Rodzina jest najważniejsza

Rodzina jest najważniejsza

Jestem połączony z żywymi i zmarłymi członkami rodziny pajęczyną powiązań. Nie są tylko liniami kreślonymi na papierze, ale czymś rzeczywistym – obecnym we mnie na ogół jako emocje, tęsknoty, wrażliwość…

Jesteśmy związani z innymi ludźmi – wszyscy wszak jesteśmy synami Adama i córkami Ewy. Bóg stawia ich na naszej drodze, byśmy mogli od nich brać. Od każdego człowieka można coś wziąć, czegoś się nauczyć… Spotykam się ze światem, który jest bardzo bliski mojego – bo przecież też ludzki, złożony z podobnych elementów – ale zarazem zupełnie inny: odsłaniający nowe perspektywy, inne horyzonty, przesycony innymi emocjami…

Coś ważnego i użytecznego można wziąć od każdego, ale tymi, od których możemy i powinniśmy brać przede wszystkim, są członkowie naszej rodziny. Rodzice, rodzeństwo, dziadkowie…

Podarta fotografia

Wszystko zaczęło się od fotografii. Wykonana w prowincjonalnym zakładzie, prawie sto lat temu, jest typową fotografią rodzinną. Bardzo precyzyjnie skomponowaną – starsza kobieta z grubym modlitewnikiem w ręku siedzi pomiędzy dwojgiem dzieci: pięcio–, może sześcioletnim chłopcem (to jedyny „mężczyzna” na zdjęciu) i trochę starszą dziewczynką. Domyślamy się, że to pewnie jej wnuki. Za dziećmi, po obu stronach babci, stoją dwie młode, piękne kobiety. One z kolei są zapewne jej córkami – jedna z nich trzyma rękę na ramieniu matki. Fotografia jest w fatalnym stanie – przedarta na trzy części, z oberwanym rogiem… Cudem wydaje się, że ocalała do dzisiaj.

Od niej się wszystko zaczęło. Dziś już wiem, kim są osoby na niej uwiecznione. Jej główna bohaterka to Józefa Podolska z domu Stroińska, obywatelka miasta Mogielnicy zamieszkała po zamęściu w domu przy ul. Żabiej 8. Urodziła się w roku upadku powstania styczniowego, żyła prawie sto lat… Niewykształcona, ale mądra i powszechnie szanowana. Znana w mieście i okolicach jako ostatnia, która potrafiła szyć tradycyjne czepki – zmarłe kobiety wyruszały w nich w swą ostatnią drogę.

Młode kobiety w eleganckich sukniach, stojące po jej bokach, to rzeczywiście córki – Anna i Emilia. Pierwsza wyszła za mąż za mogielnickiego szewca (to najbardziej popularna wówczas profesja w mieście), druga miała dwóch mężów. Pierwszy, przybyły z Warszawy felczer, przedwcześnie zmarł (podobno otruty przez konkurencję niedającą sobie przy nim rady); z drugim miała córkę Annę – od niej otrzymałem fotografię.

Mała dziewczynka z bukietem bzu w ręku i w bezowym wianuszku na głowie ma na imię Janka – mając szesnaście lat, wyszła za mąż, a rok później zmarła przy porodzie. Jej wuj Michał – starszy brat Anny i Emilii – przebywał wówczas w Mszczonowie. Jako jedyny z licznego rodzeństwa opuścił rodzinne miasto, rozgoryczony uniemożliwieniem mu przez bliskich małżeństwa z ukochaną kobietą. Kilka lat później ożenił się z Apolonią Ziółkowską. Ich jedyne dziecko, Jadwiga, to moja ukochana Babcia…

Narysować genealogię

Postanowiłem „narysować” swoje drzewo genealogiczne. Używam cudzysłowu, bo celem nie było zapełnienie karty papieru nazwiskami, datami i liniami symbolizującymi pokrewieństwo, ale przede wszystkim spotkanie z bliskimi – tymi, którzy jeszcze żyją, i tymi, którzy już odeszli.

Zacząłem ich zbierać. Najpierw tych, których znałem – oprócz rodziców i rodzeństwa, ciocie, wujkowie, dziadkowie, częściowo ich rodzeństwo, dwóch pradziadków, jedna prababcia… W sumie dwadzieścia parę osób. Od tego czasu minął niecały rok. Dzisiaj znam przeszło setkę imion moich przodków. Wszystkich tych, których udało mi się spotkać – w żyjących krewnych, w ich opowieściach i na cmentarzach. Wszystkich odczuwam dziś jako żyjące we mnie, bliskie mi osoby.

To, co się wydarzyło w ciągu minionego roku, jest jedną z najważniejszych przygód mojego życia. Jak każdy, przyswoiłem w religijnej edukacji jako jedno z pierwszych pojęć teologicznych „grzech pierworodny”. Do dzisiaj pamiętam emocje, gdy jako małe dziecko patrzyłem na ilustrację przedstawiającą zrozpaczonych Adama i Ewę, opuszczających raj i stojącego u wrót potężnego anioła z płonącym mieczem… I jak każde dziecko, przygotowując się do pierwszej komunii, zapoznałem się z definicją chrztu, którego skutkiem jest „zgładzenie grzechu pierworodnego”.

Potem, jak wielu dorosłych, obserwując małe dzieci, odkrywałem ze zdumieniem, że te kochane aniołki potrafią być skrajnymi egoistami. I najwyraźniej nie muszą się od nikogo uczyć takich zachowań – wręcz przeciwnie: uczyć je trzeba postaw społecznych, opartych na altruizmie, na szacunku dla innych, uznaniu także cudzych potrzeb. Fakt ten tłumaczymy wrodzoną obecnością skazy pchającej ku złu, wiążemy ze skutkami grzechu pierworodnego. W nauczaniu o grzechu pierworodnym zobaczyłem też jednak inne prawdy: o głębi wzajemnego związania ze sobą (zwłaszcza wewnątrz rodziny) i znaczeniu przeszłości dla obecnego życia.

Przekazywanie grzechu pierworodnego z pokolenia na pokolenie świadczy, jak bardzo jesteśmy związani z przeszłością, jak wielki wpływ na teraźniejszość ma historia. Przeszłość można wprawdzie zapomnieć, wyrzucić ze świadomości, ale i tak pozostaje w swoich skutkach.

Z tym co minione wiążemy się przez rodziców – przez nich przychodzi dar życia. Stajemy się kolejnym ogniwem w łańcuchu życia, w którym następujemy po ich rodzicach, dziadkach, pradziadkach… aż do Adama i Ewy. Osobisty rozwój, przyszłe wybory, nie są uwarunkowane „genetycznie”, ale od chwili poczęcia życie człowieka zaczyna się rozwijać w ramach wyznaczonych przez rodzinną historię.

Sto kilometrów od Wilna

Głębiej w przeszłość spojrzeć jest trudno, bo pamięć rodziny rzadko zachowuje żywy obraz dawniejszych pokoleń. Przeważnie nie jesteśmy w stanie dowiedzieć się o nich czegoś więcej niż imion… Odkrywanie korzeni, budzenie pamięci, uświadamia jednak, że przecież pradziadkowie też mieli swoich rodziców, dziadków i pradziadków. Zdarzenia ich życia sięgają swoimi konsekwencjami do dzisiaj. Jeśli chcę zrozumieć siebie, nie mogę odwracać spojrzenia od przeszłości.

Trochę ponad sto kilometrów na wschód od Wilna, na terenie dzisiejszej Białorusi, leży senne miasteczko Narocz. Tam są groby moich przodków. Swoją nazwę wzięło od pobliskiego jeziora – swego czasu największego w Polsce. Nie zawsze jednak tak się nazywało – od momentu swojego powstania aż do ostatniej wojny znane było jako Kobylnik. „Było znane”, to mocno powiedziane. Znali je tylko ci, którzy mieszkali w jego pobliżu. Nie ma tam żadnych godnych uwagi zabytków, żadnego przemysłu, nie wydarzyło się tu nigdy nic ważnego. Może z wyjątkiem bitwy, która rozegrała się w pobliżu podczas I wojny światowej. Do dzisiaj zostały po niej ślady w postaci niemieckiego cmentarza wojennego i licznych, dostępnych na aukcjach internetowych, widokówek, które z upodobaniem wydawała wojskowa poczta polowa. Dzięki nim można w szczegółach zobaczyć, jak to miejsce wyglądało przed stuleciem. Wówczas, gdy urodził się w nim mój dziadek…

