Wydziedziczony

Wydziedziczony

Janowi Chrzanowskiemu

1.

Kupiłem specjalny numer „Newsweeka”. Dziesięć godzin temu zmarł Papież. Chyba już parę razy szykowali te pośmiertne wydania. Ciągle ich robił w konia.

Spojrzałem jeszcze raz na bilet, by się upewnić, o której wyjeżdża pociąg z Centralnego. 8.10. Wahałem się, czy nie wracać późniejszym. Zdążyłbym, spotkanie na giełdzie staroci miałem dopiero o 15, ale wolałem mieć rezerwę. Jeżeli facet utrzyma cenę, to będę miał zwieńczenie swojej kolekcji. Szabla orla… z firmy Gabriela Borowskiego. Nawet jak podbije cenę, to się zrujnuję, ale będzie moja. Moja. Muszę ją mieć.

Wszedłem na peron. Przede mną kroczyła Włoszka z niewysokim mężczyzną w słonecznych okularach. Szła wolno, krokiem filmowej gwiazdy, za to mówiła szybko. Szybko i głośno. Wypełniła sobą cały peron. Włoska uroda i włoski śpiew zdominowały tłumek oczekujących na pociąg. Włoski traktowałem w kategorii śpiewu. Nigdy nie miałem nic wspólnego z tym językiem, ale lubiłem naśladować ten cudowny zaśpiew Włoszek znany mi z filmów Felliniego. Jej mąż – skąd pewność, że to mąż? – był Polakiem, wdał się bowiem w rozmowę z grupką młodych dryblasów ze sportowymi torbami. Pewnie koszykarze albo siatkarze. Rozmowę przerywały salwy śmiechu prowokowane przez mężczyznę w okularach. Musiał być kimś znaczącym. Marynarka w kratkę, niebieska koszula i apaszka. Postura niepozorna, ale biła z niego energia, siła i jakiś przerażający spokój. Przypominał mi zawodowca z amerykańskiego kryminału. „Killer”.

Wyminąłem ich i schowałem się za kolumnę. Chciałem być sam. Na szczęście dostałem bilet w przedziale, przy oknie. Moje ulubione miejsce. Nienawidziłem jeździć „tramwajami”, jak nazywałem te nowe składy pociągowe. Miałem wstręt do „jazdy parami”. Właściwie nie wiadomo dlaczego. Po prostu, sentyment do przedziałów. Lubiłem te „głębokie” znajomości „na czas jazdy”.

A może to jakiś peerelowski atawizm? Człowiek za komuny wszystko chciał mieć dla siebie, choćby na chwilę. Przytulny mały domek na kółkach.

W przedziale było pusto. Położyłem torbę na siedzeniu. Zamknąłem oczy i przeciągnąłem się, ziewając przy tym nieprzyzwoicie swobodnie. Odrobina szczęścia. Niestety, drzwi rozsunęły się i do środka zakuknęła kudłata głowa koszykarza z peronu.

– K…, chłopaki, tu jest puściutko!… – zaryczał, cofając głowę na korytarz. – Przepraszam – zwrócił się do mnie tonem bardzo kulturalnym – czy te miejsca są wolne?

Stoczyłem w sobie walkę: wpuścić ich do mojego przedziału czy też odepchnąć jakimś kłamstwem. Uprawnionym. Nie było tu miejsca na chamstwo i góralską muzykę.

– Tak, wolne – odparłem wbrew sobie, zrezygnowany.

Patrzyłem wściekły na proces nabijania mojego przedziału dryblasami uzbrojonymi w olbrzymie sportowe torby. Zamknąłem oczy.

– Ja pierdziu, ale mamy szczęście. Wczoraj to, a dzisiaj spotkanie z Pałasińskim. – Aha, zacząłem kojarzyć „Killera”. To ten podróżnik… Dostrzegłem spod przymkniętych powiek, jak stawiają na półce olbrzymi puchar. Na pewno to koszykarze, bo na srebrze było widać wlatującą do złotego kosza piłkę.

– Nie Pałasiński, tylko Pałkiewicz – sprostował blondyn. Wydawało mi się, że jest zadziwiająco podobny do mnie. W młodości. Moja obecna łysina rozróżniała nas zdecydowanie.

Wszyscy zatopili się w lekturze kolorowych reklamówek, które najwidoczniej dostali od swego gwiazdora.

– To jest gość, widziałem go w telewizji. Tak jak myślałem, to jest ten odkrywca źródeł Amazonki. Gigant. On normalnie szkoli komandosów.
– Dał mi swojego mejla.
– He, he, ta rączka go ściskała, chyba jej nie będę przez tydzień mył.
– To Małgole będzie lewą obracał.

Znów rechot. Zacisnąłem oczy, próbując odpłynąć. Niestety ich podekscytowane, małpie głosy rozsadzały mi bębenki. Rozmowa typowo marynistyczna… O dupie Maryni. W kółko te same tematy. Przygody erotyczno–pijackie na turnieju koszykarskim, z którego właśnie wracali, i fascynacje Pałkiewiczem. W drzwiach co chwilę stawał ktoś z ich ekipy ulokowanej w sąsiednim przedziale. Wyciągnąłem z torby kosmetyczkę, a z niej watę i wcisnąłem sobie w uszy. Pawiany w ogóle nie zwracały na mnie uwagi. Mnie natomiast ich obecność rozdzierała, tłamsiła, miażdżyła. Najchętniej bym stąd się wyniósł, ale to był mój przedział.

– No panowie, to najpierw sprawa zasadnicza. – Wata jedynie przytłumiła natarczywe głosy. Rudy uniósł z podłogi siatę z piwami.
– Po trzy na głowę… Szkoda, że więcej nie kupiliśmy…
– We Warsie się dokupi.
– Co ty? Możesz se pomarzyć, tylko bezalkoholowe.

