drewniana świątynia
fot. Federico di Dio

Tentatio vetus, czyli pokusa wszech czasów

Oczywiście, że nie pojmowałem znaczenia tekstu. Poszczególne słowa też były dla mnie niezrozumiałe. Niektóre z nich umiałem jednak skojarzyć z pojęciami, które były mi znajome: słowo hominibus przywodziło mi na myśl mały autobus, a quoque wysiadującą jajka kurę. I choć wciąż nie wiedziałem, co one naprawdę oznaczają, to przecież mogłem się ich wyuczyć na pamięć. I się wyuczyłem. Co więcej – jak to u mężczyzn bywa (sześciolatek to też mężczyzna, tyle tylko, że in statu nascendi) – byłem zachwycony samym sobą, a ściślej mówiąc, tym, że choć nie rozumiem, to mówię na tyle płynnie i przekonująco, iż na słuchaczach robi to pozytywne wrażenie. Kto wie, czy to nie w tym kontekście pojawiła się we mnie pierwsza myśl o kapłaństwie i związanym z nim kaznodziejstwie. Wiadomo natomiast z całą pewnością, że w takich właśnie okolicznościach rozpocząłem aktywne – w roli ministranta – uczestnictwo we mszy świętej rytu trydenckiego. Nie trwało ono długo, bo już wkrótce zaczął obowiązywać novus ordo i moja przygoda z łaciną i mszą wszech czasów się zakończyła. Nie dlatego, żebym nie lubił. Wręcz przeciwnie. Jako ministrant miałem tam mnóstwo roboty i mogłem się czuć nie tylko potrzebny, ale wręcz niezbędny. Tyle tylko, że Kościół, ustami papieża, a potem biskupów i mojego proboszcza, powiedział, że teraz m

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 09, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść