Chcę się wspinać dalej

Barbara Bednarz: Wyszłam z kina pełna emocji po obejrzeniu filmu „Karol – papież, który pozostał człowiekiem”. Zastanawiam się, jak żyje się Panu po zagraniu takiej roli?

Piotr Adamczyk: Normalnie. To mój Mount Everest. Każdy wspinacz, nawet gdy mu się uda wejść na najwyższy szczyt, dalej chce się wspinać. Niekoniecznie wyżej. Cieszyłbym się, gdybym mógł zaliczać kolejne podejścia pod różne góry – wyzwania zawodowe. W moim zawodzie najbardziej podoba mi się mierzenie z trudnymi zadaniami.

Wiem, że przygotowując się do roli, spotkał się Pan osobiście z Ojcem Świętym. Czym było dla Pana to spotkanie?

To najważniejsze spotkanie w życiu i największy sukces rodzinny, ponieważ moja mama i babcia również miały okazję spotkać się z Ojcem Świętym. Duma mnie rozpierała, kiedy udało mi się to zorganizować. Spotkanie było krótkie, ale zapamiętałem niezwykle uśmiechnięte oczy Ojca Świętego, mimo że był wtedy bardzo chory i cierpiący. Byłem tak przejęty, że zapomniałem, o co miałem spytać Papieża, a chciałem pytać o tyle rzeczy! Mówiłem tylko, że „jestem szczęśliwy, jestem szczęśliwy, Ojcze Święty”, a On zapytał: „Dlaczego?”. Zacząłem się śmiać i całować Go po rękach. Poprosiłem o błogosławieństwo. I to błogosławieństwo dodawało mi sił w czasie zdjęć. Uwierzyłem, że zagranie tej roli jest w ogóle możliwe, że uda mi się sprostać wyzwaniu.

Na ten uśmiech zwróciłam dzisiaj uwagę w kinie, bo tak właśnie pamiętam Papieża. To niezwykła umiejętność, tak wiernie przekazać widzowi osobowość granej postaci poprzez wyraz twarzy.

Po premierze filmu w jednej z recenzji to, że jestem uśmiechnięty, uznano za fałsz, ale ja też pamiętam takiego Papieża.

Jan Paweł II to mistrz słowa. Jakie miało znaczenie dla Pana jako aktora spotkanie z jego poezją, dramatem?

W moim zawodowym życiu wielokrotnie spotykałem się z poezją Karola Wojtyły, z jego dramatami. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co mnie czeka, i nawet nie śmiałem marzyć o takim zaszczycie. Miałem okazję zagrać u Krzysztofa Zanussiego w filmie Brat naszego Boga. Jak się potem okazało, Jan Paweł II zapamiętał mnie w tej roli. To było dla mnie wyjątkowe. Przygotowując się do filmu, starałem się zdobyć jak najwięcej szczegółowych informacji, czasami prywatnych, dotrzeć do tego wszystkiego, czego nie znajdujemy w książkach Karola Wojtyły, bo są one poradnikami, jak żyć, a nie są opowieściami o życiu osobistym. W jego biografiach też nie znalazłem tego „mięsa”, które było mi potrzebne. W moich poszukiwaniach sposobów, jak ukazać tego człowieka, jak nie skłamać, jak nie zdystansować do siebie widza, najwięcej dały mi rozmowy z przyjaciółmi Karola Wojtyły. Z nich i z jego poezji dowiadywałem się najwięcej o jego osobie.

Czy podczas pracy nad filmem miał Pan też czas zagłębić się w nauczanie papieskie?

Starałem się, ale nie wiem, czy tak do końca potrafię według niego żyć. Samo obcowanie z osobowością Ojca Świętego dało mi, podobnie jak wszystkim, którzy go słuchali, wskazówkę, jak żyć. Choć tak daleko do osiągnięcia ideału! To, co naprawdę we mnie zostało, to pragnienie dążenia.

W filmie poruszane są fundamentalne kwestie moralne – jak choćby w rozmowie z lekarką leczącą chorych na AIDS w Afryce – dotyczące antykoncepcji, etyki seksualnej. Czy miał Pan poczucie, że kwestie, które Pan wypowiada jako Papież, są „dla ludzi”, czy raczej to przesłanie jest zbyt wymagające i trudne dla współczesnego człowieka?

Miałem możliwość zmieniać tekst, dostałem w tym względzie dużą swobodę od reżysera. Akurat nad tą sceną pracowałem sam, ponieważ oryginalne wypowiedzi filmowego Ojca Świętego nie przekonywały mnie. Bardzo mi na tym zależało, bo sam chciałem te kwestie zrozumieć i czułem, że to będzie ważna scena. Pytania były tak niezwykle konkretne i takie żywe! Jak mówi lekarka Julia Ritter, którą grała świetna aktorka Leslie Hope, „zadaję takie pytania, które tysiące katolików zadaje sobie każdego dnia”. Giacomo Battiato, wpisując tę postać w film, chciał dać wyraz również krytycznym ocenom tego pontyfikatu. Intuicja podpowiadała mi, że te odpowiedzi należy „uczłowieczyć”, że Papież nie cytowałby w takiej rozmowie Biblii, ale powiedziałby coś konkretnego, od serca. I razem z reżyserem oraz z księdzem Pawłem Ptasznikiem zmieniliśmy tekst rozmowy na, mam nadzieję, bliższy widzowi.

Kiedyś podczas spotkania z osobą, która przeżyła życiową tragedię, zostałem poproszony o przypomnienie słów, które w tej scenie wypowiada filmowy Papież. Miały one dać odpowiedź na jej wewnętrzne pytanie. Pamiętam też niezwykle trudną scenę ze zrozpaczoną matką umierającego chłopca. Miałem mnóstwo słów wpisanych w scenariusz – o umierającym na krzyżu Chrystusie, Synu Bożym. I tu znów pomogły mi rozmowy z ekipą. Ktoś przypomniał, że Papież był człowiekiem gestu, że bardzo często gestem odpowiadał na pytania. W filmie nawet on był bezradny wobec tragedii tej matki, mógł jedynie dać człowiecze wsparcie, przytulając ją. Czułbym się nieprawdziwie, gdybym musiał wtedy wygłosić jakiś monolog. Mam świadomość, że to jest tylko film, ale wiem także, że ludzie chcą widzieć w nim coś więcej, że mają potrzebę odkrywania głębi. Próbuję zrozumieć ten fenomen. Patrzę na to z zawodowego punktu widzenia – dla mnie jest to kolejne zadanie aktorskie, które wykonałem najlepiej, jak potrafiłem, i często zaskakuje mnie tak bezpośredni, emocjonalny odbiór tego obrazu. Wiem, że wielu widzów wypowiadane przez aktora kwestie traktuje jako słowa Papieża.

Wydaje mi się, że ten film jest rodzajem współczesnej ewangelizacji. Mój 11–letni syn po obejrzeniu go powiedział, że bardzo się wzruszył. I to poruszenie serca widza – czy to małego, czy dorosłego – może przynieść efekt ewangelizacyjny.

Ten film jest rodzajem elementarza, jest bardzo prosty i dobrze, gdy oglądają go dzieci. Bardzo mnie cieszą tego rodzaju reakcje najmłodszych. Ktoś wspominał mi o swoim synu, który był na tym filmie z klasą i wieczorem, długo nie mogąc zasnąć, nagle powiedział do mamy: „Ale ja nie mogę zrozumieć, jak on mógł strzelać do Papieża!”. Pamiętam z dzieciństwa, jak przeżywałem filmy ukazujące problemy, o których jeszcze nie miałem pojęcia, a które są problemami podstawowymi. W opowieści o życiu Ojca Świętego tego rodzaju spotkań ze śmiercią, tragedią, cierpieniem było bardzo dużo. Film dotyka ich w sposób prosty i elementarny i może przez to tak mocno przemawia. Cieszę się, że właśnie tak zostało to opowiedziane, mimo iż krytykom marzyłaby się bardziej nowoczesna i odkrywcza kinowa forma.

Poruszyły mnie bardzo sceny z Kalkuty. Czy w filmie grali autentyczni biedacy?

Te zdjęcia były kręcone w Durbanie, w Afryce, gdzie w opuszczonym skrzydle szpitala, który przyjmuje głównie osoby chore na AIDS, żyje duża społeczność hinduska. Kręciliśmy zdjęcia również w wioskach zbudowanych z tektury, a ich mieszkańcy to nie byli statyści przywiezieni tam na potrzeby filmu, ale autentyczni tubylcy. Mieliśmy świadomość, że 70% tej ludności jest nosicielami AIDS. Pamiętam swoje prywatne obawy podczas kręcenia scen, w których całuję dzieci, obejmuję je. Pomyślałem wtedy, że Papież się nie bał, że takimi właśnie gestami przekazywał im ciepło, dawał wyraz miłości. Widziałem, że oni nie grali radości z naszego spotkania, zaskoczenia tą bliskością i ciepłem. Tych emocji nie da się tak do końca zagrać, one były bardzo autentyczne. To tak jak z dziećmi, z którymi nie można się umówić na zagranie zaufania – one muszą zaufać do końca.

Jak zmieniło się Pana patrzenie na świat po spotkaniu z tak skrajną biedą, cierpieniem?

Pamiętam wystawę, którą widziałem kiedyś na rynku w Krakowie, dotyczącą łamania praw człowieka w Chinach i w Tybecie. Byłem bardzo poruszony zdjęciami torturowanych ludzi, nędzy, a z drugiej strony zadawałem sobie pytanie, co to da. Czy organizatorzy chcą, żebyśmy znów wpłacili jakieś pieniądze? Sama nasza świadomość jest ważna. Są ludzie, którzy wolą tego wszystkiego nie widzieć, i myślę, że to jest właśnie grzech cywilizowanego świata. Zapominamy, że nie jesteśmy sami na tej ziemi. Będąc tam, próbowałem oczywiście wyleczyć swoje sumienie, podzielić się tym, co mam, choć wiem, że to było bardzo doraźne. Myślę, że ten film jest również swego rodzaju „wystawą na rynku”, która nas uświadamia. Na przykład historia o porywanych dzieciach, wcielanych do obozów śmierci, która jest oparta na faktach. W filmie jest ona pokazana bardzo delikatnie. Widziałem dokumenty mówiące o tym, w jaki sposób okaleczani są ludzie za dezercję z takich obozów – obcina się im ręce, uszy, usta, kobiety są oszpecane… Nawet trudno to nazwać zwierzęcym okrucieństwem. Opowiadając o tym, a także o biedzie, film spełnia ważną misję – być może poruszy kilka serc, jakiś wolontariusz pojedzie do Afryki…

Czy nie boi się Pan, że teraz będzie Pan obsadzany tylko w rolach pozytywnych bohaterów?

To, co mnie zawsze interesowało w moim zawodzie, to wyzwanie, jakim jest konieczność coraz nowych kreacji, ciągłego zmieniania się. W pierwszych wywiadach po ukończeniu szkoły teatralnej skarżyłem się, że jestem obsadzany zgodnie z wyglądem jako amant, że dostaję tylko role nieśmiałych blondynów. Teraz mam już za sobą przeróżne role, często znane tylko niewielkiemu procentowi widzów, gdyż Teatr Telewizji przegrywa, niestety, z serialami. Marzę o kolejnych wyzwaniach i takie propozycje na szczęście otrzymuję. Niedługo będę grał w teatrze kobietę. Zagrałem też w filmie Tomasza Koneckiego według scenariusza Andrzeja Saramonowicza rolę ornitologa, któremu żona uciekła sprzed ołtarza i który, pijąc z kolegami, narzeka na kobiety. Jest słaby, rozhisteryzowany i ostro przeklina. Mówiłem o tej roli pewnemu księdzu, który stwierdził, że nie mogę po Karolu Wojtyle grać ludzi słabych, ale nie potrafił, niestety, powiedzieć mi, kogo w takim razie mam grać. Jerzy Pilch zażartował sobie, że Adamczyk po roli Papieża powinien umrzeć. Ja jednak mam zamiar żyć i zmieniać swój wizerunek. Dla widzów. Tak rozumiem swój zawód.

Czy jest rola, której na pewno by Pan nie przyjął?

Przyjąłbym każdą ciekawą rolę, nawet bardzo negatywną, pod warunkiem, że przesłanie filmu czy sztuki byłoby pozytywne, kończyłoby się uczciwie, sprawiedliwie, nie przekłamywałoby wartości. Aktorzy są od tego, by być jak najbardziej wiarygodni. Jeżeli miałbym grać mordercę, to starałbym się go zrozumieć, bo uważam, że wszyscy ludzie są dobrzy, tylko niektórzy zbłądzili. Chciałbym wiarygodnie umotywować jego zachowania. Myślę, że jesteśmy po to, by wyjaśniać inność. Jestem przekonany, że wielu homofobów czy antysemitów, oglądając filmy o ludziach, których w głębi serca nienawidzą, może zmienić poglądy, kiedy po drugiej stronie zobaczą człowieka.

Gdybym jednak dostał propozycję grania księdza, nie ucieszyłbym się – tę rolę już zagrałem. Nie chciałbym także odcinać kuponów w ten sposób, że teraz będę jeździł po parafiach i odsłaniał pomniki Jana Pawła II albo otwierał szkoły jego imienia.

Czy nie sądzi Pan, że Pana życie prywatne oceniane będzie teraz przez pryzmat roli Papieża, że będzie Pan dużo surowiej rozliczany jako osoba publiczna?

Mój problem po zagraniu tej roli polega na tym, że ludzie postrzegają mnie teraz jako kogoś lepszego. Często zwracają się do mnie jak do księdza, myślą o mnie jako o osobie bardzo religijnej, duchownej. To doświadczenie na pewno bardzo mnie zmieniło, ale zmieniło przede wszystkim postrzeganie mojej osoby przez innych, a to jest kredyt, którego nie sposób spłacić. Aktorzy są narzędziami do przekazywania idei. Tymczasem sami z siebie są tylko ludźmi, omylnymi, którzy mają prawo do błędów w życiu. Jestem kawalerem, ale jeśli, na przykład, zdarzyłoby mi się kiedyś w życiu rozwieść, to byłby to mój własny błąd i fakt, że zagrałem rolę Papieża, nie powinien mieć tu znaczenia. To jest moje życie, moje własne błędy, za które sam biorę odpowiedzialność. Rozumiem widzów, którzy utożsamiają mnie z rolą, ale się z nimi nie zgadzam.

Jaką wiarę wyniósł Pan z domu?

Pamiętam, że babcia nauczyła mnie paciorka: „Dziękuję Ci, Boziu, za dzień szczęśliwy i proszę Cię o noc szczęśliwą. Dobranoc Ci, Boziu, ja już idę spać, a jutro raniutko daj mi, Boziu, wstać”. Codziennie powtarzałem to wieczorem i pamiętam swoje dziecięce przerażenie, że Bozia którejś nocy mnie nie wysłucha i nie pozwoli mi wstać. Przez ten paciorek bałem się, że umrę. Niedawno podczas Gali Słowa w Poznaniu Anna Seniuk czytała piękny wiersz ks. Twardowskiego o małej wierze – o takiej naiwnej dziecięcej wierze, która w porównaniu z naszą dorosłą, teologiczną, jest często dużo piękniejsza i prawdziwsza. Oczywiście ona musi ewoluować, ale ja właśnie za taką naiwną wiarą tęsknię, żałuję, że już nie potrafię być tak ufny jak dziecko. Kiedy myślę o mojej dziecięcej wierze, to uświadamiam sobie, że została ona nieco zachwiana – przez niesprawiedliwego proboszcza, przez zagmatwanie, przez niezrozumienie.

Kiedyś w Meksyku miałem spotkanie z 800 seminarzystami. Trwało ono bardzo długo. Kiedy wydawało mi się, że już są bardzo zmęczeni, oni zadawali wciąż nowe pytania. Każdą swoją odpowiedź musiałem rozpoczynać od zdania, że jestem tylko aktorem. Między innymi zapytano mnie, co bym im przekazał na tę ich kapłańską drogę. Poprosiłem wtedy moją przyjaciółkę, która dobrze zna hiszpański, żeby przetłumaczyła wiersz ks. Twardowskiego, w którym on mówi bardzo prosto: „Nie strasz śmiercią, bo po co, błogosław, chwal”. To, co pamiętam z mojego negatywnego doświadczenia wprowadzania w wiarę, to właśnie niepotrzebne straszenie Panem Bogiem, karą za grzechy. Myślę, że ogromna odpowiedzialność księży, którzy mają rozwijać wiarę w dzieciach, polega na tym, aby nie okaleczyć tego, co w nich naturalne.

Jak traktują teraz Pana w Watykanie i czy miał Pan okazję spotkać się z Benedyktem XVI?

Przyjeżdżając do Rzymu i odwiedzając Watykan, przeżywam niezwykłą satysfakcję i radość ze sposobu, w jaki jestem tam witany. Dzięki pokazom film obejrzała watykańska społeczność – księża, kardynałowie, biskupi, Szwajcarzy, pielęgniarze, ochroniarze, telefonistki, siostry. I teraz, będąc tam, czuję się trochę jak w domu, mam tam przyjaciół. Benedykt XVI, kiedy dostrzega mnie w tłumie pielgrzymów, poznaje i zawsze macha mi ręką. I to jest jedna z tych niezwykłych nagród, podobnie jak nagrodą były łzy Ojca Świętego i kardynała Dziwisza podczas projekcji filmu.

Spotykamy się na pięterku kawiarni „To lubię”. Proszę powiedzieć, co Panu przychodzi do głowy na myśl: TO LUBIĘ?

Gdy byłem młody, umiałem odpowiadać na pytania o moją ulubioną książkę, film… Ten ranking rzeczy, które lubię, był bardzo czytelny. Teraz lubię być otwarty na nowe rzeczy, nie chcę sobie zamykać drogi do tego, aby moją ulubioną książką była ta, którą dopiero przeczytam. To lubię…

Chcę się wspinać dalej
Piotr Adamczyk

urodzony w 1972 r. – aktor teatralny i filmowy, ukończył warszawską PWST, studiował w Brytyjsko-Amerykańskiej Akademii Teatralnej w Londynie. Występował m.in. w Teatrze Współczesnym w Warszawie, zagrał w wielu znanych film...

Chcę się wspinać dalej
Barbara Bednarz

dziennikarka....