Próbowałem bez skutku zasnąć. Po jakimś kwadransie wyciągnąłem papieski „Newsweek” i zacząłem demonstracyjnie czytać. Nie zrobiło to na nich żadnego wrażenia. W ogóle nie zauważyli. Zresztą skoro nie zauważali mnie, to trudno, żeby zauważyli, co trzymam w ręce. W końcu zrobiło mi się żal papieża, tej profanacji i schowałem gazetę do torby. Musieli mieć jakieś 25–30 lat. Ze słów, które do mnie docierały, wynikało, że byli po studiach. W żadnym razie jakieś łysole–prymitywy. Tylko kwiat młodzieży. Jeden wyciągnął z torby laptopa. Podłączył do komórki.

– Chwileczkę, panowie, póki umysł trzeźwy, trzeba sprawdzić akcje.

Wlepili głowy w monitor.

– Cholera, znowu dołowanie, trzeci raz na minusie…

W geście protestu i rozpaczy zasłoniłem głowę kurtką, zostawiając jedynie lufcik do oddychania.

2.

Wiedziałem, po co idę do Ewy. Przytulne gniazdko. Mieszkanko małe, ale wypieszczone w każdym detalu. Miało w sobie duszę. Oszukiwałem się do końca, że chodzi jedynie o pogadanie przy dobrym winie. Mogłem się jeszcze wydostać z Warszawy, ale zasłużyłem na ten wieczór. Przyklepałem niezły interes dla firmy. Kolacja składała się z oliwek, paluszków i kawałka żółtego sera. „Przepraszam, ale ja nie żywię się w domu – wyjaśniła. – Możemy iść coś zjeść na mieście”. „Jestem całkowicie najedzony” – skłamałem. I dobrze. Bardziej pożądałem wina. „Picie to rzecz pańska, żarcie to rzecz chamska” – zacytowałem ulubione powiedzenie mojego stryja. Ewa zapaliła kadzidełka. Wyznania osiągnęły szybko poziom szczerości jak na seansie psychoterapeutycznym. W pewnej chwili słowa nie miały już większego znaczenia. Czysta sztuka konwersacji. A potem nasze ciała zaczęły galopować ku sobie, choć jeszcze siedzieliśmy na odległych krańcach kanapy. Ociągaliśmy się, udając, że się nam nie spieszy. I wtedy przyszedł SMS.

„Zbieramy się pod krzyżami”. No tak, nie wiedzą, że jestem w Warszawie.

– Co? Żoneczka? – odezwała się leniwie Ewa.

Zaprzeczyłem ruchem głowy.

Znów komórka. Odebrałem.

– Cześć, Piciu. Co robisz? Oglądasz? – Dzwonił Roman.
– Co? – Zdziwienie. Nerwowe.
– Jak to? Papież zmarł.
– Co? – spytałem, choć już zrozumiałem, o czym mówi.
– Udajesz?
– Nie, nic nie wiem, jestem… jestem na wyjeździe, bez kontaktu ze światem. Nie mam telewizji ani radia…
– O 21.37 zmarł Jan Paweł II. – Roman powiedział to dobitnie, jakby przekazywał informację całej ludzkości.

Po tej rozmowie wyłączyłem komórkę. Byłem pewien, że za chwilę odezwie się kilka telefonów. Trudno każdemu tłumaczyć, że jestem na innej planecie.

A jednak nie udało się uciec… Wyjeżdżając rano do Warszawy, wiedziałem, na co się zanosi. Każda gazeta wołała: „Papież odchodzi”. Tyle lat zwlekał, musi akurat dzisiaj? Nie kupiłem żadnej gazety. Postanowiłem nic do siebie nie dopuszczać. „Biją pianę. To na pewno nie dziś. Na pewno jeszcze parę dni pociągnie… Byle nie dziś”.

Spojrzałem na Ewę. Musiała domyśleć się, co usłyszałem.

– Papież zmarł – powiedziałem, jakby dla potwierdzenia, a raczej wyjaśnienia, że muszę już iść.

Straciliśmy języki w gębie. Każdy komentarz byłby w naszej sytuacji niestosowny. Po co udawać? Co udawać? Sytuacja kosmiczna, historyczna i nasze malutkie zaplątanie. Jakby mucha wpadła w zasadzkę na niedźwiedzia.

– Pójdę już – oznajmiłem bez tłumaczenia.

Spojrzała ironicznie. Może mi się wydawało. Zdecydowałem się zamówić taksówkę na ulicy. Nie powiedzieliśmy już do siebie ani słowa.

W hotelu nie potrafiłem włączyć telewizora, szybko się poddałem.

***

„Nawrócenie cudzołożnika” – pierwszy cud pośmiertny Jana Pawła II. Nawrócenie to może określenie niezbyt adekwatne, ale przynajmniej: chwilowe powstrzymanie. Poczułem się jakoś tak półszlachetnie, półprzemieniony. Nie zamierzałem zmieniać swojego życia, ale to, co się stało u Ewy, zadziwiło mnie samego. Jakiś nieuświadomiony lęk? Przecież pójście do łóżka raz na rok, raz na dwa lata nic nie oznaczało. Czysta higiena, psychiczna i fizyczna bez konsekwencji duchowych. Byłem wiernym małżonkiem. Nigdy nie myślałem poważnie, żeby odejść. Trzydzieści lat mojego dziwacznego małżeństwa. Trudno powiedzieć – nieszczęśliwego. Takiego, na jakie zasłużyłem.

Z Patrycją chodziłem do liceum. Ale nie chodziłem z nią. O nie. Nie pasowaliśmy do siebie. Ona córka pierwszego sekretarza PZPR. Ja z rodziny katolickiej, niepodległościowej. Żyłem w biało–czarnym świecie. Źli, czyli ci, co należeli do Partii, i cała uciemiężona reszta społeczeństwa. W większości zbyt zalękniona, żeby się skarżyć i biadolić. Publicznie. Ja nigdy się nie bałem. W rodzinie atmosfera była zawsze patriotyczna i antypaństwowa. Fanatycznie antypaństwowa. Na tę rodzinną tradycję nałożyła się jeszcze moja szczenięca odwaga. Potrafiłem na lekcji historii wstać i powiedzieć o pakcie Ribbentrop–Mołotow i Katyniu. Biedny Rawicki dostał apopleksji, gdy mu przy całej klasie zadałem pytanie, czy jako historyk może przed wszystkimi potwierdzić, że polskich oficerów wymordowali Niemcy. „Czy pan wierzy w to, co mówi?”. Zrobił się wtedy czerwony i zaczął wrzeszczeć, że jestem za wielkim gówniarzem, żeby tak stawiać mu pytania. Wypadł z roli, poniosły go emocje. A ja dokopywałem mu na chłodno: „Może i tak. Ale moja gównowatość nie umniejsza faktu, że jako historyk mija się pan z prawdą”. Szarżowałem. Liczyłem, że na następnej lekcji zostanę przy wszystkich wywołany do dyrektora. Stało się coś dziwnego. To znaczy, nic się nie stało. Rawicki widocznie nie poleciał na skargę.

Dziecinadę uważałem za bohaterstwo. Popisywanie się myliłem z odwagą. Mogłem przecież Rawickiego zapytać po lekcji, co sądzi o sprawie.

Krążyły o nim legendy przekazywane w liceum. Uczył w nim od zakończenia wojny. Uczył jeszcze naszych rodziców. Miał pseudonim „carski szpieg”. Obniżył sprawowanie wszystkim, którzy nie chcieli zademonstrować swej żałoby po zgasłym „Słoneczku ludzkości” – Józefie Wisarionowiczu Stalinie. Mówiono, że śledził młodzież, która chodziła do kościoła. Widywano go co rusz w innym kościele. A potem okazało się, że nikogo chyba nie śledził, tylko sam ze strachu chodził do różnych kościołów. Gdy zmarł na początku lat dziewięćdziesiątych, zrobiono mu huczny kościelny pogrzeb. Chowało go kilku księży, a w mowie nad trumną odmalowano niezłomną postać byłego żołnierza AK jako bohatera narodowego, który dawał młodzieży przykład patriotycznej i religijnej postawy. Kabaret nad trumną, ale nikt się nie śmiał ani nie protestował. Słuchano ze wzruszeniem tych bredni. W obliczu śmierci niejedna brednia jest sankcjonowana. Czy go złamali?

Pamiętam, z jaką wyższością spojrzałem po moim katyńskim wystąpieniu na Patrycję. Akurat w tym czasie wszedł do kin Człowiek z marmuru. Parę dni wcześniej słyszałem, jak dzieliła się na przerwie swoim zafascynowaniem. „Jakim prawem chodzisz na takie filmy? – chciałem jej rzucić. – To przez takich jak twój stary tkwimy w tym kołchozie”…

Cokolwiek robiłem, zawsze kątem oka kontrolowałem, jak reaguje. Przed nikim się nie zdradziłem, że mi się podoba. Mój zgłodniały wzrok pokrywałem pogardą. Dzieliła nas przepaść natury materialnej. Przynależeliśmy do dwóch różnych kast. Ona ciuchy z Peweksu, ja chodziłem w tak zdartych butach, że musiałem do środka wkładać gazety, żeby nie stąpać po chodniku skarpetami. Kiedyś po mszy klęczący za mną koledzy poprosili, żebym włożył coś nowego do poczytania, bo już wszystko znają na pamięć. Przez te dziury w butach wylazły wszystkie moje kompleksy.

Przystawiał się do niej Radek Losiak. Był też z rodziny partyjnej, ale niższego szczebla. Jego ojciec był milicjantem, to znaczy esbekiem. No ale nie był zbyt urodziwy, więc nie miał większych szans. Zrobił z naszej klasy największą karierę finansową. Jest właścicielem wytwórni nagrobków „Przystań”. Miał wyczucie koniunktury wiekuistej. „Na te domki zawsze znajdą się nabywcy”.

W czwartej klasie pojechaliśmy na ostatnią szkolną wycieczkę przed maturami do Świeradowa Zdroju. Zamieszkaliśmy w kolejarskim pensjonacie „Marzenie”.

Wieczorem polało się wino. Całe zdroje. Przyłączyła się do nas wychowawczyni. Nie miała najmocniejszej głowy. Przeszła z całą klasą na ty. Z każdym z osobna. W końcu brudzie piła soczkami, ale i tak za późno odstawiła alkohol. Tego wieczora poznikały różne granice… Kaśka miała najmniej szczęścia. Do matury przystąpiła z lekko rysującym się brzuszkiem.

Ten dzień zaważył na całej mojej zwichrowanej przyszłości, ale nie cofnąłbym czasu, choćby miał po nim nastąpić kataklizm.

Wieczorem w kręgu udało mi się usiąść obok Patrycji. Przez przypadek zetknęliśmy się policzkami. Podawała coś koleżance. Ta… nieuważność? Całe lata odpychaliśmy się jak źle ustawione magnesy. Jej skóra była tak gorąca i miała delikatny meszek jak morela… Wyszliśmy na dwór. To wszystko było tak nierealne. Padał marcowy deszcz, a jednocześnie świeciły gwiazdy. Gwiazdy i deszcz… Gdy zobaczyłem piersi Patrycji, zadrżałem. Jakbym miał dosięgnąć dwóch nabrzmiałych kropel kołyszących się na nitce pajęczyny. W ziemię uderzyła asteroida. Spadałem w dół, lecąc do góry. Wszystko się zmieszało. Nic już nie było do ratowania.

Nie wiem, co bardziej odebrało mi zmysły. Jej ciało, czy to, że wszedłem w obcy, zakazany świat. Przeciwieństwa zniknęły. Wierzyłem, że w tej chwili narodziłem się na nowo.

Rano alkohol wywietrzał, ale ja nadal byłem pijany Patrycją. Wszystko było jej odbiciem. Wszystko miało jej zapach i smak. Od tego dnia byliśmy nierozłączni. Spletliśmy się jak pędy fasoli pnące się ku słońcu – oszalałe. Kompletnie nie docierały do mnie żadne głosy napomnienia, ironii, uśmieszki. Czułem się wyzwolony. Zapaliłem tego dnia pierwszego papierosa. Wziąłem go od Patrycji niczym Adam jabłko.

– Miłość jest jedyną prawdą, żyjemy w kłamstwie, ale nie systemu, tylko własnym, bo nie pozwalamy mówić naszemu „ja”…

– Piciu, co ty chrzanisz, to ci przejdzie. Patrzysz teraz na świat przez rozporek… – próbował zażartować Damian, z którym chodziłem na wykłady Latającego Uniwersytetu. Najmłodsi opozycjoniści w mieście. Co za dowartościowanie, grzdyle między studentami.

Mój cios złamał mu nos. Od tego dnia nie byliśmy już przyjaciółmi. Damian poszedł na księdza. Nigdy się już ze sobą nie spotkaliśmy. Nie zobaczyłem go w sutannie.

„Wszedłem do rodziny” Patrycji. Jej ojciec już w czasie mojej pierwszej wizyty kazał sobie mówić po imieniu. Manfred. To wszystko wydawało mi się niemożliwe, żadnego oporu, żadnej nieufności. Oczywiście nie od razu rozmawialiśmy o polityce, ale Patrycja mówiła mi, że Manfred jest reformatorem i realistą. „Ustroju się nie zmieni i Polacy w żaden sposób nie mają na niego wpływu – przekazywała mi banały, na które wcześniej bym splunął. – Manfred jest w Partii, bo uważa, że to jedyny sposób, by władzy nie trzymali idioci i złodzieje”.

3.

Pociąg gwałtownie zaczął hamować. Odsunąłem marynarkę z twarzy. Poczułem swąd hamulców. Staliśmy w szczerym polu, gdzieś przed Kutnem. Koszykarze zaczęli się naradzać nad zdobyciem piwa. Dwóch śmiałków zdecydowało wyskoczyć, poszukać jakiegoś „źródła”.

– Nie róbcie jaj. A jak ruszy?
– Nie ruszy, gościu mówi, że to potrwa z pół godziny. A jak ruszy, to jeszcze macie hamulec. He, he.

Tak bardzo życzyłem im, żeby nie dobiegli na czas. Co za radość zobaczyć, jak pędzą za pociągiem, a potem zrezygnowani zwalniają.

Po kwadransie wrócili witani przez chór pawianów.

– Łaa!!!
– Nie, no super…

„Rudy” rozwalił się na siedzeniu. Otworzył puszkę. Wypił chyba z połowę, po czym beknął. Patrzyłem na niego z obrzydzeniem i… podziwem. Nagle zapragnąłem być tym młodym, jurnym, umięśnionym bezstresowcem, mówiącym o podbojach lasek, bekającym, pijącym lewą ręką piwo, a prawą sprawdzającym w laptopie kursy giełdy. Był jak żongler bez wysiłku łapiący dziesięć różnych przedmiotów.

– Może ma pan ochotę? – usłyszałem nagle i zobaczyłem wyciągniętą ku sobie rękę z puszką „Żywca”.
– Nie, nie dziękuję. – Potrząsnąłem głową. Walczyłem z sobą, żeby nie wypowiedzieć swojego „zgorszenia”. Albo nie wyciągnąć ręki po piwo.

Zasłoniłem na powrót głowę marynarką, robiąc szczelinkę dla dopływu powietrza. Po kwadransie pociąg ruszył.

4.

Poszedłem na ekonomię, choć pierwotnie myślałem o polonistyce. Ale tam wybierał się Adrian, znajomy z Latającego Uniwersytetu, który rozpowszechniał najwięcej świństw na mój temat. Wszystko skurczyło się do wymiarów Patrycji. I zupełnie mi to wystarczało.

W sierpniu ’78 mój mezalians się wypełnił. Mieliśmy ślub cywilny i kościelny. Teściowie nie chodzili oczywiście do kościoła, ale nie mieli nic przeciwko, abyśmy oprócz ślubu cywilnego przysięgli sobie przy ołtarzu. Chodziło tylko, aby zbytnio się z nim nie afiszować. Wesele było skromne, sami tego sobie zażyczyliśmy. Na drugi dzień byliśmy już w podróży poślubnej – Francja, zamki nad Loarą.

Dla swojego starego środowiska byłem już spalony. Może to było głównie moje dzieło. Po związaniu się z Patrycją przestałem chodzić na spotkania SKS–u, a potem zrobiła się taka przerwa, że nie wiedziałem jak wrócić. Blokada. Wydawało mi się, że wszędzie huczy na nasz temat.

Największy ostracyzm spotkał mnie ze strony stryja Józefa. Gdy powiadomiłem go o ślubie, pokiwał głową: „Plamisz pamięć przodków. W naszej rodzinie za polskość oddawano życie”. „A co nasze uczucia mają wspólnego z polskością?”. „Otóż to… nic nie mają… i jak Pan Bóg chce kogoś pokarać, to najpierw mu rozum odbiera”. Siedzieliśmy w „dużym pokoju”. 16 m2. Na podłodze leżał dywan kupiony przez dziadka, wszystko co po nim zostało. „Mam ochotę splunąć, ale stoimy na świętej ziemi. – Prawdę powiedziawszy siedzieliśmy. Zaczynała się operetka. – Ten dywan kupił twój dziadek w 1920 roku, gdy się żenił. Z katoliczką, Polką. Zaraz po wojnie z bolszewikami”. Stryj był chorobliwie patetyczny. Nie było sensu nic tłumaczyć.

„Miałem ci zastąpić ojca. Nie upilnowałem. Nie mogę ci błogosławić, bo to związek nieprawy”. Nagle głowa zaczęła mu się trząść, oczy nabiegły krwią. „Przeklinam ten diabelski związek!” – chlusnął i wyszedł. To była moja ostatnia rozmowa ze stryjem. Żołnierzem armii Andersa. Po jego wyjściu popłakałem się. Też po raz ostatni.

„Ty też mnie przeklniesz?!” – rozdarłem się przed fotografią ojca.

Zginął, gdy miałem 12 lat. Był taternikiem i spadł z Zamarłej Turni. Matka prosiła go, by dał spokój z tymi górami. Twierdził, że jak raz do roku nie wdrapie się na szczyt, to stęchlizna PRL–u go dobije. Żyłem i karmiłem się mitem bohaterskiego tatusia. Nigdy nie zabrał mnie w góry, bo byłem za mały. Ja w tym czasie jeździłem z matką na wieś. Nie czułem się za mały, ale byłbym niepożądanym obserwatorem. Ojciec wspinał się nie tylko na szczyty. Nie miałem co do tego wątpliwości, gdy już po moim ślubie wpadły mi w ręce dobrze zadekowane w pawlaczu miłosne listy mojego tatusia–patrioty. Wiernością przedwojennej Polsce wynagradzał drobne niewierności małżeńskie. Nigdy nie powiedziałem o moim znalezisku matce. Prawda nie zawsze wyzwala. Swoją drogą trzymanie takich listów w domu nie świadczyło zbyt dobrze o jego wyobraźni.

Dywan dziadka nie mieścił się w żadnym z obskurnych pokoi naszego ciasnego M–3. Jedna trzecia była zrolowana. Przeszłość nie mogła się zmieścić w teraźniejszości. Swoją drogą nie dziwię się, że stryj babrał się we wspomnieniach, bo jego obecne życie było przegrane. Żona – ciotka Hela – w latach 60. zapadła na schizofrenię. Była skrajnie zazdrosna. O każdą kobietę, która znalazła się w zasięgu wzroku stryja. A nawet o psa. Pewnego dnia ugotowała mu go na obiad i podała na najlepszej zastawie. Zjadł, nieświadom niczego, swego najwierniejszego przyjaciela.

Strasznie się jej bałem jako dzieciak. Kiedyś wieczorem wszedłem do mojego pokoju, a ona siedzi przy oknie z twarzą pociętą żyletką i brzdąkając na mojej gitarze, śpiewa do księżyca. Modliłem się, żeby nigdy już nie przyjechała.

***

Jedyną zdrową osobą w rodzinie była mama. Nic nie mówiła o moim ślubie. Czasem tylko popłakała. „To, synku, twoje życie”. Może liczyła, że to wywoła jakieś wyrzuty sumienia. Ale ja żadnych wyrzutów nie miałem.

Mój teść – Manfred – potrafił mnie podejść. Niemalże ze łzami w oczach wysłuchał mojej rodzinnej historii katyńskiej. Kręcił głową, jakby sam tam stracił najbliższych. Patrzyłem na niego jak na kogoś między bratem, kumplem i ojcem. Tak, to śmieszne, może w pewien sposób podłe. Adoptowany przez komucha. Gdyby stryj przejrzał moją zawirowaną duszę, pewnie nie tylko by na mnie splunął, ale mnie zabił albo sam sobie palnął w łeb.

Nie przynależałem nigdzie. Patrzyłem z góry na ludzi uwikłanych w historię, w politykę. Obracałem się wśród kilku znajomych Patrycji. Bez znaczenia. Neutralne tło. Żyłem Patrycją. Nie był to ani seks, ani amok, jak komentowali dawni „przyjaciele”. Wydziedziczyłem się, ale byłem szczęśliwy. Mogli sobie gadać, że sprzedałem się dla mieszkania i dwuletniego golfa, które Patrycja wniosła w posagu. Wziąłbym ją, gdyby stanęła w drzwiach boso. Może byłbym jeszcze bardziej szczęśliwy.

Trzy miesiące po naszym ślubie wybrali Wojtyłę. Jechałem wtedy samochodem, o mało bym nie przejechał kobiety. Tak, odczułem radość, ale jednocześnie coś mnie ukłuło. Zobaczyłem, że dzieją się rzeczy niemożliwe. Powiał wiatr historii. A miało już tak być do końca.

Co ja zrobiłem?

Nie, nic się nie zmieniło w moich uczuciach do Patrycji, tylko zrozumiałem, że jestem w tej części społeczeństwa, która nie miała się prawa cieszyć. Wkrótce po wyborze zaczęła krążyć plotka – a może to nie plotka – że syn Jaroszewicza powiedział przy jakimś barze: „No to zdrowie pastucha z Wadowic”. I wtedy dostał w mordę od Olbrychskiego. Kmicic był znowu narodowym bohaterem. Tylko że ja bardziej czułem się jak zbita morda „czerwonego księcia” niż sprawiedliwa dłoń „prawdziwego Polaka”.

Kiedy dowiedziałem się o wyborze papieża, pojechałem do matki. Powiedziała mi, że ojciec kiedyś spędził z Karolem Wojtyłą parę dni w górach. „Jest nawet zdjęcie z tej wyprawy…”. Zaczęła przewracać pudełka z fotografiami. Bez skutku. Musiałem ją uspokajać, bo by dostała zawału. „Musi gdzieś być, musi gdzieś być”. Była tak wystraszona i zdenerwowana, jakby za chwilę miał odezwać się ojciec i wyzwać ją, że przez jej bałagan nie zrealizuje się chwila, dla której żył. Szukając później tego legendarnego zdjęcia, znalazłem sekretne listy ojca.

– Skąd mama nagle wie, że to był Wojtyła?
– O Boże, skąd wiem? Jak już został biskupem, to ojciec wyciągnął to zdjęcie i opowiedział wszystko ze szczegółami.

Chciałem pokazać to zdjęcie teściom. Gdzieś podświadomie wyobrażałem sobie, że coś się stanie. Manfred wystąpi z tej cholernej Partii i stanie na czele czegoś zupełnie nowego. Mrzonki.

Kim on był naprawdę? W czasie Solidarności siedział okrakiem na barykadzie. W stanie wojennym ostał się, pomimo że wszystkich partyjnych reformatorów pościągali. Gdy zobaczyłem go w telewizji, jak przemawiał przy Jaruzelskim, nie miałem wątpliwości dlaczego. Zaplątał się i nie wytrzymał. W 1984 zmarł na zawał, tuż przed zamordowaniem Popiełuszki.

Nigdy się nie dowiem, czy wiedział o tym… Nigdy nikomu tego nie powiedziałem. Ze wstydu, ze złości. Kogo by to zresztą obeszło? Historia jest usiana zdarzeniami, które dla jednych są świętą tajemnicą, a dla drugich bzdurą niewartą wysłuchania.

Po kopalni „Wujek” spotkałem Włodka Filipczuka z SKS–u. Poszliśmy na piwo. Opowiedziałem mu swój zezowaty żywot. Może pod wpływem piwa, a może z sympatii, zaufał mi. A może prowadził ze mną jakąś grę? Nie wiem. Wbrew zasadom konspiry zabrał mnie na akcję. Wieczorem na kinie „Gwiazda”, w centralnym punkcie miasta strzeliliśmy napis: „Edziu, wracaj, z nami kwita, lepszy złodziej niż bandyta”. Gierek – najszybciej rehabilitowany komuch. Pozazdrościli mu marmurowych kafelków w sraczu, a potem chcieli stawiać pomniki.

Po akcji wylądowałem na kwaterze, gdzie było pełno bibuły. Atmosfera była dziwna. Czułem dystans do siebie. Próbowałem się łasić do nich jak ostatnia prostytutka. Wydawało mi się, że spore ilości grzańca stopiły lody. Adrian, ten który mnie najbardziej nie cierpiał, opowiedział dowcip o amerykańskim szpiegu. Wylądował na spadochronie. Ruski go łapią i badają, kto zacz. „Jak to? Ja wasz ”. „No jak ty nasz, to zatańcz jak nasz”. I Jankes wywija kazaczoka. Kręcą nosem. „No to jak ty nasz, spiewaj czastuszku”. No i chłop śpiewa. Bezbłędnie, a ci znów kręcą nosem. „No to jak ty nasz, to pij jak nasz”. Wychłeptał szklanice bimbru duszkiem. A Ruski znów kręcą: „Nu ty tanczisz kak nasz, pajosz kak, pijosz kak nasz, nu…”. „Nu szto?” „U nas niet Murzinow”. Wszyscy pokładali się ze śmiechu, łącznie ze mną, choć dobrze wiedziałem, że tym dowcipem Adrian napluł mi w twarz.

Spałem może trzy godziny. O świcie wymknąłem się z mieszkania. Nie uszedłem sto metrów, jak nadziałem się na patrol milicyjny. Popatrzyli na mnie uważnie, ale zrobiłem pewną minę i minąłem ich bez przeszkód. Nagle słyszę: „Stać!”. Na szczęście nie wziąłem z sobą bibuły.

– A ty co?
– Co?
– Obywatel pozwoli do bramy.
– O co chodzi?
– Z kogo se jaja robisz?
– Nie rozumiem?
– Nie. A to k… krasnoludki namalowały?

Schwycili mnie nagle i ściągnęli ze mnie kurtkę. Na plecach miałem namalowane czerwoną farbą: „Homo zomo”.

Zacisnąłem szczęki i pięści. Ta gnida Adrian. Zabiję, popamiętasz homo zomo i Murzyna. Już miałem na czubku języka, gdzie mają szukać. Nagle otrzeźwiałem. Jak tylko to zrobię, będę opisany w każdej ulotce jako pierwszy kolaborant.

– Panowie, zaręczam wam, że jestem czysty. Nie mogę wam wszystkiego wytłumaczyć… Bo się zdekonspiruję. To celowa akcja. Powiem tylko, że jestem synem, to znaczy zięciem Manfreda… Jeśli nie wierzycie, proszę do niego zadzwonić. O tu… – Wyciągnąłem jego zdjęcie z portfela.

Wymienili spojrzenia, zlustrowali mnie raz jeszcze.

– Jak tak, to proszę robić swoje. My nic nie widzieliśmy.

Wcisnąłem im dwa tysiące, pomimo że się wzbraniali.

– Napijcie się. Po służbie…

Manfred nigdy nie zrobił żadnej aluzji. Nic chyba do niego nie dotarło.

***

Po śmierci Popiełuszki teściowej odbiło. Zaczęła codziennie latać do kościoła. Patrycja dla równowagi otrzepała się z wszelkich sympatii prokościelnych. Nie mogła znieść nowego wcielenia swej matki. „Czy ty nie widzisz, że stałaś się uosobieniem dewotki? Miej trochę godności… przez wzgląd na ojca”. Byłem przy tej kłótni. Zamurowało mnie. Nie wiem, co wstąpiło w Patrycję. Jej agresja była niewytłumaczalna. Co w niej się obudziło? „Zejdź mi z oczu. Zabraniam ci klepać za mnie te zdrowaśki” – syknęła do matki, gdy ta stwierdziła, że będzie się za nią modlić.

Patrycja przez miesiąc nawet nie zadzwoniła do niej.

Po miesiącu odebrała telefon ze szpitala informujący, że matka wpadła pod tramwaj. Nie przeżyła.

Patrycja żyła tylko jedną nadzieją. Że matka przyjdzie do niej we śnie i powie, że przed śmiercią jej przebaczyła.

Nie przyszła nigdy. Zeszła jej z oczu skutecznie.

Patrycja płakała i krzyczała, że jest nieludzka i mściwa.

Nie wierzyła w Boga. Nie chciała żadnej religijnej pociechy, żadnego księdza, psychoterapeuty. Nic. Wierzyła tylko w jakąś duchową rzeczywistość, która miała się zrealizować we śnie.

