Byliśmy wielcy

Byliśmy wielcy

Wędrowaliśmy na piechotę przez cały kraj; jechaliśmy stopem, tłoczyliśmy się w zapchanych pociągach, w autobusach z parafii. Chcieliśmy być z Nim, wszyscy razem – i dać świadectwo. Czekaliśmy na ulicach, długo stojąc w ścisku, byle tylko zobaczyć przez moment białą sylwetkę za szybą. Tkwiliśmy godzinami na wielkich placach, wypełnionych setkami tysięcy naszych bliźnich, w skwarze, w ulewnym deszczu, w zimnie i wichurze. Nasz Papież pojawiał się wreszcie – i ogarniało nas wszystkich uniesienie, przebiegał dobroczynny wstrząs. Płakaliśmy z radości i ze wzruszenia, wybuchaliśmy entuzjazmem, a nasze skruszone serca, uwolnione z zaschłych skorup lęku i apatii, płonęły zapałem. Papież mówił do nas – i byliśmy jednym duchem w milionie ciał. Każdy z nas został nagle przygarnięty do tej wspólnoty, każdy na to zasługiwał, każdemu z osobna powiedziano: nie lękaj się. Masz prawo być tutaj. To jest twój Kościół, twoi bracia, to jest twoja ziemia. Możesz ją zmieniać.

Mieliśmy jasną świadomość cudu. Mieliśmy pewność, że nigdy przedtem w historii Polski nie zdarzyło się coś tak potężnego. Rozpostarto nad nami łopoczące białe skrzydła, szumiał nam nad głowami porywisty, wielki wiatr Historii. Wiedzieliśmy, że nic już nie będzie takie jak przedtem, bo ogarnęła nas Wielkość i pozwoliła nam – kazała nam! – być wielkimi. Wracając z tych zgromadzeń, ogarnialiśmy życzliwością i braterstwem wszystkich – nawet tych, których mieliśmy się bać: posępnych, umundurowanych rodaków w niebieskich nyskach, ustawionych gęsto wzdłuż tras naszego przejścia. Nasz Papież przypomniał nam, że ONI to też dzieci Boże, tylko że pogrążone w mroku, więc, przepełnieni pokojem i dobrą wolą, uśmiechaliśmy się i machaliśmy do nich przyjaźnie, a oni albo odwracali oczy, albo patrzyli za nami z dziwnym wyrazem twarzy. Nie uważaliśmy ich za wrogów. Naszym wrogiem był tylko „Boga nieprzyjaciel stary” – a jego nakazano nam zwyciężać dobrem.

Było tak, jak byśmy narodzili się na nowo.

Jak to się stało – i kiedy właściwie – że tak się podzieliliśmy? Teraz nie jesteśmy już razem. Teraz już wiemy, że w tym tłumie staliśmy obok przeszłych i przyszłych zdrajców i donosicieli, grzesznych księży i biskupów, obok wiarołomnych małżonków i niewiernych żon, obok cynicznych, zakłamanych polityków i sprzedajnych dziennikarzy. Takim to tłumem byliśmy. Ale czy nasz Papież nie wiedział o nas tego wszystkiego od początku?

Wiedział, rzecz jasna.

Odwoływał się jednak do Dobra, żyjącego w każdym z nas. I uzyskiwał odpowiedź. Tak! Mimo wszystko, zrobiliśmy wiele dobrego. Czy wszyscy? Całkiem możliwe, że wszyscy. Nawet ONI.

Przeszliśmy z Nim od naszych powtórnych narodzin aż do Jego śmierci, którą odczuliśmy chyba tak, jakby była naszą. Bez Niego jest ciemno, brudno i podle; kłócimy się, pozmieniały nam się priorytety, machnęliśmy ręką na te wszystkie nierealistyczne pryncypia, jesteśmy tacy zmęczeni i mamy depresję, nasz Papież nas zostawił i zaczynamy wątpić w to, czy naprawdę przydarzył nam się ten cud. Nie jesteśmy już wielcy, może zresztą nigdy nie byliśmy.  Ale – czy być nie możemy?

Czy nie możemy urosnąć? Być znowu razem?

Któż potrafi nas skłócić, jeśli będziemy chcieli znów być prawdziwą wspólnotą? Nikt! Więc dlaczego tak posłusznie pozwalamy się klasyfikować i dzielić, potulnie przyjmujemy etykietki oraz epitety, dlaczego patrzymy na siebie wrogo i podejrzliwie, dlaczego obrzucamy się nawzajem pogardliwymi wyzwiskami? Przecież, nawet tak głupio podzieleni, nadal jesteśmy jednym Kościołem, tym samym, który mókł na Błoniach, śmiał się i modlił, śpiewał i wędrował, a w końcu płakał na ulicach błyszczących od zniczów i świec.

Przecież nie utraciliśmy Go na zawsze; jest wciąż z nami i nawet do nas mówi – jak zawsze tymi starodawnymi słowami, zapisanymi przed tysiącami lat. Musimy Go tylko nadal słuchać, tyle że już – uważniej. Uważniej! Wszystko jeszcze można naprawić. Po ciemnej nocy znów nastaje dzień, po zimie – wiosna. W ogrodzie, spod zgniłych liści i zeszłorocznych śmieci, wyłażą świeże, zielone ostrza i z niepowstrzymaną siłą pną się wzwyż. Przyroda tylko na pewien czas zamiera – nie: umiera. Słowa, raz wypowiedziane, wciąż gdzieś dźwięczą; napisane – trwają, choćby nawet spłonął papier. To, co stało się niewidzialne, nadal istnieje, tylko inaczej. To, o czym pamiętamy, nie umrze nigdy. To, co zechcemy wcielić w czyn – stanie się faktem. Siły umysłu i duszy kształtują rzeczywistość; przecież widzieliśmy to na własne oczy! Czy to nie On nas tego nauczył?

Kazał nam się nie lękać – więc się nie lękajmy. Przed nami nowe wyzwania. Jak to dobrze!

Byliśmy wielcy
Małgorzata Musierowicz

urodzona 9 stycznia 1945 r. w Poznaniu – z domu Barańczak, siostra Stanisława Barańczaka, absolwentka PWSSP w Poznaniu, najbardziej znana jako autorka serii Jeżycjada....