogu Ojcu. Tymczasem ja spotkałem kobietę, dzisiaj żonę i matkę, która miała bardzo dobrego ojca, ale życie nie oszczędziło jej cierpienia. Ona dziś odnosi się z nieufnością do Boga Ojca, bo mówi, że jej rodzony tata nigdy by jej nie zgotował takiego losu, jaki na nią zesłał Bóg.

Jeśli ktoś miał dobre relacje ze swym tatą, to nie znaczy, że będzie miał dobre relacje z Bogiem Ojcem. To są dwa odmienne doświadczenia. Aby doświadczać ojcowskiej miłości Boga, nie wystarczy przypomnieć sobie, że tatuś mnie kochał. Wymaga to głębokiego zaangażowania religijnego, zaparcia się siebie, walki, by pełnić Jego wolę. Bóg raz objawia nam swą ojcowską miłość, ale innym razem ją ukrywa. Izajasz modli się: „Prawdziwie Tyś Bogiem ukrytym, Boże Zbawco”. Nawet przed Jezusem Jego Ojciec ukrył swoje ojcowskie Oblicze. Jezus woła na krzyżu jak Wielki Opuszczony, Zagubiony: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”.
Nikt z nas nie jest zdeterminowany przeszłością. Trudna przeszłość rodzinna sprawia, że nasze zmagania, walki, wybory, decyzje są trudniejsze, ale są jednak bardziej autentyczne, bo nas więcej kosztują. Dzięki wierze możemy oczyścić każde skażone doświadczenie miłości.

W przypadku kobiety, o której ojciec wspomina, możemy przypuszczać, że jej tata usuwał z jej drogi wszystkie przeszkody, które był w stanie usunąć. Potem okazało się, że Bóg nie usuwa trudności, a więc nie czyni tego, co – według jej mniemania – powinien czynić. „Tata nie pozwoliłby, by moje dziecko umarło”, „Gdyby Bóg widział, jak cierpię z powodu choroby mojego dziecka, uzdrowiłby je”. Jednak Jezus nie objawił nam Ojca, który usuwa wszystkie przeszkody sprzed naszych nóg i czyni nasze życie wygodnym. Wręcz przeciwnie. Czasami wydaje się nam, że to On właśnie rzuca kłody pod nasze nogi. Na tym przykładzie widać, że dobre relacje z ojcem w domu rodzinnym nie muszą nam ułatwiać szukania Boga jako Ojca. Może być odwrotnie. Ziemscy ojcowie, jakkolwiek by się starali, zawsze będą kochać miłością skażoną: szczerą, ofiarną, a jednak niedoskonałą. Ich miłość jest nieskończenie inna od Boskiej miłości. To jedynie kropla w oceanie Boskiej miłości.

Każdy musi przejść drogę oczyszczenia obrazu ojca, powoli dochodzić do dojrzałego spojrzenia na Boga Ojca. Co można w tej kwestii doradzić, jak pomóc na tej drodze?

Punktem wyjścia jest autentyczne pragnienie wejścia w relację Syna z Ojcem, w Ich wzajemną miłość. Celem życia duchowego nie może być skupienie się na sobie, oczyszczanie siebie, uzdrawianie siebie. Szczera relacja z Jezusem jest kluczem i do oczyszczenia, i do uzdrowienia. Trzeba nam kontemplować Serce Jezusa. Jest mi niezmiernie żal, że nabożeństwo do Serca Pana Jezusa zostało tak bardzo w Kościele zaniedbane. Ono wskazywało drogę do Ojca. Dopracowało się przez stulecia stałego rytmu życia duchowego: modlitwy, korzystania z sakramentów. Umarło, gdy zaczęliśmy zwracać uwagę przede wszystkim na intelektualne rozumienie prawd, na treści. Tymczasem Prawda nie przychodzi przez intelektualne rozumowanie. Ona nie jest informacją, wiedzą. Prawda przychodzi przez kontemplację.
Duch Święty każdego z nas prowadzi inaczej do Ojca niebieskiego. Kiedyś podczas rekolekcji pewien mężczyzna powiedział mi: „Skoro ja tak kocham swojego syna, że dałbym się pokroić za niego, to jak bardzo musi kochać mnie Bóg Ojciec”. To był promyk łaski. Ktoś inny odkryje Boże ojcostwo przez kontakt ze sztuką, przez kontemplację obrazu Rembrandta. Jeszcze ktoś inny przez psychoterapię. Pewien dorosły już mężczyzna wyznał mi kiedyś, jak wielkim wyzwoleniem była dla niego świadomość, do której doszedł przez terapię, że jego ciągły gniew i złość na cały świat to trucizna, którą pił przez lata w kontakcie ze swoim ojcem. To pozwoliło mu odkryć, że jego gniew nie ma racji, ponieważ Ojciec niebieski jest inny od jego wiecznie zagniewanego tatusia.

