Whisky on the rock

Gdy patrzymy na odejścia od kapłaństwa, warto zapytać i przypomnieć, jakie były powody wstąpienia do zakonu czy seminarium.

Jako przykład podam dziekana z mojego nowicjatu w Anglii. Wstąpił do zakonu, bo ze swoim kierownikiem duchowym przestudiowali wszystkie reguły zakonne i stwierdzili, że najlepsza jest specyfika dominikanów. Łączą kontemplację i studium z działaniem i apostolstwem. W jego przypadku przyczyną wstąpienia była strukturalna strona zakonu. Znalazł piękną i pełną, a zarazem niełatwą regułę, ale nie odkrył swojego powołania. Jego nikt nie wołał. Powołał się sam za wiedzą i zgodą swojego kierownika duchowego. Napisał do mnie niedawno, że zmienił wyznanie na anglikańskie, ożenił się i mnie błogosławi. Odpisałem mu: „Cieszę się, że żyjesz, dziwię, że zmieniłeś wyznanie, bo nasza wiara to jest whisky on the rock. Whisky na czystym lodzie”. Nic nie odpisał.

Ksiądz musi być powołany. Kowalski musi być wezwany przez Boga. Tak jak w wyborze męża czy żony nie chodzi o znalezienie najlepszej partii na współmałżonka, nie dokonuje się wtedy intelektualnego wyboru. Musi dokonać się osobiste zaproszenie do wspólnego życia z nim czy z nią. Powołanie to wezwanie Ducha Świętego do stanu zakonnego czy kapłańskiego. Jeśli natomiast przyciąga mnie tylko taka lub inna wartość zakonu czy przygoda intelektualna, którą mogę w nim przeżyć, to gdy spotykam osobę, nic dziwnego, że wybieram kogoś, a porzucam coś, co było na początku. Jeśli na początku przyciągała mnie tylko atrakcyjna instytucja zakonu, to ona okaże się nieatrakcyjna wobec żywej i pięknej kobiety, która jest kimś.

Gdy natomiast Pan Bóg kogoś powołał, a człowiek po wielu latach wybrał inną drogę, to trzeba powiedzieć wprost, że stał się niewierny. Bóg jest miłosierny, przebaczy słabemu człowiekowi, ale pozostanie niespełnienie. Jakkolwiek byśmy na to spojrzeli, jest to jednak rodzaj zdrady. Nawet jeśli chciał, ale nie mógł, nie potrafił sprostać powołaniu kapłańskiemu, to pozostaje w człowieku niesmak z powodu odrzucenia czegoś ważnego.

Może dlatego ważnym znakiem prawdziwości powołania jest radość. Gdy patrzę na naszych młodych braci, to widzę tę radość. Jest w nich też wielki głód wiedzy. Chodzą wieczorami się dokształcać. Cieszą się, że mają wolne czwartki, bo mogą studiować. Jest też w nich piękne koleżeństwo i naturalne posłuszeństwo. Kleryk, który pomaga mi sprzątać celę, biegnie, gdy słychać dzwonek na nieszpory. Obowiązki spełniają z kolosalnym zapałem, a do modlitwy są chętni. To jest kapitał inteligencji i zapału.

Tej radości brakowało mi u Tadeusza Bartosia. Odprawiałem z nim mszę św. To była droga krzyżowa, Golgota. Celebrować Eucharystię z kimś, kto czyni to obojętnie, nonszalancko, a nawet bez wiary, to jest autentyczna liturgia krzyża. Dużo cierpienia sprawia nonszalancja w podejściu do najświętszych postaci chleba i wina. Bartoś mówił, że to tylko symbol. Taka wizja jest kusząca, bo po wierzchu może tak wyglądać, ale tam brakuje wiary. W powołaniu mogą oczywiście przychodzić trudne chwile. Kiedyś czytałem dużo teologii mistycznej. Teraz przestałem, bo słabo widzę. Są zatem momenty oczyszczenia mistycznego, człowiek przeżywa zniknięcie wiary. Nie ma śladu Boga. Modlitwa trafia w pustkę. Dla takiego człowieka opłatek jest tylko opłatkiem, a mówienie o czymkolwiek więcej to absolutna bzdura. To jest wielka próba wiary. Jeśli ktoś tej próby nie przetrzyma, może zapytać, dlaczego ma być księdzem. Wszystko wydaje się bzdurą. Wina polega wtedy na tym, że się nie modlę wbrew wszystkiemu, że nie proszę o pomoc. Takiego człowieka trzeba traktować ze współczuciem.

Jak traktować byłych księży? Z miłością chrześcijańską. Niestety, konieczna jest też pełna dezaprobata dla tego, co zrobili. Wyrażona uprzejmie, ale dezaprobata. Łatwe miłosierdzie w podejściu do byłego księdza, traktowanie go, jakby nic się nie stało, jest kanonizowaniem ludzkiej grzeszności, a czasem nawet niegodziwości. Pan Bóg jest jednocześnie miłosierny i sprawiedliwy. My nie potrafimy tych dwóch aspektów doskonale połączyć, ale zawsze możemy zaznaczyć, że jako człowiek jestem pełen współczucia, ale absolutnie nie zgadzam się z wyborami dokonanymi przez byłego księdza. Potępiam czyny, ale człowieka nie.

Słyszę też czasem o smutkach i kryzysach wiary ludzi świeckich związanych z odchodzeniem księży od kapłaństwa. To jest przypadek polskiego subiektywizmu. Jestem zawiedziony tym, co w Kościele czysto ludzkie, czyli bardzo kruche. Zapominam wtedy, że w Kościele żyje Chrystus. Niedawno uczestniczyłem w bardzo ciekawej dyskusji. Pytano, czy będę się spowiadał u księdza, o którym wiem, że żyje w grzechu. Odpowiedziałem: „Bez wahania”. Nawet gdyby był pedofilem, bo on nie rozgrzesza jako pedofil, tylko mocą święceń, które do niego nie należą. On zawsze na mszy, do końca swego życia, będzie dokonywał przeistoczenia, chyba że mu ktoś tego zabroni. Sądzę, że nasz narodowy subiektywizm utrudnia wiarę, że przez niego zapominamy, iż Kościół to rzeczywistość bosko–ludzka, to znaczy, że zawsze jest boska, a często nieludzka. Wiadomo, co działo się w XVI wieku za Borgiów. Okropne rzeczy były w historii Kościoła. Ludzi trzeba wychowywać do obiektywizmu wiary. Do tego doskonale nadaje się Tomasz, który oddycha wiarą. Początek Summy teologicznej jest, moim zdaniem, odbiciem błogosławionej wiedzy. Wiara to nie jest doktoracik, który piszę, ale daleka od podejścia emocjonalnego i dewocyjnego uświęcająca wiedza.

Whisky on the rock
Joachim Badeni OP

(ur. 14 października 1912 r. w Brukseli, Belgia – zm. 10 marca 2010, Kraków) – Kazimierz Stanisław hrabia Badeni herbu Bończa, dominikanin, potomek arystokratycznego rodu, hrabia, żywy świadek Chrystusa, mistyk, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista....