Niezgoda i miłosierdzie

Niezgoda i miłosierdzie

Wielu naszych czytelników dotknęły ostatnie odejścia z kapłaństwa. Często prosili ze smutkiem: napiszcie co o tym myślicie, bo wszyscy podejmują ten temat. Pod wspólnym tytułem „Przeżyć odejścia księży”, zebraliśmy wypowiedzi dominikańskich kapłanów różnych pokoleń. Ojciec Joachim Badeni, jeden z naszych nestorów, jest księdzem od 57 lat, ojciec Jan Góra od 33, ojciec Paweł Kozacki od 17 lat. Najmłodszy z autorów, ojciec Michał Golubiewski, przyjął święcenia 10 grudnia ubiegłego roku.

Pierwsze odejście mojego brata w kapłaństwie dotknęło mnie bardzo bezpośrednio. To był początek mojej posługi kapłańskiej. Przyszła do mnie dziewczyna i zwierzyła się, że związała się z księdzem. Próbowałem pomóc jej wyplątać się z tego układu. Po pewnym czasie dowiedziałem się niespodziewanie dla samego siebie, że niektórzy ludzie świeccy z parafii tego księdza są lepiej zorientowani w sytuacji niż jego konfratrzy, z którymi mieszkał pod jednym dachem. Stoczyłem bitwę o tę dziewczynę, o jej przyszłość. Z księdzem nie dało się rozmawiać. Był tak zdeterminowany w decyzji, tak przekonany, że chce odejść z kapłaństwa, że jakakolwiek rozmowa, nie mówiąc nawet o wpłynięciu na jego decyzję, okazała się niemożliwa. Zależało mi jednak, by nie pociągnął za sobą młodej kobiety, z którą chciał odejść. Dziewczyna była pełna wątpliwości, potrafiła nazwać słabości swojego przyszłego męża i martwiła się, że nie będzie mogła przystępować do sakramentów. Była jednak na tyle zakochana, że oboje wyjechali, by rozpocząć razem nowe życie. Fizycznie odchorowałem ich wyjazd. Pierwszy raz zetknąłem się z sytuacją, gdy ktoś zdecydował się na krok, który w moich oczach był zdradą, podeptaniem świętości, na której budowałem życie. Bardzo się ucieszyłem, gdy po latach dowiedziałem się, że uzyskali dyspensę i zawarli sakramentalne małżeństwo.

Potem byłem świadkiem kolejnych wystąpień moich braci lub znajomych kapłanów. Czasem tylko dowiadywałem się o nich. Odchodzili księża bardzo pobożni i tacy, których na modlitwie trudno było spotkać, znakomicie wykształceni, i tacy, którzy z trudem napisali magisterkę. Błyskotliwi duszpasterze i kaznodzieje, za których ludzie daliby się pokroić, i tacy, którzy zawsze byli zamknięci i unikali bezpośrednich kontaktów. Szczególnie przeżyłem odejście jednego z moich starszych braci, o którym wraz z innymi mógłbym powiedzieć, że prędzej spodziewałbym się, że sam odejdę z zakonu, niż że on przestanie być dominikaninem.

Rozmowy bez zakończenia, pytania bez odpowiedzi

Zauważyłem, że bardzo trudno spotkać się i prawdziwie porozmawiać z kimś, kto podjął już decyzję o porzuceniu kapłaństwa. Istnieje bowiem zasadnicza różnica między tym, co tacy ludzie mówią, a tym, co stanowi prawdziwy powód rezygnacji, co dzieje się w ich sercu. W fazie odchodzenia muszą walczyć z sobą i innymi, muszą dowieść, że decyzja, którą podejmują, jest słuszna. Ta racjonalizacja sprawia, że potrafią naciągać fakty, wyolbrzymiać wady innych, nie dostrzegać własnych niedojrzałości i win, a przy tym manipulować ludźmi. Wszystko po to, by uzasadnić swoje kroki. Usłyszałem na przykład, jak odchodzący ksiądz przekonywał kobietę, z którą chciał rozpocząć życie: „Jesteś egoistką. Masz wyrzuty sumienia, o mnie i moim życiu wcale nie myślisz”. Inny twierdził, że ma indywidualną drogę świętości, że może wyjść na ambonę i z Pismem Świętym w ręku uzasadnić, że ma prawo odejść i nie będzie to żadna niewierność. W takich rozmowach odchodzącym nie chodzi o szukanie prawdy ani o pokazanie racjonalnych motywów. Chodzi o ich życie, o takie uzasadnienie, które pozwoli wejść z twarzą w nową rzeczywistość.

