Siedziałem sobie na ławce
fot. axel antas bergkvist / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pierwszy i Drugi List do Tesaloniczan

0 votes
Wyczyść

Lubię pytać moich braci w klasztorze, gdy wracają z jakiejś podróży, o to, co im się najbardziej podobało. Gdybym miał sobie odpowiedzieć na to pytanie, bez wahania wybrałbym siedzenie na ławkach.

Zaraz po przyjeździe w centrum miasta rzuca mi się w oczy reklama: „Zadbaj o siebie latem” („Ta hand om dig i sommar”). Uśmiecham się pod nosem. Po to właśnie tu przyjechałem. Chcę odpocząć.

Było tak, jak lubię: duże miasto zwiedzane bez planu, przesiadywanie na ławkach, przypatrywanie się życiu i długie spacery brzegiem większej wody. Przy okazji sporo się dowiedziałem od spotkanych Polaków, a także nauczyłem się czegoś o Kościele.

Żonaci księża

Z lotniska Skavsta do centrum Sztokholmu jest ponad 100 kilometrów. Podróż wygodnym autobusem zajmuje prawie półtorej godziny. Obok mnie siada Ania z Warszawy. Wymieniamy kilka uwag na temat konieczności zapinania pasów, do czego zachęca nas zarówno kierowca, jak i napisy w autobusie. Z marnym skutkiem. Mało kto przestrzega tego niewygodnego przepisu. Ania pasy zapina, być może przekonana moim zachowawczym: „Nigdy nie wiadomo, czy się nie przydadzą…”. Rozmawiamy o szwedzkiej pogodzie (lało jak z cebra), o naszych planach – jej weekendowym wypadzie do znajomych i moim tygodniu odpoczynku. Gdy schodzimy na tematy zawodowe, rozmowa radykalnie zmienia kierunek. Wiadomo – z księdzem rozmawia się inaczej, ale odważnie pytam Anię o jej wiarę. – Wierzę w Boga prywatnie, bez Kościoła – mówi i przekonuje mnie, że gdyby księża byli żonaci i dzieciaci, to można by słuchać ich kazań. Ale skoro my, księża, nic o życiu, a szczególnie o życiu w małżeństwie, nie wiemy, to jak możemy kogokolwiek o tym pouczać. W utrzymywaniu tej opinii nie przeszkadza jej to, że sama nie jest jeszcze zamężna. Choć lubię i cenię sobie bardzo rozmowy z tymi, którzy do kościoła nie chodzą, rozmowa z Anią wymaga ode mnie nie lada gimnastyki z argumentami. Mówię więc, że naszym zadaniem nie jest uczenie ludzi dialogu małżeńskiego ani sposobów na przetrwanie w domu z nieznośnym trzylatkiem. Naszą misją jest przede wszystkim głoszenie Ewangelii. – Gdybyście to robili, ludzie by nie odchodzili od Kościoła – słyszę gorzką ripostę. Był to dopiero początek mojej szwedzkiej przygody i nie mogłem Ani opowiedzieć o tym, że dwa dni później koncelebrowałem mszę z żonatym księdzem. Msza była katolicka, a Morgan był prawdziwym księdzem katolickim. Jednak od niedawna. Wcześniej był pastorem w Kościele Szwedzkim. Po konwersji i święceniach otrzymał papieską zgodę na pozostanie w małżeństwie. Ania byłaby pewnie zadowolona, słuchając kazania żonatego księdza…

Klasztor czy hotel?

Do klasztoru sióstr brygidek w Djursholm dotarłem o północy. Świetnie zorganizowana komunikacja miejska rozległej aglomeracji Sztokholmu zapewniła mi wygodną podróż z jedną przesiadką. Z dworca w centrum miasta do Djursholm jest ponad godzina drogi. Pokonałem ją w ciągu tygodnia kilkanaście razy, na wiele różnych sposobów. Pierwszy raz nie obyło się bez liczenia przystanków i obaw, czy wysiądę na właściwym. Wysiadłem dobrze i intuicyjnie wybrałem najkrótszą drogę do klasztoru. Mgła i pustka na ulicach dodawały całej tej niby normalnej procedurze chodzenia po mieście niepowtarzalnego uroku. Siostra Silvana przyjęła mnie powściągliwie, ale serdecznie. Pokazała elegancki pokój, łazienkę i życzyła dobrej nocy. Spod jej szarego habitu wystawała piżama, co szybko przypomniało mi, która jest godzina.

Założony przez św. Brygidę w XIV wieku Zakon Najświętszego Zbawiciela był dla mnie dość tajemniczą, nazwijmy to tak, jednostką kościelną. Wiedziałem tylko tyle, że Brygida była Szwedką i że jest od niedawna patronką Europy. Wiedziałem też, że siostry noszą na głowie coś w rodzaju obręczy spiętej krzyżem. Poprosiłem je o nocleg, bo klasztor sióstr dominikanek w Sztokholmie w czasie wakacji jest… zamknięty. Brygidki w Djursholm oprócz przyjmowania gości prowadzą dom opieki dla osób starszych – nie tylko dla katolików. Przez tydzień w dużej jadalni miałem okazję przyglądać się, jak cierpliwie usługują starszym paniom i panom przy stole. W hallu ich domu rzucały się w oczy dwie fotografie. Na większej twarz bł. Jana Pawła II, który mieszkał tu w czasie swojej jedynej pielgrzymki do Szwecji w czerwcu 1989 roku. Na drugiej szwedzka para królewska. W moim pokoju, urządzonym – a jakże! – w stylu dobrze nam znanym z sieci żołto-niebieskich szwedzkich sklepów meblowych, na biurku stał talerz ze świeżymi owocami (i nożykiem) i tabliczka z wyhaftowanym przywitaniem „Välkomna!”. Gdy wracałem wieczorem po zwiedzaniu miasta, łóżko było nienagannie pościelone, a umywalka doprowadzona do nieskazitelnej czystości. Siostry bardzo dbały o swoich gości.

Jak w niebie

Codziennym elementem mojego urlopu, zmuszającym do wielu przemyśleń na temat Kościoła, były msze, podczas których modliłem się razem z siostrami. Ze względu na brak stałego kapelana msze odprawiają księża z okolicy. Kilka ulic dalej, na terenie tego, jak się okazało, bardzo eleganckiego północnego przedmieścia Sztokholmu, znajduje się Nuncjatura Apostolska. Tak więc któregoś dnia na mszę przyjechał ksiądz z Nuncjatury. Był Litwinem. Mszę odprawiał po włosku (brygidki mają formację we Włoszech, stąd wszystkie siostry dobrze sobie radziły z odpowiedziami). Fragmenty z Pisma Świętego czytaliśmy po szwedzku. W zakrystii celebrans rozmawiał ze mną po angielsku. A przyjechał z siostrami z Filipin pracującymi w domu, w którym oczekiwano przyjazdu nuncjusza Polaka. Przypomniał mi się fragment Apokalipsy opisujący tłum zbawionych: „z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków” (Ap 7,9). Z pewnością nie było to jeszcze niebo, ale dla kogoś wychowanego i pracującego we wspólnocie bardzo jednolitej językowo i narodowościowo – dobra lekcja różnorodności i bogactwa Kościoła. Z księdzem dyplomatą nie porozmawiałem za wiele. Śpieszył się do pracy.

Obiad z kangura

Więcej czasu poświęcił mi nasz krajan, ks. Krzysztof, proboszcz podmiejskiej parafii w Täby. Mieszka w Szwecji od 20 lat. Tutaj też przyjął święcenia. Nie zaskoczył mnie twierdzeniem, że praca w Szwecji różni się od tej znanej mi z Polski. W kraju większym od naszego o prawie 130 tys. kilometrów kwadratowych i zamieszkanym tylko przez ok. 9 mln ludzi jest zaledwie jedna diecezja z jednym biskupem. W sumie pracuje tu ok. 150 księży dla prawie 150 tys. katolików. Wystarczy to wiedzieć, by stwierdzić, że w Szwecji jest inaczej. Jednak Krzysztof opowiadał mi też o szczegółach. Na przykład o pogrzebach. Tu nie jest tak jak w Polsce, że ksiądz odprawia mszę, modli się nad trumną i odprowadza zmarłego na cmentarz. W Szwecji ksiądz odwiedza rodzinę zmarłego w domu jeszcze przed pogrzebem. Rozmawia, słucha, jest często świadkiem łez i szoku. Dzięki temu podczas kazania może powiedzieć coś osobistego o zmarłym. Po pogrzebie obowiązkowo uczestniczy w stypie, na której można nie tylko zjeść coś zaskakującego, jak wtedy, kiedy rodzina z Australii poczęstowała go mięsem kangura, ale także poznać swoich parafian i porozmawiać z nimi o tym, jak żyją. Wymagającą szkołą dyplomacji jest współpraca z radą parafialną, która ma realny wpływ na kierowanie parafią i jej finansami. To dla Krzysztofa duże wyzwanie.

Nieodłącznym elementem kościołów w Szwecji jest bardzo dobrze zaopatrzona część kawiarniano-świetlicowa, w której po niedzielnych mszach parafianie spotykają się na kawę i ciastko cynamonowe (szwedzka norma spotkań towarzyskich). Obaj z Krzysztofem mieliśmy poczucie, że w masowym polskim Kościele trudno o takie normalne sposoby budowania więzi międzyludzkich.

Złotoszwedzcy

Obok spotkań kościelnych miałem też okazję dowiedzieć się czegoś o codziennym życiu Polaków na emigracji. Już po przyjeździe przypomniałem sobie o mojej najstarszej kuzynce, która wyjechała przed laty do szwedzkiego raju i kontakt z nią się urwał. Zdobyłem jej numer i w niedzielne popołudnie wybrałem się do Brandbergen, na południowe przedmieścia Sztokholmu. Basia przyjęła mnie bardzo serdecznie, ledwo ją poznałem. Mieszka z mężem i starszym synem w skromnym, wynajmowanym mieszkaniu komunalnym. Antek i Paweł pracują w centrum na budowie, u Serba, bo jak mówią, u Polaków nie wiadomo, czy się dobrze trafi. Serbski szef dobrze płaci i dba o pracowników. Basia nie pracuje, ale cały czas ma nadzieję na znalezienie czegoś w swojej pielęgniarskiej profesji. Wciąż uczy się szwedzkiego. Jest ostatni tydzień sierpnia, więc w polskich mediach, które chętnie oglądają, dużo się mówi o kosztach wykształcenia dzieci. Oni zachwalają szwedzki system edukacji, „całkowicie darmowy”. Tak, jakby nie wiedzieli o wyższych podatkach płaconych przez Szwedów i o dziwnym dla nas prawie odebrania dziecka rodzicom, tylko dlatego że w szkole było smutne (w domyśle: źle traktowane przez rodziców w domu…). Pytam ich, czy chcą tu zostać. Może jeszcze trochę popracują, ale na stały pobyt i starość daleko od Polski nie mają ochoty.