Skoro tak ważne i piękne jest odniesienie do Boga Ojca, skoro tak wielką rolę odgrywa w życiu człowieka rodzony ojciec, skąd się wzięło zanegowanie roli ojca?

Mężczyzna Zachodu jest dziś bardzo zajęty sobą: zajmuje się swymi zmiennymi odczuciami, nastrojami, tendencjami, które poddaje niekończącej się autopsychoanalizie, a ponadto absorbuje go świat rzeczy, technika, kariera, sukces. Wszystko to sprawia, że staje się niezdolny do zaangażowanego życia duchowego. Nie czuje w sobie potrzeby Boga jako Ojca. Wydaje mu się, że sam sobie wystarcza. Kreuje się na mężczyznę. Wstydzi się swojej duszy, wstydzi się przyznać, że potrzebuje kogoś większego od siebie. Wpływa to zdecydowanie negatywnie na ojcostwo. Czytałem ostatnio książkę List do ojca Jerzego Wójcika i Grzegorza Piechoty. Są to autentyczne listy czytelników „Gazety Wyborczej” do swoich ojców. To smutna książka, ponieważ jest jednym wielkim żalem do ojców i jedną wielką tęsknotą za nimi. Jednak zdaję sobie sprawę, że pisali je przede wszystkim ludzie – kobiety i mężczyźni – których ojcostwo bardzo boli.

Od głębokiego zaangażowania religijnego wszystkich nas odpycha fakt, że domaga się ono konsekwentnego wcielania w życie wartości, które religia głosi. Dla człowieka pławiącego się w relatywizmie, w doznaniach, w karierze, nie jest to łatwe. Ojcostwo wymaga odpowiedzialności, konsekwencji, zaparcia się siebie, służenia.

Dlatego czasem się mówi, że żyjemy w świecie bez ojców?

Sam posługiwałem się tym sformułowaniem wielokrotnie, ale bez przesady, nie opisuje ono całej rzeczywistości. Pojęcie to jest jednak o tyle uprawnione, że oddaje społeczne przyzwolenie na eliminowanie ojca w życiu dziecka. Gdy w 1994 roku Parlament Europejski zachęcał kraje nienależące jeszcze do Unii, by przyjęły ustawodawstwo sprzyjające związkom homoseksualnym, Jan Paweł II powiedział prosto: „Dziecko potrzebuje ojca i matki, a nie dwóch ojców albo dwóch matek”. To jest język pięciolatka. Ale takim językiem trzeba dziś przemawiać do ludzi, którzy lekceważą podstawowe ludzkie wartości. Pewne trendy psychologiczne zacierają różnice między mężczyzną i kobietą, macierzyństwem i ojcostwem. Jest w tym jakaś nieprawość. Rachela Cusk, pisarka, w wywiadzie dla pewnego dziennika powiedziała ostatnio: „Kiedy stajemy się matkami, umieramy. Wszystkie to wiemy, ale decydujemy się na ten temat nie mówić”. Czyż Jan Paweł II nie miał racji, nazywając naszą cywilizację cywilizacją śmierci?

Jestem recenzentem podręczników do przedmiotu wychowanie do życia w rodzinie. Zdumiewała mnie arogancja, z jaką niektórzy autorzy podważają wartości małżeństwa heteroseksualnego i chcą je zrównać ze związkiem homoseksualnym. W pewnym podręczniku dla gimnazjalistów, który na szczęście przepadł [nie wymieniam go tutaj, by nie robić mu propagandy], gdy autorzy mówili o związku heteroseksualnym, używali pojęcia partnerstwa, a pojęcia „małżeństwo” używali w cudzysłowie. Kiedy natomiast mówili o związkach homoseksualnych, używali pojęcia: małżeństwo, ale już bez cudzysłowu. To arogancja w stosunku do społeczeństwa i kultury liczącej kilka tysięcy lat.

Skąd się bierze taka arogancja?

Z negowania prawdy, że człowiek jest stworzony przez Boga. Kiedy zakwestionuje się prawdę, która jest fundamentem każdej autentycznej religii, że Bóg stworzył mężczyznę i kobietę i dał im nakaz wzajemnej miłości i płodności – człowiek ze swoimi skłonnościami i namiętnościami staje się plasteliną, z której można ulepić cokolwiek. Arogancja ta bierze się z przełamania bariery, że związek mężczyzny i kobiety jest fundamentem ludzkiej miłości.

Czy bunt wobec Boga nie wynika również z fałszywych obrazów Boga, ukazywania Go jako surowego sędziego, który czyha na błąd człowieka i za niego karze?

Na pewno wielu ludzi ma błędne pojęcie o Bogu jako Ojcu. Jedną z inspiracji antychrześcijańskiej fali dziewiętnastowiecznych myślicieli był sprzeciw wobec fałszywego obrazu Boga, ale to nie był jedyny motyw ich wystąpień. Każdy z nich dokonywał własnych wyborów moralnych. Fałszywy obraz Boga może być bowiem nie tylko okazją do buntu, ale też do głębszych poszukiwań religijnych. Odkrycie, że przekazywany nam obraz Boga w wychowaniu, w katechezie jest fałszowany, staje się wyzwaniem, aby wołać bezpośrednio do Niego: „To jaki Ty w końcu jesteś? Kim Ty jesteś? Objaw mi się!”. On odpowie nam ustami Jezusa: „Kto Mnie widzi, widzi i Ojca”.
Jednak nawet jeżeli mamy dobry obraz Boga, nie uchronimy się, bynajmniej, od odruchów pokusy buntu. Jako ludzkie istoty jesteśmy słabi, a On, Ojciec niebieski, wymaga od nas bardzo, bardzo wiele. Wiele też jednak wymagał od swojego Wcielonego Syna. Chce, byśmy żyli tak, aby ludzie widząc nas słabych, chwalili Jego. To, czego od nas wymaga, przerasta nas, ale i Jezusa przerastało. Sam Jezus ociera się o jakąś tajemniczą „pokusę oporu” wobec woli Ojca.

Modlitwa w Ogrójcu nie była teatrem zagranym dla nas. „Jezus był do nas podobny we wszystkim oprócz grzechu”. Te natchnione słowa są niezwykłym pocieszeniem, gdy doznajemy pokus, które nas upokarzają. Żadna pokusa, także pokusa buntu, nie rzuca cienia na nasze relacje z Bogiem. Przeciwnie, staje się okazją, jak była dla Jezusa, byśmy potwierdzili nasze synowskie oddanie.

Mówimy również o powołaniu do ojcostwa. Kapłanów do duchowego ojcostwa, mężczyzn żyjących w świecie do bycia ojcami swoich rodzonych dzieci. Jak dorastać, jak przygotować się do ojcostwa?

Ojcostwo jest oczywistym pragnieniem dojrzałego mężczyzny. Ktoś, kto jako syn doświadczył miłości swego taty, pragnie stać się ojcem. To naturalne. Drogą do ojcostwa jest doświadczenie synostwa. Trzeba nam stawać się synami, by w sposób naturalny obudziło się w nas ojcostwo. Nie powinniśmy więc rozpoczynać wychowywania młodych mężczyzn od mówienia im o ojcostwie. Trzeba im mówić o powołaniu do synostwa.

Także klerykom w seminarium nie należałoby mówić zbyt wiele o ich przyszłym ojcostwie. Od razu czują się bardzo ważni, wielcy, odpowiedzialni za innych. Jeśli alumn będzie pokornym synem w domu, w seminarium, wobec biskupa i przełożonych, w przyszłości sam w sposób naturalny stanie się dobrym ojcem duchownym. Dawniej mężczyźni żenili się, mając dwadzieścia lat, i byli bardzo dobrymi ojcami. Wzrastali bowiem w zdrowym środowisku rodzinnym, w którym mieli szansę jako synowie doświadczyć miłości ojców. Dziś liczni mężczyźni po trzydziestce nie czują się gotowi do ojcostwa, ponieważ nie mieli szansy doświadczyć rodzicielskiej miłości taty. Najlepsza i najbardziej ofiarna miłość matki nigdy nie zastąpi miłości ojca. Drogą do ojcostwa jest bycie synem. Dlatego właśnie Jezus jest dla nas najdoskonalszym wzorem.

Ukryty za Synem
Józef Augustyn SJ

urodzony w 1950 r. – jezuita, wykładowca, profesor nadzwyczajny Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie, ceniony rekolekcjonista i kierownik duchowy, współzałożyciel i redaktor naczelny (2001-2014) „Życia Duchowego”, „Pastores” (1998-2002), członek...

Ukryty za Synem
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, w latach 2014-2022 prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego....