Dobry łotr i stara szafa

Dobry łotr i stara szafa

Życie na podsłuchu, scen. i reż. Florian Henkel von Donnersmarck, wyst. Martina Gedeck, Ulrich Muehe, Sebastian Koch, Niemcy 2006

Mechanizm jest zawsze ten sam. Opleść systemem podejrzeń, wątpliwości i zagrożenia. Poddać kontroli najdrobniejszą sferę życia. Wpoić ludziom przekonanie, że nie ma żadnej pewności, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Grzeszność systemu kontroli totalnej bazuje na braku zaufania, podejrzliwości i zakwestionowaniu sensu najbardziej intymnych więzi. Potem już wszystko idzie gładko. Trzeba tylko umiejętnie podsycać strach, wygrywać na karcie pochlebstwa, niby nic nieznaczących informacji, na przykład, w zamian za studia dziecka, paszport albo zwyczajny bon w Peweksie. A gdy karta zacznie się odwracać, w jednej chwili zmieniać front, przerzucać uwagę, żeby jeszcze przez moment utrzymać stołek, nawet śmiać się na zawołanie, żeby pokazać, że nie jest się najgorszym.

Oryginalny tytuł filmu dobrze oddaje pewną przewrotność serca, nie tylko systemową, ale też drugą, grożącą duchowym zawałem. Życie na podsłuchu, właściwe Życie innych należałoby zdefiniować jako niezdrową ciekawość, zawiść, tropiącą zazdrość, a w końcu chęć zniszczenia czyjegoś życia. Albo takie, które karmi się cudzymi problemami i nawet nie zdaje sobie sprawy, jak wypłukuje się z ludzkich odruchów. Jak możemy zobaczyć w filmie, podsłuchiwanie to cała machina aparatu śledczego, skuteczna metoda utrzymywania w przeciętności i zniewoleniu. Oczywiście i szarość systemu może być na rękę. Można się zamrozić, schować ideały w lodówce, zaszyć na boku, mieć swój własny świat, własne M4, wytapetowane w bezbarwne kolory, i nawet miłość na telefoniczne zawołanie. Można nie zwracać uwagi na sąsiadów, robić to, co każą, „tylko wykonywać rozkazy”. Bo jest w nas taktyka strachu, która potrafi wykluczyć namysł nad rzeczywistością i jej sensem. Tym zajmą się inni, a my lepiej się nie mieszajmy, raczej ćwiczmy umiejętność miękkiej gry uników i gestów, które tworzą zasłonę bezpieczeństwa. Lepiej w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku wychodzić do pracy jak do każdej innej i w ciszy pokojów przesłuchań łamać charaktery, niszczyć cudze talenty i miłości. Z beznamiętnym spokojem szukać klasowych wrogów, w czarno–białym schemacie, użytecznym w podziale na „onych” i „naszych”. Jest w tym filmie scena wykładu, w której główny bohater, pracownik STASI, uczy zasad działania przyszłych śledczych. Opowiada o regulaminie sprawnego postępowania w czasie przesłuchań i punkt po punkcie analizuje poszczególne sposoby „zmiękczenia materiału”, by udowodnić winę, bo nie ma takich, którzy jej nie mają. Nie wiadomo, czy gorszy jest wypruty z emocji ton opowiadania czy wykładany przedmiot.

Jeśli szukać analogii do filmowego przesłania, to można znaleźć literackie podobieństwo ekranowego bohatera do Szawła, gorliwego ucznia ze szkoły Gemaliela. Przyznajmy, niezwykle uczciwego w wypełnianiu rozkazów zwalczania szerzącej się w Jerozolimie herezji. Dzieje Apostolskie zastają go, gdy szuka okazji do wykazania się, wyrażenia swojego oddania i ofiarności dla sprawy, do czasu, gdy światło pod Damaszkiem poruszy „włókna duszy i chrząstki sumienia”. Bo taki moment przychodzi, czasem nieoczekiwanie. Zastaje nas tam, gdzie jesteśmy, nie czeka, a w karłowaty świat naszych wyobrażeń o sobie wpuszcza światło, które domaga się wyłączności. Można z tego nic nie rozumieć, ale siła impetu nawrócenia już działa, wpycha na nowe koleiny życia, zaprasza do nowych nawyków i porzucenia dotychczasowej drogi na rzecz innej.

Co może być tym światłem, które nas poruszy? Choćby muzyka. Ta reżyserska myśl przywodzi na myśl rozważania starożytnych o leczniczej mocy dźwięku, który uzdrawia przez duchowe oczyszczenie. Arystoteles pisał, że niektórzy ludzie pod wpływem melodii wprawiających dusze w stan zachwytu znajdują ukojenie, jakby zażyli lekarstwo lub środek uśmierzający. W filmie Floriana Henkela muzyka uderza w zapomnianą część życia, bo temu, który podsłuchuje, otwiera się nagle wymiar daleko inny od ziemskich zaszczytów, dla których żył do tej pory. Dźwięki sonaty o Dobrym człowieku (sic!) ujawniają mu własną nicość i hańbę zawodu.

Trzeba jeszcze dodać, że paradoks nawrócenia polega na tym, iż z narzędzia systemu zła można nieświadomie stać się oślicą Balaama. To także mamy w tym filmie. To znaczy można przeciąć się z czyjąś linią życia w czasie złym i samobójczym. Przywrócić komuś utracony sens, ogrzać nadzieją na dzień następny, pokazać, że warto, że nie wszystko stracone, że można jeszcze raz zacząć. To może być bardzo nieposklejane słowo, dalekie od płynności. Przypadkowe spotkanie mające posmak anonimowości, raz i nigdy już więcej. Ale czy Temu, który widzi w ukryciu, nie o to chodziło, gdy zostawił nam swój testament miłości zamknięty w przykazaniu? Każdego z nas podsumuje za czyny, o których nie rozgłaszamy na dachach.

Wyprostowanie naszego kręgosłupa duchowego niesie ze sobą skutki, które trzeba przyjąć z ogromnym zaufaniem. Ratując bowiem innych, wychodząc z własnej komory podłości, musimy zgodzić się na stratę. Nawracać to w pewnym sensie coś utracić, odstawić ograniczający naszego ducha balast strachu. Może być tak, jak do wspólnoty w Koryncie napisze po latach wspominany Szaweł: że niedawni przyjaciele, jego rodacy, za nawrócenie odpłacili mu biciem, rózgami, kamienowaniem. System nie znosi konwersji i łatwo nie wybacza. Zdrada robotniczo–chłopskich ideałów czy innych, naszej jedynie słusznej sprawy, to wejście w orbitę wrogów klasowych. Jest odwet, wykluczenie, ostracyzm, czasem szyderstwo i wzgarda. Kiedyś było się kimś, z perspektywami rozwoju, może i kompromisowymi, ale zawsze jakimiś, a dziś zostaje milcząca segregacja listów na poczcie, życie na marginesie. Z tą jednak istotną różnicą, że rano w lustrze można bez wstydu popatrzeć na swoją twarz.

Na koniec należy dodać jedną smutną uwagę, że ta historia nawróconego łotra to tylko film, pobożne życzenie, dalekie od tego, co znamy na co dzień. Na razie, w kraju nad Wisłą, żyjemy w cieniu starej szafy pułkownika Lesiaka, jedynej znanej, ale kto zapewni, że nie ma innych. A określenie „dobry ubek” nijak pasuje do naszego świata i zdaje się mitem.

Dobry łotr i stara szafa
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...