Krzysztofowiczowie mieszkali w Kobylniku „od zawsze” (a w każdym razie co najmniej od dwóch stuleci – tak daleko sięga pamięć rodziny). Bartłomiej – pierwszy z nich, najstarszy poznany przeze mnie z imienia, był bednarzem. Pozostali podobnie: pokolenie po pokoleniu – sami rolnicy i drobni rzemieślnicy. W opublikowanym w 1929 roku bardzo szczegółowym ogólnopolskim spisie przedsiębiorców pod hasłem „Kobylnik” nie znajdujemy żadnego Krzysztofowicza. Zwyczajni, prości, niezauważeni przez historię ludzie…

Pośród nich moja prababcia Stefania. Osoba szczególnie dla mnie ważna – tajemnicza i trochę złowroga. Pradziadek przywiózł ją z Petersburga. Pochodziła z polskiej rodziny Sobolewskich, żyjących „gdzieś na wschodzie”. Zajmowała się zielarstwem. Trochę leczyła ludzi, ale mówiono, że nie tylko leczyła…

Moc rodzinnych więzi

Odkrywałem moc rodzinnych więzi. Są tym silniejsze, im bliższe. Najmocniejsze pomiędzy rodzicami i dziećmi, pomiędzy małżonkami, czyli mężczyzną i kobietą, którzy połączyli się w związek otwarty na wydanie potomstwa, oraz pomiędzy ich dziećmi, czyli rodzeństwem. Siła więzi słabnie w miarę oddalania – coraz mniej łączy mnie z dziadkami, pradziadkami, z ich rodzeństwem. Coraz mniej nigdy jednak nie znaczy nic. Skoro istotni dla naszego życia są nawet Adam i Ewa, nie mogą być bez znaczenia losy ich potomków a naszych bliższych przodków.

Więzi rodzinne są też nierozerwalne. Nie jest w stanie zniszczyć ich upływ czasu, odległość, konflikty, nawet śmierć… Nierozerwalność to nie postulat, a fakt. Mówi się np. o nierozerwalności małżeństwa. Rozumiemy to jako zobowiązanie zaciągnięte przez dwoje ludzi do trwania w związku przez całe życie. Nierozerwalność odkryłem jednak nie tylko i nie przede wszystkim jako uznanie, że mężczyzna i kobieta powinni być razem, ale jako przyjęcie faktu, że są razem. Gdy między mężczyzną i kobietą dochodzi do największej dostępnej ludziom bliskości w akcie seksualnym, ich więź staje się nierozerwalna. Będzie już istniała zawsze – nawet wówczas, gdy małżeństwo w sensie zewnętrznym przestanie istnieć. Będzie istniała jako niemożliwa do usunięcia obecność w sercu drugiego człowieka. W stworzonym przez Boga świecie nie ma większej mocy niż ta, która łączy mężczyznę i kobietę – „tak ściśle, że stają się jednym ciałem”. Jest tak wielka, że wyłania się z niej nowe życie…

Żywy organizm

Przemierzając ślady swoich bliskich, odkrywałem rodzinę jako żywy organizm. Jestem połączony z żywymi i zmarłymi członkami rodziny pajęczyną powiązań. Nie są tylko liniami kreślonymi na papierze, ale czymś rzeczywistym – obecnym we mnie na ogół jako emocje, tęsknoty, wrażliwość… Często nie jesteśmy świadomi, skąd się biorą – sądzę, że w ogromnej mierze są sposobem obecności w nas naszych bliskich. Ich darem dla nas, a czasem wołaniem o pamięć, o uznanie istnienia. Żadna z części organizmu nie jest zupełnie niezależna. Każda może funkcjonować prawidłowo tylko wówczas, gdy liczy się z pozostałymi – nie próbuje ich ignorować ani dominować nad nimi.

Najważniejszym skutkiem grzechu Adama i Ewy jest rozpad harmonii. Wprawdzie tylko o człowieku zostało wprost powiedziane, iż został uczyniony na Boży obraz i podobieństwo, ale można to określenie przez analogię rozciągnąć na cały świat. Na obraz Trójjedynego był on niezwykle różnorodny, a zarazem stanowił doskonałą, pozbawioną konfliktów i napięć jedność. W Bożym zamyśle jego różnorodność miała stanowić doskonałą harmonię. Obecność zła w świecie polega na zniszczeniu pierwotnej jedności.

Harmonia ludzkości zakorzeniona jest w rodzinie, w której dowiaduję się, że jestem częścią większej całości, uczę się kochać i być kochanym. Tu też, niestety, bierze początek rozbicie. Dokonuje się pomiędzy mężczyzną i kobietą: synem Adama a córką Ewy. Brak jedności promieniuje na relacje między dziećmi, relacje dzieci z rodzicami, na wszelkie odniesienia międzyludzkie. Początki wszystkich wojen są w tym, co dzieje się między mężczyzną i kobietą…

Rana wykluczenia

Największą raną zadaną rodzinie jako całości jest wykluczenie któregoś z jej członków, pozbawienie prawa przynależności. W formie drastycznej dzieje się tak przez odebranie życia – najczęściej przez aborcję. O wiele częściej wykluczenie dokonuje się poprzez skazanie na zapomnienie. Spychanie przeszłości w niepamięć związane jest zawsze z trudnością poradzenia sobie z jakimś doświadczeniem. Wewnątrz rodziny może nim być poczucie wstydu, wynikające z obecności osób chorych psychicznie czy przestępców. Często odmawia im się prawa do bycia rodziną.

Innym powodem, dla którego wykluczamy, jest niezgoda na czyjś los. Często odnosi się to do tragicznie lub przedwcześnie zmarłych. Nieoczekiwane odejście staje się traumą, rzutującą na dalsze życie. Nie ma ona końca, ponieważ pod adresem Boga czy losu wysuwa się niemożliwe żądanie przywrócenia zmarłego do życia. Pozostali przy życiu noszą głębokie pragnienie połączenia się z tymi, którzy odeszli. Paradoksalnie, płynące z miłości pragnienie uniemożliwia miłość. Niepogodzenie się z czyjąś śmiercią sprawia, że zmarły nie może być pozytywnie obecny w swojej rodzinie – odmawia mu się bowiem prawa do bycia umarłym, czyli bycia sobą. Nie może swoim bliskim „udzielić błogosławieństwa”, staje się dla nich „przekleństwem”.

Lekarstwo szacunku

Sytuacje wykluczenia to brak szacunku. Odmawiamy członkom rodziny, żywym i zmarłym, prawa przynależności do wspólnoty takimi, jakimi są. Świadomie lub nie, próbujemy decydować, kto ma to prawo. A jedynym, który to prawo ma, jest Bóg – Dawca życia.

Sytuacje takie powodują, że w miejscu wykluczonych osób pojawia się pustka. Jednak natura, także natura systemu rodzinnego, nie znosi próżni. Puste miejsca są wypełniane przez inne osoby, przychodzące na świat. Skumulowane w rodzinie poczucie winy, powstałe wskutek wyrzucenia któregoś z członków poza jej obręb, często skupia się w kimś, kto rodzi się później. Może on rozumieć życie jako konieczność pokutowania, złożenia ofiary, nie zdając sobie sprawy z genezy swoich motywacji. Nierzadko los kogoś żyjącego dzisiaj jest uwikłany w historię osoby dawno zmarłej, czasem nawet zupełnie zapomnianej. Zapominanie bowiem jest najczęstszym sposobem radzenia sobie z winą…

Wyjście z takiego rodzinnego uwikłania dokonuje się poprzez postawę szacunku: wewnętrzną zgodę na los członków rodziny, przyznanie prawa do bycia jej częścią. W stronę przeszłości należy zawsze zwracać się z pokorą – nie uzurpować sobie prawa do oceniania tych, którzy żyli wcześniej. Jako ci, którzy przyszli później, zawsze jesteśmy mniejsi – glinie nie wolno sądzić garncarza. Jeśli próbuję patrzyć z góry, odcinam się od korzeni, pozbawiając siły płynącej z wszystkiego, co jest dobrem rodziny. Uzdrowienie samego siebie jako członka rodziny dokonuje się poprzez miłość – poprzez poznanie przeszłości, odsłonięcie tego, co się wydarzyło i przygarnięcie wszystkich, niezależnie od tego, kim byli.

* * *

Początkiem procesu uzdrawiania, tej wędrówki w przeszłość własnej rodziny, jest najczęściej ciekawość. Często wszystko zaczyna się od podartej fotografii. Potem przychodzą spotkania z krewnymi – żywymi i zmarłymi, dobrze osadzonymi w pamięci rodziny i zupełnie zapomnianymi. Kresem jest zgoda na nich wszystkich – takimi, jakimi byli. Owocem – ich żywa i błogosławiona obecność w sercu.

Rodzina jest najważniejsza
Jacek Krzysztofowicz

były dominikanin....