Dojazd na drugie spotkanie także zajął mi sporo czasu. Ulę i Michała poznałem w Poznaniu. Rok temu ślubowali sobie w naszym poznańskim kościele. Z Ulą dzieliliśmy losy uczestników kursu językowego. Miała ogromną motywację do nauki: wiedziała, że tu przyjedzie i będzie musiała pracować wśród miejscowych. Pracę znalazła w domu opieki w Lidingö na jednej ze wschodnich wysp miasta. Udało im się wynająć mieszkanie w wolno stojącym domu nad jeziorem w Vårberg. Okolica znakomita. Po meksykańskiej kolacji, podczas której oglądamy szwedzką wersję teleturnieju „Jeden z dziesięciu”, ruszamy na długi spacer. Oglądanie telewizji to nie tylko bezrefleksyjne tło codziennego życia. To bardzo dobra okazja do nauki języka. Ula opowiada o telenowelach nazywanych przez nią umownie „Złotoszwedzcy” i o mentalności miejscowych. O ślepej wierze Szwedów w ich opiekuńcze państwo i zuchwałym uważaniu się za lepszych na tle międzynarodowym. O braku tabu w opowieściach o życiu seksualnym, a jednocześnie dużej powściągliwości w mówieniu o swojej rodzinie. O traktowaniu religii i nominalnej przynależności do Kościoła Szwedzkiego wyłącznie jako elementu narodowej tradycji, a nie wiary. O podkreślanej na każdym kroku roli i samodzielności kobiety w społeczeństwie. Śmiejemy się z charakterystycznych szwedzkich wdechów przy mówieniu, z jedzenia parówek do szampana na przyjęciach oraz z nazwy leżącego niedaleko ich domu ogromnego kompleksu handlowego z największym na świecie sklepem IKEA: Kungens Kurva („Królewski Zakręt”) – którą ze zrozumiałych względów każdy Polak w Sztokholmie dobrze pamięta…

Ławki

Lubię pytać moich braci w klasztorze, gdy wracają z jakiejś podróży, o to, co im się najbardziej podobało. Gdybym miał sam sobie odpowiedzieć na to pytanie, bez wahania wybrałbym siedzenie na ławkach. Oczywiście nie o same ławki chodzi, ale o to, co widać z ich perspektywy. Zaczęło się pierwszego dnia, gdy pojechałem do Gamla stan (starego miasta). Szybko znudziły mnie wyglądające tak samo gęsto zabudowane kamienice. Przysiadłem na jedynej wolnej ławce na niewielkim skwerze i obserwowałem otoczenie. Nim zacznie się cokolwiek widzieć, musi minąć trochę czasu. Trzeba się przyzwyczaić do przejeżdżających co chwilę przez most Vasa dalekobieżnych pociągów i kolejek metra, a także mnóstwa samochodów próbujących się przecisnąć przez to wąskie gardło łączące północ i południe metropolii. Gdy już widoki się opatrzyły, zwróciłem uwagę na to, jak wielu rowerzystów przejeżdża przed moją ławką. Nie ma Sztokholmu bez rowerzystów. Są wszędzie, traktowani na równych prawach z kierowcami samochodów.

Kolejne ławki do patrzenia znajdowałem w Mariatorget, gdzie przez dłuższy czas przypatrywałem się dwóm kobietom przygotowującym się wspólnie do jakiejś bardzo ważnej prezentacji w firmie, czy choćby przy Birger Jarlsgatan – jednej z bardziej reprezentacyjnych ulic miasta. Siedziałem tu ponad godzinę i udało mi się wreszcie porozmawiać dłużej po szwedzku. Moja rozmówczyni zrobiła sobie przerwę w pracy i wyszła na papierosa. Zdołałem wyrazić swój zachwyt nad miastem i nadzieję na to, że jeszcze kiedyś tu wrócę, koniecznie zimą, by na własne oczy zobaczyć ciemności i mnóstwo śniegu, o którym tyle się nasłuchałem.

Najpiękniejszy Sztokholm zobaczyłem jednak z ławki na Monteliusvägen. Jest to droga nad klifami jednej z większych wysp miejskiego archipelagu: Södermalm. Widoki na stare miasto, ratusz, niezliczone mosty i północne dzielnice nie mają sobie równych. I przykuwają człowieka do ławki na dłużej.

***

O czym nie napisałem? O trzech mszach u brygidek, które pierwszy raz w życiu odprawiłem od początku do końca po angielsku. O punktach płatnego masażu kręgosłupa ustawianych na największych deptakach miasta. O budce ze śledziami cieszącej się nie mniejszą popularnością niż pobliski McDonald. I o pełnej modlących się ludzi kaplicy w jezuickim kościele św. Eugenii w samym sercu Sztokholmu. 

Siedziałem sobie na ławce
Wojciech Dudzik

były dominikanin....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze