Pojednanie z przeszłością

Pojednanie z przeszłością

Prawda często jest gorzka i bolesna, dlatego się przed nią bronimy. W uzdrawianiu pamięci nie chodzi o szukanie winnych czy określanie stopnia winy, lecz o nazwanie rzeczy po imieniu.

Przeszłość stanie się wówczas twórczym talentem, gdy się z nią pojednamy. To jednak niemożliwe bez procesu uzdrawiania pamięci. Stworzony bowiem na Boży obraz i podobieństwo, człowiek popada w grzech i wątpi w miłość. W konsekwencji ucieka od Boga. Utrata zaufania do miłości prowadzi do wstydliwego chowania się w nieprawdę.

Ucieczka

Ucieczka zaczęła się w raju. Pierwsi ludzie odrzucili swego Stwórcę, który jest prawdą, bo jej przyjęcie wymaga zaufania do miłości. Święty Augustyn zauważył, że do prawdy dochodzi się tylko drogą miłości. A grzech zasiewa nieufność, zrywa związek między nimi. Dlatego uzdrowienie pamięci musi dokonywać się w spojrzeniu Boga. Prawda o sobie, odkrywana w obliczu prawd mniejszych, może być zabójcza. Przykładem uzdrowienia w obliczu Boga jest święty Piotr, który uznaje winę przed oczyma Chrystusa.

Jedną z form ucieczki od prawdy jest ucieczka od własnej pamięci, czyli od własnej tożsamości. Odrzucam i kwestionuję prawdę, na przykład bolesne doświadczenia albo wydarzenia upokarzające mnie w oczach moich i innych ludzi. I będę zawsze uciekał, jeżeli poczucie własnej wartości buduję na ludzkim spojrzeniu. Prędzej czy później muszę odrzucić siebie, jeżeli nie mam kontaktu ze źródłem miłości i prawdy. Ucieczka od siebie samego, odejście w świat kłamstwa, w świat niszczącego słowa staje się zaczarowanym kołem.

Nie ma uzdrowienia pamięci bez odkrycia miłości Boga. Dlatego należy uciekać do Słowa Boga! U ewangelisty Jana spotykam Jezusa mówiącego, że jeżeli zamieszkam w Słowie, będę Jego uczniem (8,31). Warto więc odwrócić kierunek: uciekać od słowa ludzkiego (na przykład „jesteś idiotą”, „jesteś nic niewart”) do Słowa Boga. Podobnie z pamięcią – rzecz w tym, by nie patrzeć na nią w świetle ludzkich słów i ocen, lecz w świetle Bożego Słowa.

Droga uzdrowienia

Słowo Boże odsłania, że droga do uzdrowienia prowadzi przez uznanie, iż jestem grzesznikiem. Idąc za świętym Pawłem, mogę powiedzieć, że pozostaję pielgrzymem z dala od Pana. Święty Augustyn opisze to w obrazie, że Bóg przychodzi, a mnie nie ma we mnie, nie ma mnie w domu, jestem nieobecny; gdzieś się zgubiłem.

Konsekwencją mieszkania z dala od Boga są zaburzenia pamięci. Moja pamięć odbiega od prawdy, na skutek mieszkania głównie w ludzkim spojrzeniu. Stosuję mechanizmy obronne, wypieram niewygodne wydarzenia, tłumię negatywne uczucia (na przykład gniewu, złości, żalu, wstydu). Fałszuję własną tożsamość i w konsekwencji nie wiem, kim jestem. Często rzeczy ukryte na dnie pamięci nagle dochodzą do głosu i tracę kontrolę nad samym sobą, wybuchając na przykład gniewem i złością lub ulegając lękom.

Amnezja jest mechanizmem obronnym, ale chroniąc przed bólem, zabiera pamięć. A to dzięki pamięci wiem, kim jestem.

„Dziękuję Ci, Panie, żeś mnie tak cudownie stworzył”

Pierwsze uzdrowienie, które pamiętam, a którego wtedy nawet nie potrafiłbym nazwać, dokonało się w marcu 1978 roku. Poszedłem do sakramentu pojednania i doznałem uzdrowienia wewnętrznego. Polegało na przyjęciu, akceptacji samego siebie. Wtedy dużo piłem, dopuszczałem się aktów autoagresji. Wiadomo, że jest to ucieczka od samego siebie, odzwierciedlająca potężne kompleksy, które czasami odzywają się do dziś. Stało się wtedy coś niezwykłego. Poszedłem do spowiedzi i ojciec kapucyn w kościele św. Augustyna we Wrocławiu polecił mi za pokutę czytać Pismo Święte. Odkryłem Psalm 139, a w nim słowa „Dziękuję Ci, Panie, żeś mnie tak cudownie stworzył”.