Oczywiście były też rozmowy do bólu szczere, gdy ksiądz stwierdzał ze łzami w oczach, że nie chce żyć w zakłamaniu i ciągłym udawaniu, że woli ponosić konsekwencje swoich wyborów, niż trwać w hipokryzji.

Księża odchodzili, a ja zostawałem z ludźmi i ich niekończącymi się pytaniami. „Dlaczego tak się dzieje? Czym skrzywdzono tego człowieka? Dlaczego tak wspaniały kapłan, który tylu ludzi przyprowadził do Boga, sprzeniewierza się swojemu powołaniu, odszedł od tego, co tak przekonująco głosił? Jak można zaufać głoszonej w Kościele Ewangelii, skoro nie chroni ona księży przed takimi upadkami?”. Byli i tacy, którzy nie zadawali żadnych pytań, ale dowiadywałem się od osób trzecich, że przestawali praktykować, tracili wiarę. Spotkałem małżeństwo, które się dziwiło, dlaczego nie mógł wytrwać w kapłaństwie ktoś, kto uratował ich sakramentalny związek i pomógł przetrwać najtrudniejszy okres życia. Musiałem tłumaczyć, że nawet gdy ksiądz nie dotrzymuje danego słowa, to nie wszystko wolno; że powołanie się na swoje sumienie nie chroni przed popełnianiem czynów, o których Kościół twierdzi, że są grzechem, mimo iż świat uznaje je za normalne zachowania dorosłych ludzi. Nie wszystkich przekonałem, nie na wszystkie pytanie znalazłem odpowiedź. Podejrzewam jednak, że często były to pytania retoryczne, wyrażające bardziej stan emocjonalny pytających niż oczekujące argumentów czy wyjaśnień.

Dane mi też było spojrzeć na ten dramat z drugiej strony. Wysłuchać opowieści byłych księży, którzy mówili o swojej samotności, niespełnieniu, braku szczęścia, opowieści o nieludzkich strukturach kurialnych, o zgorszeniu, jakie przeżyli w zderzeniu z gejami w sutannach, o marnowaniu ich wysiłku przez zawiść i złośliwość konfratrów. Widziałem mężczyzn nieszczęśliwych, którzy nie potrafili odnaleźć się na drodze, którą sami wybrali albo na którą pchnęła ich ambicja, młodzieńcze zafascynowanie, na którą – jak byli przekonani – zaprosił ich Pan Jezus, któremu nie potrafili pozostać wierni.

Bez osądzania

Czego nauczyłem się przez te wszystkie lata? Patrząc na odchodzących i byłych księży, muszę próbować połączyć dwie, pozornie wykluczające się postawy: miłosierdzia wobec człowieka i niezgody na jego decyzję.

Z jednej strony nie tylko nie chcę, ale nie potrafię osądzać człowieka. Nie jestem nawet pewien, czy potrafię zrozumieć trudności, które są udziałem moich braci decydujących się zrzucać sutannę lub habit. Podczas siedemnastu lat mojego kapłaństwa, nawet w najtrudniejszych chwilach, nigdy nie pomyślałem, że chciałbym zrezygnować z tej drogi. Odkrywam ją nieustannie jako niezasłużony dar, którym Bóg mnie obdarował. Mam wrażenie, że wygrałem główną wygraną na loterii. Gdy ktoś pyta mnie, co bym zrobił, gdyby w Kościele rzymskokatolickim został zniesiony celibat, odpowiadam, że robiłbym dokładnie to samo, co teraz. Poza tym, jako zakonnik złożyłem śluby czystości i kwestia celibatu mnie nie dotyczy. Jednocześnie nie wiem, jak bym się zachował, gdybym w moim życiu trafiał na większe przeszkody, gdyby moje powołanie wystawione było na poważniejsze próby. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby zabrakło obok mnie braci, którzy są jednocześnie moimi przyjaciółmi, do których zawsze mogę się zwrócić o pomoc, do których mogę zadzwonić i poprosić: „Przyjeżdżajcie, potrzebuję pomocy”. Nie wiem, czy byłbym dzielny, gdybym miał bardziej surowych albo wrednych przełożonych. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby ktoś niszczył mój wieloletni wysiłek. Nie umiem stwierdzić, ile miałbym wytrwałości, gdybym nie był szczęśliwy w miejscu, w którym dziś żyję. Dlatego nie mam śmiałości, by osądzać kogoś lub czynić wyrzuty komuś, kto okazał się zbyt słaby, zbyt niepokorny albo zbyt wielki, by zmieścić się w ramach hierarchicznego kapłaństwa.