Nigdy już nie było, jak na początku. Nie potrafię tego pecha, który rozwalił moje życie, wytłumaczyć inaczej, jak klątwą stryja Józefa.

5.

Znowu szarpnęło. Spojrzałem na zegarek. Pociąg miał już półtorej godziny opóźnienia. Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze spóźnię się na giełdę i gość klopnie orlą szablę jakiemuś dyletantowi z kasą. Spokojnie, mam jeszcze trzy godziny.

Moje pawiany szykowały się na kolejną wyprawę po piwo. Wzbierała we mnie agresja. Wstałem i ruszyłem do Warsu. Wszystkie stoliki były zajęte. Tylko jedna „dwójka” w połowie nieobsadzona. Mogłem wrócić do przedziału lub dosiąść się do faceta w zielonej marynarce i żółtym krawacie. I siwym wąsie, pomimo czarnej czupryny. Dość dziwne. Eksponować bez powodu oznaki starzenia. Chyba że chłop ma zajęczą wargę. Zlustrowałem jego fizjonomię. Pomimo „radosnej” kolorystyki wyglądał inteligentnie. W każdym razie nieodpychająco.

– Przepraszam, czy to miejsce jest wolne?
– Proszę – uśmiechnął się wąsal.

Zaczął mi się intensywnie przyglądać. Przemieniłem się w znak zapytania.

– Piciu? – wyłuskał po chwili z siebie niepewnie.
– Paweł… – Powoli odtwarzałem twarz kolegi z liceum. No tak, to Paweł. Za bardzo się z nim nie trzymałem. Wyżywał się w sporcie i na dyskotekach. To nie były moje klimaty. Ale tym bardziej ucieszyłem się. Wygodny świadek przeszłości. Z gatunku nieuświadomionych politycznie.

– O Chryste, trzydzieści lat nie widzieliśmy się… – wyciągnąłem z opóźnieniem dłoń na powitanie.
– Trocheśmy się zmienili… – Paweł wyciągnął język jak błazen i zaśmiał się jowialnie.
– Ty niewiele, gdybyś zgolił wąsa, to ani tyci, tyci. Ja bym musiał założyć perukę… – przeciągnąłem ręką po łysej do połowy czaszce. – Jakiś eliksir żłopiesz?
– He, he. Piciu, ja? Długodystansowiec. Od trzydziestu lat żyję na kredyt. Cukrzyca. Gdyby nie wynaleziono insuliny, już by mnie od dawna nie było między żywymi. A tak, igiełka w dupcie, w udo, w brzuszek i do przodu. Darowane życie, najcenniejsze. – Popatrzył chwilę z filozoficznym uśmieszkiem. – Wiesz, co mnie tak konserwuje? – Wyczekał chwilę. Rozłożyłem ręce w geście poddania. – Seks i piłka nożna. Seks wyznaję tylko małżeński, tak że należę do mniejszości społecznej, a piłka nie żadna halówka, tylko cały okrągły rok na powietrzu. Mróz, upał, deszcz, błoto. Nie ma zmiłuj się. Co niedzielę o ósmej rano. Byś widział te emocje, jak schodzą z człowieka toksyny. Stres won i zawalicho nie grozi. W ogóle nie wiem, co to przeziębienie czy grypa.

Poczułem lekki dopływ energii. Może autosugestia. Z jego wesołych oczu sypały się iskierki.

– Trzeba się napić, bracie. He, he. Piwka bezalkoholowego. Trzydzieści lat i spotykamy się w takim dniu. Nowa epoka. Najbardziej dziejowa chwila. Pierwszy dzień po śmierci Papieża. Nigdy nie mogłem sobie wyobrazić tego dnia.

Nagle pogrążył się w zadumie. – Oczywiście, nie spodziewałem się jakiś znaków na niebie i na ziemi, ale… ale… nie wiem, coś tak… kurczę, to jest rzeczywiście niemożliwe. Zobacz, co się dzieje z tym narodem. Widziałeś wczoraj te tłumy? Wydawało się, że wszystko się rozpadnie, jak umrze. A tu jakieś niesamowite zjednoczenie. Po prostu ten człowiek jakby zaorał całą glebę.

Pokręciłem głową. Dziwne… że Jan Paweł tak szarpnie Pawła. Lekkoducha.

– Nic nie wiem – odparłem po chwili. – Byłem wczoraj odcięty od świata, dostałem tylko wiadomość na komórkę.
– No bracie, w takim dniu nie wyhamowałeś?
– Taki zawód, ciągle łapiesz jakieś okazje. Partner wyjeżdżał do Tajwanu. Trzeba było popertraktować. Biznes nie ma weekendów.
– Uuu, widzę, niedobrze z tobą. Po co? Do grobu tego nie weźmiesz.
– Mylisz się – spróbowałem się uśmiechnąć. – Tyram nie na luksusy.
– A co ty takiego kręcisz? Dostawy dla wojska?
– Tak, tak, dostawy dla wojska. W pewnym sensie. Dużo sprzętu bojowego dla dzieci. Mam hurtownię zabawek.
– Myślałem, że jakoś się w życiu ustawiłeś…
– Nie byłem pewien, czy zawiesił taktownie temat.
– Ja? Daj spokój. PRL zabrał mi całe moje życie. Zniszczył. Zdeptał. Nie mogę sobie darować, że nie wyjechałem z tego kraju. Teraz szarpię, byle dobrnąć do mety.
– Piciu, ty musisz zmienić filozofię życia, bo wykitujesz. Chrzań te robote. Robisz w zabawkach, a jesteś smutny, jakbyś wychodził za własną teściową. Przyjdź do nas na piłę…
– He, he. – Pokręciłem rozbawiony głową. – Nie, no ja też coś robię… zbieram białą broń. Dzisiaj może zdobędę perłę mojej kolekcji. – Wbrew zasadom zdecydowałem się uchylić rąbka tajemnicy. – Szabla orla. Wykonano ich kilkanaście sztuk w latach 1921–22. Były wręczane przez korpusy oficerskie wybitnym osobom. Taką szablę dostał na przykład Władysław Sikorski. A moja należała… Aż strach powiedzieć. Jak ją zdobędę, to cię zaproszę. Słuchaj, cała rękojeść to jest pełnoplastyczny wizerunek orła. Jego głowa jest zwieńczona koroną.
– Mówisz, że to ma taką wartość? Dwudziesty wiek? Ja myślałem, szabla Sobieskiego, Żółkiewskiego to by było coś…

„No tak, perły przed wieprze…” – pomyślałem. Cóż, ale dobrze, że niektórzy mają wycięte kawałki wyobraźni.

Paweł kiwnął na kelnera i zamówił sok pomidorowy. Wypuścił powietrze. Pomasował brodę, lekko zakłopotany. Pewnie chodził mu po głowie jakiś dowcipny komentarz. Nagle spoważniał.

– Wiesz, jeszcze wracając do Papieża… Ja też przeklinałem czasy, w których się urodziłem, a teraz sobie myślę, że nie zamieniłbym się z nikim w historii.

Zrobiłem zdziwione oczy.

– Naprawdę – położył rękę na sercu – nawet gdybym miał żyć w czasach Jagiełły, no nie wiem, jakiejś złotej epoce, ty byłeś lepszy z historii… to… nie zamieniłbym się z nikim. Jesteśmy najszczęśliwszym pokoleniem w historii Polski. Nikt przed nami i nikt po nas nie będzie już żył za papieża Polaka. I to jakiego papieża. Największego w dziejach. Nie uważasz?

Westchnąłem.

– My narzekamy, ale co mieli powiedzieć nasi starzy? – ciągnął Paweł. – Najpierw wojna, potem komuna. A moi byli naprawdę szczęśliwi. Z tej całej biedy potrafili wykrzesać tyle radości. Takiego dzieciństwa jak ja miałem… Kraj lat dziecinnych, on jeden zostanie.
– Jak pierwsze kochanie… – zakończyłem. – Jak pierwsze kochanie…

Przytknąłem do ust szklaneczkę z sokiem pomidorowym. Zamilkliśmy.

– Zazdroszczę ci i dzieciństwa, i tego entuzjazmu z powodu Papieża. Mnie on jakoś nie ogarnął. Może ja, a może ty jesteś nietypowy. Wyobraź sobie, że jadę w przedziale samych gówniarzy, może nie takich gówniarzy. Chyba trzydziestolatkowie. Od czterech godzin chleją na umór piwo i gadają jedynie o dupach. Ani razu nie padło słowo papież. Totalnie nic. Masz tą dziejową chwilę. Nawet ja, dość oziębły uczuciowo, próbowałem podetknąć im pod oczy gazetę z nim. Nic. Zero reakcji. Tak jakby nie znali faceta. Pokolenie JP2.

– No to są biedni. A może się zgrywają w grupie. To są zachowania stadne. Dla popisu. My byliśmy inni?

Na pewno byłem inny niż te pawiany. Ale też żyłem dla popisu.

– No a powiedz mi tak, Pawełku, co ci naprawdę dał Papież?
– Hm. No wiesz, mógłbym próbować różne rzeczy opowiadać. Ale mi wystarczy jedno. Nie zapomnę jego twarzy. Mi się wydawało, że przed nim widziałem same świńskie ryje… To była twarz jak słońce. Wyobraź sobie świat, gdyby nie było tej twarzy.
– Stalina też słoneczkiem nazywali…
– No możesz sobie żartować. – Uśmiechnął się. – Aha, słyszałeś, że Damian został biskupem?
– Nie, nie miałem z nim kontaktu po szkole.
– Gazet nie czytasz?
– Rzadko, ale cieszę się, że mam wpływ na kształt Episkopatu. Jednemu z jego członków przekrzywiłem kiedyś nos…

Pogadaliśmy jeszcze chwilę.

– Przepraszam, muszę wrócić do przedziału… – przypomniałem sobie, że zostawiłem w torbie dokumenty.
– Daj mi swoją komórkę… Musimy się spotkać… Zobaczysz, namówię cię na te piłę.

6.

Przebrnąłem przez rozwalone cielska koszykarzy. Okno w przedziale było otwarte. Inaczej zaduch piwska chyba by mnie powalił. Zasłoniłem twarz marynarką. Zamknąłem się w swojej kapsule. Eksterytorium.

Paweł ani razu nie napomknął o Patrycji. Taki delikatny, a może miał gdzieś moją epopeję?

Po chwili znów szarpnęło.

– Ha, ha, no to lecimy po piwko! – Koszykarze eksplodowali śmiechem. Przemknęło mi przez myśl, że któryś z tych podpitych debili pociągnął celowo za hamulec. Nie popuszczę. Chwilę zaciskałem pięści. Wyciągnąłem komórkę. Postanowiłem zadzwonić do gościa od szabli. Wybrałem numer. Okazało się, że jest poza zasięgiem. Wyprysnąłem, by znaleźć kogoś z obsługi. Od razu niemalże wpadłem na konduktora.
– Panie, co się dzieje?! – krzyknąłem. – Czy my dojedziemy? Przecież ja zapłaciłem za Intercity… Express.
– Nie wiem, nie wiem, przepraszam.

Odsunął mnie, chcąc przejść.

– Panie, gdzie jest kierownik tego bajzlu?

Odwrócił się. Twarz mu drżała.

– Siedź pan na dupie! Przed chwilą dziewczyna rzuciła się pod koła…

Nagle zrobiło mi się słabo. Poczułem, że zaraz zwymiotuję. Wyskoczyłem z pociągu i dobiegłem do najbliższego krzaka.

Siadłem na skarpie i patrzyłem otępiały na wagony. W górze słychać było zbliżający się helikopter. Spojrzałem odruchowo na zegarek. Absolutnie nie chciałem spojrzeć. To był odruch. Było mi wszystko jedno, czy zdążę.

Wydziedziczony
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...