Nie mogłem się wtedy modlić, więc wertowałem Biblię i zacząłem odkrywać, że myślę o sobie zupełnie inaczej, niż myśli o mnie Bóg. Już wtedy – a stało się to przez przypadek – zacząłem, czytając Ewangelie, używać liczby pojedynczej w miejsce mnogiej. Raz zamiast „Nie nazywam was sługami, ale przyjaciółmi”, przeczytałem „Jesteś moim przyjacielem” – i aż coś ścisnęło mnie za gardło. Pomyślałem „to niemożliwe”. I potem wiele razy zamieniałem liczbę mnogą na pojedynczą – nie wiedziałem, że to taka prosta metoda czytania… tak chyba należy czytać Pismo Święte.

Zauważałem rozbieżność między tym, co Bóg mówi do mnie, a tym, jak ja myślę o sobie. A wiara polega na tym, że akceptuję to, co Bóg mówi do mnie i o mnie, a nie to, co ja myślę o sobie. Słowo Boże niesie uzdrowienie, ponieważ pokazuje mnie w prawdzie i miłości. Najboleśniejsze i najtrudniejsze słowa Jezusa mogę przyjąć, bo wypowiada je Miłość. Bóg pragnie, żebym znał prawdę o Nim i prawdę o sobie. Nie tę docierającą ze świata: „Jestem wartościowy, bo powiedziałem dobre kazanie czy wygłosiłem dobre rekolekcje”, lecz: „Jestem wartościowy, bo jestem cenny w oczach Boga”. Moja wartość polega na miłości Boga, który przelał za mnie swoją krew, a nie na tym, co potrafię zrobić ani jak ocenia mnie otoczenie.

Pamiętam inne wewnętrzne uzdrowienie, które dokonało się podczas spotkań grupy Odnowy w Duchu Świętym „Jerozolima”. Zostałem na początku lat 90. jej kapelanem. W trakcie modlitwy zaczęły mi się przypominać bolesne momenty z przeszłości. Powracało na przykład wydarzenie z dzieciństwa, które miało ogromny wpływ na moje późniejsze życie. Otóż w wieku 7–8 lat hodowałem króliki i kiedy jeden z nich zdechł, odebrałem reakcję rodziców czy rodzeństwa, jakbym to ja był winny jego śmierci. Później, kiedy byłem dużo starszy, wciąż prześladowało mnie poczucie winy. Kiedy zachorował ktoś z rodziny albo stało się coś złego, byłem przekonany, że to z mojej winy. Wydarzenia te powracały do mnie podczas modlitw, przez kilka miesięcy wywoływały głęboki smutek i płacz, ale po jakimś czasie straciły moc oddziaływania na teraźniejszość.

Każda chwila z Bogiem

Uzdrowienie pamięci nie powoduje zmiany przeszłości, lecz zmianę naszego stosunku do niej. Kluczem jest wiara! Modlę się, zapraszam Chrystusa do bolesnych doświadczeń i właśnie dzięki wierze uświadamiam sobie, że zawsze był przy mnie. Kiedy cierpiałem, Chrystus był przy mnie, nie porzucił mnie, nawet gdy poważnie zgrzeszyłem. Niezwykle ważne jest na przykład uzdrowienie pamięci kobiet, które dopuściły się aborcji. Syndrom poaborcyjny wiąże się z nieustannym poczuciem winy. Trzeba modlić się o odkrycie, że Bóg nie opuścił człowieka. Nawet kiedy człowiek dopuszcza się niegodziwego czynu, Bóg jest z nim i cierpi razem nim.

Jeśli ktoś uwierzy, że pomimo niegodziwości Bóg go nie opuścił, może na swój grzech popatrzeć Jego oczami. Zobaczy stojącego obok siebie Chrystusa, który wyciąga rękę i nie potępia. Doświadczy, że Bóg chce i może bezwarunkowo przebaczać. Kluczem do uzdrowienia jest wiara, że w każdej chwili życia Bóg jest z nami. Bardzo kocham Psalm 103, który daję często za pokutę: „Błogosław, duszo moja, Pana, i wszystko, co jest we mnie, święte imię Jego”. Moje wnętrze to także grzechy, także rany po własnych i cudzych grzechach. Mogę powiedzieć: „Dzięki Ci, Panie”, bo grzech sprawił, że mogłem doświadczyć Twojego miłosierdzia. „Za wszystko dziękujcie, w każdym położeniu dziękujcie i zawsze dziękujcie” – mówi św. Paweł. I wina może być błogosławiona!

Znakiem zdrowia wewnętrznego, uzdrowienia pamięci, jest zdolność wielbienia za wszystkie wydarzenia. Jeżeli ktoś odkrywa obszary pamięci, za które nie potrafi dziękować, bardzo potrzebuje uzdrowienia.

Uzdrowienie jest procesem

Celebruję we Wspólnocie „Jerozolima” msze św. o uzdrowienie. Pokazują mi, że radość jest możliwa. Ludzie przychodzą i mówią, że na Eucharystii doświadczyli przypływu pokoju i radości. Nawet jeśli dotychczas byli wściekli na swoją przeszłość, na rodziców, rodzinę, nieudane życie, nagle zaczynają doświadczać radości z tego, kim są i jacy są. Otwierają się na miłość, na Boga, który mówi: „Już teraz możesz kosztować szczęśliwości, jaka w momencie zmartwychwstania ogarnie każdego człowieka”.

A jaką wielką radość przynosi uzdrowienie z grzechu! Przychodzi ono drogą przebaczenia – mnie udziela go Bóg, ja zaś staram się przebaczyć komuś, kto mnie skrzywdził, albo sam o nie proszę. Te elementy są niezbędne, by dokonało się pełne uzdrowienie. Jeżeli któregoś zabraknie, nie dokona się, a człowiek nie napełni się radością. Najpełniejszym uzdrowieniem jest uwolnienie pamięci, które pozwala pojednać się z własną przeszłością, nie zawsze przecież chlubną i niejednokrotnie trudną, powikłaną – jakże często jesteśmy smutni, rozdrażnieni, schorowani, obolali, zgorzkniali, bo nawet jeśli wydarzenie, którego jest to skutkiem, miało miejsce wiele lat temu, wciąż oddziałuje na teraźniejszość.

Sam odkrywam wciąż na nowo, że potrzebuję uzdrowienia. Kiedyś myślałem, że wystarczy się pomodlić raz albo dwa, żeby zostać uzdrowionym, nawet proponowałem ludziom taką szybką modlitwę wstawienniczą. Dziś jednak wydaje mi się, że modlitwa o uzdrowienie jest raczej procesem niż jednorazowym wydarzeniem. Jednorazowym wydarzeniem może być jedynie przebaczenie grzechów – Bóg potrafi w jednej chwili zniszczyć w sakramencie pojednania całe zło. Uzdrowienie fizyczne też czasami dokonuje się dość gwałtownie i szybko. Ale uzdrowienie wnętrza, zwłaszcza uzdrowienie pamięci, bywa rozłożone na lata. Człowiek bardzo powoli uczy się przyjmować swoją bolesną historię jako chcianą przez Boga. Bóg, kochając bezwarunkowo, przyjmuje mnie jak ojciec marnotrawnego syna. I chyba pierwszą rzeczą, jaką przeżywa syn marnotrawny po powrocie, jest uzdrowienie pamięci, wspomnień. Muszę być dla ciebie bardzo ważny, skoro bierzesz mnie w ramiona…

Siła wspólnej Eucharystii

Eucharystia, przeżywana w wierze, że Jezus zmartwychwstały, w mocy Ducha Świętego, jest pośród nas, a my naprawdę jesteśmy Jego siostrami i braćmi, jest pierwszą przestrzenią uzdrawiania. Wraz ze Wspólnotą „Jerozolima” przyjmujemy z wiarą Jezusa Chrystusa w Komunii, a potem po prostu modlimy się za siebie nawzajem, aby Bóg swoją wyzwalającą i uzdrawiającą mocą przemieniał to, co w każdym z nas jest chore, z czym nie potrafimy się pogodzić: słabość, upadki, zranienia. Zawsze na początku Eucharystii zachęcam, by każdy, kto może i kto chce się modlić o uzdrowienie, skorzystał z sakramentu pojednania. Uznanie i wyznanie własnego grzechu to podstawowy warunek rozpoczęcia procesu uzdrowienia.

Bywa podczas modlitwy, że ludzie są wzruszeni, często płaczą. Wtedy ktoś do nich podchodzi, kładzie rękę na ramieniu – ta obecność innych ludzi jest niezwykle ważna. Ważny jest komunikat: „Coś się z tobą dzieje, pragniemy być przy tobie, towarzyszyć ci w tej drodze – być może powrotu do Pana Boga”. W tym kontekście wielkim zadaniem dla każdej wspólnoty jest towarzyszenie braciom, którzy współpracowali z SB, i dawanie do zrozumienia, że nie jest się przeciwko, lecz z nimi. To niezwykle trudne zadanie dla przełożonych, ale wierzę, że asystencja Ducha Świętego pozwoli pasterzom obrać postawę miłosiernego ojca, mówiącą: „Ani ja, ani wspólnota nie jesteśmy przeciw tobie”. Ze strony wspólnoty potrzeba wielkiego wołania, by Bóg przywrócił upadłym braciom wiarę w to, co sami głosimy: że jest miłość, że ta miłość uzdrawia, że bracia nie są, by potępiać, ale by również przez nich przychodziło słowo pociechy i umocnienia.

Nie bójcie się, jestem miłosierny

Wypieramy z pamięci bolesne doświadczenia, negujemy naznaczoną słabością przeszłość, choć tak naprawdę dzięki nim może objawić się miłosierdzie Boga, uzdrawiająca siła Jego miłości. Święty Paweł mówi przecież, że dzięki jego słabości objawia się moc zmartwychwstałego Chrystusa. Pojednanie Pawła z przeszłością doprowadza go do chlubienia się swoimi słabościami. Ma świadomość, że jest największym z grzeszników, ale jednocześnie – dzięki temu, że Bóg go wybrał – jednym z największych apostołów. Nie zaprzecza trudnej i grzesznej przeszłości, ale wskazuje na miłosierdzie Boże jako siłę sprawczą nawrócenia. Obyśmy dziś w Kościele mieli taką odwagę jak Paweł, by nie kwestionować zdrad i niewierności.

Wielu polskich księży, pasterzy Kościoła, przejawia dziś silny opór przed skonfrontowaniem się z własną przeszłością. U podstaw takiej postawy leżeć może kilka przyczyn. Może być to niewiedza, że uczyniliśmy zło. Dopuszczam możliwość, że czyjeś sumienie uważa, iż nic się nie stało, bo takie były czasy, że chodziło o dobro Kościoła. Kościół naucza, że człowiek powinien postępować zgodnie z sumieniem, nawet błędnie ukształtowanym, ale jednocześnie podkreśla konieczność pracy nad poprawianiem jego błędów. Byłaby to naprawdę tragedia, gdyby pasterze Kościoła mieli postępować zgodnie z nieodpowiednio ukształtowanym, zdeformowanym sumieniem.

Kolejną przyczyną jest brak odwagi, wynikający z braku wiary – pomimo wypowiadanych przez Pana słów: „Nie bójcie się, Ja jestem” – że również w sytuacjach, kiedy ktoś dopuszczał się zdrady współpracy, Bóg był naprawdę obecny. Myślę, że jest to związane z brakiem zaufania w Boże miłosierdzie, ale także wiary w to, że również bracia mogą być miłosierni.

Jestem jednak głęboko przekonany, że jeśli ktoś wierzy i sam przyjmuje Boże miłosierdzie, potrafi zaakceptować słabość upadłych i daleki będzie od postawy starszego brata z przypowieści o synu marnotrawnym. Często zapominamy o tym, że wszyscy stajemy wobec Boga, który jest bogaty w miłosierdzie. I wszyscy potrzebujemy miłosierdzia, niezależnie od wielkości naszych grzechów. Sądzę, że wypieranie z pamięci pewnych zdarzeń, fałszowanie historii, ulepszanie jej, uciekanie do mitów – jest po prostu przejawem ducha bojaźni, przed którym przestrzega św. Paweł Apostoł, brakiem odwagi i nieumiejętnością zaufania, uznania prawdy o sobie, która otwiera nas na Bożą miłość i wyzwala miłość w sercu Boga, ale także w sercu drugiego człowieka. I w naszej wspólnocie są bracia, którzy współpracowali z SB – nie wyobrażam sobie, że mógłbym któregoś z nich dziś odrzucić.

Uzdrawiające zadośćuczynienie

Pewne jednak jest, że grzech tego typu, jak współpraca przeciw Kościołowi, wymaga we wspólnocie publicznego zadośćuczynienia. Trzeba rozróżniać między przebaczeniem (rozgrzeszeniem) a zadośćuczynieniem. Przebaczenie następuje w momencie przystąpienia do sakramentu pokuty, ale ponieważ jest to grzech publiczny nie tylko dlatego, że ślad po nim pozostał w ogólnie dostępnych dziś aktach, konieczne są jeszcze publiczne zadośćuczynienie i pokuta. Pokutą nie będzie jakieś zesłanie, lecz najczęściej złożenie czy nieprzyjmowanie kościelnego urzędu. Jednym z istotnych znaków poprawy jest chęć zadośćuczynienia. Jest to również znak uzdrowienia – uznaję swoją winę i dlatego chcę zadośćuczynić wspólnocie, naprawić możliwe do naprawienia błędy. Trochę mnie dziwi, że właściwie nikt, oprócz księdza Czajkowskiego, nawet w sposób cząstkowy nie wyjaśnił przyczyn swej współpracy. Jest to niezwykle istotny element dochodzenia do zdrowia grzesznego człowieka, ale również i całej wspólnoty.

Jeżeli nie mamy świadomości czynionego zła albo nie chcemy się do niego przyznać, po raz kolejny stajemy po jego stronie. Człowiek mówi poniekąd swoją postawą: „Gdyby w przyszłości wystąpiły podobne okoliczności, postąpiłbym tak samo”. W ciele Kościoła pozostaje wtedy nieuleczona rana, możliwość ponownego popadnięcia w ten sam grzech.

Można zastanawiać się więc, dlaczego tak wielu ludzi, często odpowiedzialnych za polski Kościół, ucieka od publicznego wyznania winy. Próbowałem postawić się w sytuacji kogoś, kto zdradził, i długo o tym rozmyślałem. Doszedłem do wniosku, że chciałbym, jak ksiądz Czajkowski, znaleźć wspólnotę, która by mnie wsparła, bo nie odnalazłbym chyba w sobie sił, by samemu przyznać się do zdrady współpracy z SB. Ksiądz profesor Czajkowski mógł to uczynić, nie bez wielkiego przecież trudu, dzięki pomocy przyjaciół, którzy mu ufali. I nie przestali ufać mimo wiedzy o jego przeszłości. Jeżeli grzesznik ma świadomość, że wspólnota jest z nim, a nie przeciw niemu, znajdzie w sobie siłę i odwagę, nazwałbym, Ducha mocy, by przyznać się do publicznego grzechu.

W stronę światła

Aby pojednać się z własną przeszłością, nie można zatem jej zaprzeczać ani puszczać w niepamięć. Prawda często jest gorzka i bolesna, dlatego się przed nią bronimy. W uzdrawianiu pamięci nie chodzi o szukanie winnych czy określanie stopnia winy, lecz o nazwanie rzeczy po imieniu. Nie ma innej drogi do uzdrowienia. W przeciwnym razie człowiek zawsze będzie prezentował fałszywą tożsamość, negował fakty, unikał pewnych tematów, zaprzeczał wydarzeniom. Będzie uciekał w świat, w którym czuje się bezpiecznie, świat wykreowany przez samego siebie, ale niestety zakłamany.

Jedynym sposobem na nieuciekanie jest zwrócenie się do Jezusa Chrystusa, czyli nawrócenie. Można to opisać obrazem ogniska. Jeżeli stoję do niego twarzą, jestem w świetle, jeśli odwrócę się tyłem, znajdę się w całkowitej ciemności. Czasami nie trzeba wielu kroków, wystarczy się tylko odwrócić, by ogarnęła nas światłość i byśmy patrzyli na siebie ze współczuciem. W ranach, które zadał nam grzech, musimy odkryć Chrystusa. Uwierzyć, że był obecny w najnędzniejszych momentach naszego życia, że zdrady i niewierności nie przekreśliły nas jako kogoś niezwykle ważnego dla Boga.

wysłuchał Wojciech Prus OP

Pojednanie z przeszłością
Aleksander Koza OP

urodzony w 1955 r. – dominikanin, absolwent historii na Uniwersytecie Wrocławskim i teologii na PAT, wieloletni wychowawca młodych dominikanów, związany z ruchem charyzmatycznym. Mieszkał w Krakowie, Korbielowie, aktualnie...