„Udajemy, że nic się nie stało”

Z drugiej strony czymś niedobrym wydaje mi się postawa, którą wyraża przesłanie: „udajemy, że nic się nie stało”. Kiedyś uczestniczyłem w sesji na jednym z wydziałów teologicznych. Jedną z głównych postaci był człowiek, który jeszcze niedawno chodził w sutannie. Wielu ludzi było zszokowanych obecnością pana docenta w garniturze, niektórzy dopiero wtedy dowiedzieli się, że nie jest już księdzem. Nikt ich wcześniej nie poinformował o zaistniałej sytuacji, nikt nic nie wyjaśnił. Organizatorzy nie widzieli w tym fakcie nic niestosownego. W kuluarach sympozjum nie mówiło się o niczym innym, jak o zaskakującej obecności byłego księdza. „Jeśli tak można, to znaczy, że wszystko wolno; jeśli ktoś jest fachowcem w danej dziedzinie, to nie ma żadnego znaczenia, jak ten człowiek żyje, czy jest wierny zasadom głoszonym przez Kościół” – usłyszałem w rozmowie.

Kapłaństwo to wejście w relacje: z Bogiem, ze wspólnotą Kościoła, z ludźmi, dla których ksiądz staje się duszpasterzem, czasem duchowym ojcem. To zobowiązuje, to nakłada poważną odpowiedzialność. W tym miejscu pojawia się kwestia wierności powołaniu, które rozpoznało się jako swoje, i słowu, które się wypowiedziało przed Bogiem i ludźmi. Nie można bezkarnie odejść z tego posterunku, bardzo rzadko udaje się to zrobić w taki sposób, by nie poranić albo nie zgorszyć innych osób. Taka rana boli tym bardziej, im kapłan był bliższy, jako brat albo jako ojciec. Boli tym bardziej, im bardziej się pokładało w tym człowieku nadzieję, im większej od niego doznało miłości, im bardziej się go kochało. Może to niesprawiedliwe, ale bardziej płacze się po ludziach, którzy dla Kościoła wiele zrobili, niż po tych, którzy tej wspólnocie przysparzali swoim postępowaniem wiele cierpień. Żałuje się tych, którzy wiele wnieśli swoimi słowami i czynami, którzy sprzeciwili się złu, potrafili służyć wielu ludziom. Pozostaje żal, bo wspólnota została zubożona, bo zabraknie kapłana ważnego i niepowtarzalnego. Odczuwam stratę, bo nie stoi obok mnie ten, na którego wsparcie liczyłem. Czuję, jakby umarł ten, który za swojego życia mnie ubogacał.

Nierozerwalność więzi jest oczywista w sakramentalnym małżeństwie. Nawet jeśli na świecie istnieją inne koncepcje małżeństwa, nawet jeśli inne religie dopuszczają listy rozwodowe, powtórne małżeństwo czy nawet poligamię, to przed ołtarzem ludzie przyrzekają sobie, że się nie opuszczą aż do śmierci. Jeśli jedna ze stron depcze to przyrzeczenie, to druga jest zdradzona. Analogicznie można powiedzieć, że jeśli kapłan odchodzi, to ci, do których został posłany, wspólnota Kościoła, a w niej konkretni ludzie, również są zdradzeni. Mniej żalu mam do tych, którzy odchodzą w pokorze, stwierdzając: okazałem się zbyt słaby, zbyt mały, by wytrwać na tej drodze. Bardzo boli mnie natomiast sytuacja, gdy odejście zostaje obudowane wzniosłą teorią, z której wynika, że każdy ma prawo do wyboru własnej drogi, do decyzji sumienia, a jeśli ktoś tego nie akceptuje, to jego problem. Błyskotliwe argumenty są oczywiście wyzwaniem, na które można szukać odpowiedzi, ale trzeba pamiętać, że istotą nie jest płaszczyzna intelektualnego dyskursu. Na każdy argument można znaleźć kontrargument, ale otwarta pozostaje kwestia wierności wartościom, które się uznaje.

