Pobłogosławione gruzy

Pobłogosławione gruzy

Kiedy myślę o moich odchodzących braciach, jest mi smutno.

Tymi braćmi są przede wszystkim ci, którzy opuszczają zakon, ale przecież także wszyscy ci, którzy rezygnują z kapłaństwa. Szanuję tajemnicę ich sumienia. Tylko Pan Bóg zna serce człowieka, to On będzie sądził. Mogę jednak oceniać sam czyn (Iz 5,20). Trzeba bowiem powiedzieć prosto, że takie odejście oznacza w pierwszym wypadku złamanie ślubów zakonnych, w drugim zaś przyrzeczeń złożonych wraz z przyjęciem sakramentu święceń. Niezależnie od tego, jak moi bracia patrzą na to w sumieniu i jak poważne zachodzą okoliczności, taki czyn sam w sobie jest czymś złym i jest grzechem.

Kiedy myślę o moich odchodzących braciach, zastanawiam się, co się stało. Czy poszli za inną miłością i dlatego zanegowali swój pierwszy wybór? Na ile jest to zdrada Chrystusa? Czy była to „ewolucja intelektualna”? Jaka mogła być w tym wszystkim domieszka pychy i egoizmu, i „grania na siebie”? Może załamało ich patrzenie na ohydę grzechu obecną w Kościele obok świętości? Kto wie, ile wycierpieli? Z drugiej strony jednak może jeszcze na etapie rozpoznawania swego powołania byli zbyt pochopni, zbyt mało uważni? A może zbyt mało krytyczni byli ich przełożeni? Przypominają mi się zasłyszane przypadki, kiedy śluby zakonne były od początku nieważne (tak jak to może być z małżeństwem), bo składający je nie miał odpowiedniej dyspozycji, nie był zdolny tak się zobowiązać. Wreszcie – może to po prostu była słabość? I kryzys wiary?… Bo mało chyba jest przypadków, kiedy taka decyzja nie dotyka w jakiś sposób wiary w Jezusa Chrystusa.

Kiedy myślę o moich odchodzących braciach, przypominam sobie także Ewangelię, w której czytam, że do życia idzie się przez śmierć (Mt 16,25) a błogosławiony, kto wytrwa do końca (Mt 24,13). Myślę o słowach ślubów wieczystych, które niedawno złożyłem, i o tym, że zawarta w nich formuła „aż do śmierci” obok dosłownego znaczenia ma także i to, że jest obietnicą wierności, nawet jeśli będzie „śmiertelnie trudno”. Proszę Tego, który mnie powołał, by pomógł mi wytrwać. Przychodzą mi też na myśl przenikliwe słowa matki Elżbiety Róży Czackiej o tym, że stałość jest możliwa tylko przez zawierzenie Bogu:

Póki człowiek żyje na ziemi, póty jest słaby, zmienny, nieskonsolidowany. Jest w ciągłym tworzeniu i rozpadaniu się. Wszystko wkoło niego się zmienia i wszystko w nim się zmienia. To, co mu się dziś podoba, nuży go nazajutrz. Zawód, któremu się poświęcił, w pewnych chwilach staje się dla niego najstraszniejszą niewolą. Człowiek, który sobie wytknął najpiękniejszy cel do osiągnięcia na ziemi, w pewnym momencie spostrzega się, że jest pozbawiony celu, nie widzi, po co żyje na ziemi, i męczy się w swoim przygnębieniu. Taki jest każdy człowiek bez wyjątku. Stałym może być nazwany tylko ten człowiek, który poprzez swoją zmienność i poprzez zmienność wszystkiego, co go otacza, zmierza stałym, wytrwałym i niezmiennym wysiłkiem woli do szukania oparcia w Bogu (…) Czym się to dzieje, że są jednak ludzie mocni, którzy (…) ze stałością idą przez życie? To są ci, którzy znaleźli punkt oparcia poza sobą (…) Znaleźli Boga żywego, który kocha stworzenie swoje miłością Stwórcy.

Myślę, że decyzja moich odchodzących braci o zanegowaniu swoich wcześniejszych wyborów, które z założenia miały być ostateczne, oznacza w pewnym sensie duchową ruinę, jakby wyburzenie wznoszonej przez wiele lat budowli. Przypuszczam, że zawsze jest to osobisty dramat. Ponieważ jednak Bóg jest miłością, w Kościele przewidziana jest możliwość „pobłogosławienia ruin”, tzn. zwolnienia ze ślubów i przyrzeczeń, udzielenia dyspensy. Zaś na tych pobłogosławionych gruzach można coś jeszcze zbudować, życie się nie kończy. Co więcej, można mieć nadzieję, że Bóg będzie odnawiał zakwestionowaną relację z Nim, co może także oznaczać prowadzenie do jakiejś formy nawrócenia.

Mam nadzieję, że w życiu moich braci, którzy odeszli, spełnią się jeszcze raz słowa proroctwa: „Zabrzmijcie radosnym śpiewaniem, wszystkie ruiny Jeruzalem! Bo Pan pocieszył swój lud, odkupił Jeruzalem” (Iz 52,9).

Pobłogosławione gruzy
Michał Golubiewski OP

urodzony w 1975 r. w Gdyni – dominikanin, doktor teologii, redaktor w Wydawnictwie W drodze. Do Zakonu Kaznodziejskiego wstąpił w 2001 roku. Pięć lat później złożył śluby wieczyste, a w 2017 r. przyjął święcenia kapłański...