Daję prawo odchodzącym, by powoływali się na swoje sumienie, uzasadniające prawo do wyboru swojej drogi, ale ja, nie wnikając w motywy ich działania, daję sobie prawo, by nazwać taką postawę złem, niewiernością czy grzechem. Mogę zrozumieć człowieka, jego słabość i jego wolność, ale nie chcę, by wszystko rozpłynęło się w taktownym milczeniu.

Czego możemy się uczyć?

Co dziś wynika z głośnych i spektakularnych oraz cichych i niemedialnych odejść z kapłaństwa, z którymi mamy do czynienia w Kościele?

Po pierwsze, są wezwaniem do przypatrzenia się swojemu powołaniu: małżeńskiemu, kapłańskiemu, zakonnemu, każdemu innemu, którym obdarował Pan Jezus. „Bracia, starajcie się umocnić wasze powołanie i wybór! To bowiem czyniąc, nie upadniecie nigdy” – pisał św. Piotr w swoim liście. Okazuje się bowiem, że jest to rzeczywistość dynamiczna i nigdy nie można być pewnym swojego miejsca, ale wymaga ona nieustannej troski i czujności. Nawet jeśli człowiek ma wielkie zasługi, wiele przeszedł i wiele już zbudował, nawet jeśli ma wrażenie, że jest bardzo blisko Pana Jezusa, nie może być pewny, czy sprosta próbie, która przyjdzie na niego następnego dnia. Skarb nosimy w glinianych naczyniach. „Pana zaś Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest”.

Po drugie, odejścia kapłanów są wyzwaniem, na które musimy szukać odpowiedzi. Nie można ich łatwo podsumować, przenosząc całą odpowiedzialność na tych, którzy zrzucają sutannę. Ich decyzja dokonuje się w naszej wspólnocie i pokazuje niejednokrotnie realne problemy, z którymi pozostający muszą się uporać. Apelowanie odchodzących o demokrację w Kościele, o poszerzenie przestrzeni wolności, o prawo do krytyki Kościoła, pozostaje ważną kwestią i nie byłoby dobrze, gdybyśmy uznali, że odejście buntowników kończy temat. Styl sprawowania rządów w Kościele domaga się poważnej refleksji i wielu zmian. Tolerowanie bizantynizmu i lizusostwa, sztywność struktur i oderwanie od rzeczywistości to grzechy, które obciążają konto niejednego biskupa i proboszcza, prowincjała i przeora. Odchodzący wskazują również na brak realnych więzi między katolikami. Można zapytać, dlaczego tak wielu księży jako przyczynę odejść wskazuje samotność? Czy wspólnota, w której żyjemy, parafia, klasztor, grupa modlitewna, to przestrzeń, w której troszczymy się o drugiego człowieka, czy potrafimy usłyszeć jego wołanie, zobaczyć, że dzieje się z nim coś niedobrego, czy chcemy, potrafimy dotrzeć do tych, którzy coraz bardziej przesuwają się ku zewnętrznym granicom?

Wreszcie trzecim wezwaniem jest umiejętność przyjęcia tych, którzy już zdecydowali się na odejście. To trudna sztuka spojrzenia na nich w prawdzie i z wielkim zrozumieniem. Nie można traktować ich jako trędowatych i udawać, że nic się nie stało. Potrzeba wielkiej wrażliwości, by pomóc im znaleźć miejsce w Kościele, na nowo ułożyć relacje z Bogiem i ludźmi. Bardzo wierzę, że to jest możliwe. Skoro w Kościele istnieją duszpasterstwa osób żyjących w związkach niesakramentalnych, skoro jest miejsce dla rozwiedzionych małżonków, znajdzie się też miejsce dla księży, którzy zdecydowali się żyć życiem świeckim.

Niezgoda i miłosierdzie
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....