Niezbędniki modlitwy
fot. jonathan borba / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Magia. Pomiędzy zabobonem a zagrożeniem duchowym

0 votes
Wyczyść

Celem modlitwy jest Bóg, spotkanie z Nim. Dlatego jeśli pytamy, JAK się modlić, to trzeba, abyśmy przede wszystkim zapytali, DO KOGO się modlimy?

Po co pisać kolejny tekst o modlitwie – pomyślałem. Przecież tyle ich już napisano. – Czy ktoś to w ogóle czyta? – zapytałem mojego współbrata, który przygotowuje właśnie książkę o modlitwie. – Ja nie czytam – wyznał szczerze.

To, że zakonnicy nie czytają z wypiekami na twarzy takich lektur, nie przekreśla faktu, że pisanie o modlitwie nadal ma sens. Pod warunkiem, że czytelnik nie zatrzymuje się jedynie na teorii modlitwy. A może pojawić się taki problem, taka diabelska pokusa – że zamiast się modlić, będziemy tylko czytać o modlitwie; zamiast zajmować się Bogiem i spotykać się z Nim, skupimy się wyłącznie na swoich trudnościach w modlitwie, które trzeba przezwyciężyć. I na tym się skończy. To jest nasz permanentny problem: zajmowanie się SOBĄ SAMYM na modlitwie. A gdzie Bóg? Czy rzeczywiście On jest najważniejszy?

Pokusa zajmowania się tylko sobą

W ewangelicznym opisie modlitwy faryzeusza znajdujemy zwrot, który dosłownie znaczy: modlił się do samego siebie. Faryzeusz, zwracając się do Boga, nie wchodzi z Nim w komunię, lecz adoruje samego siebie i własną doskonałość (por. Łk 18,9–12). Współczesne podejście do Boga to konsekwencja wielu procesów. Michał Paluch OP w książce Dlaczego Tomasz zauważa, że o ile epoka patrystyczna i średniowiecze umieszczały w centrum swojej refleksji Boga, o tyle nowożytność jest bardziej zainteresowana tym, jak do Boga dotrzeć. Oczywiście, wymiary te są powiązane, widać jednak pewną różnicę. Przesunęliśmy akcent z mówienia o Bogu na zajmowanie się metodami i sposobami dotarcia do Niego. Pojawiły się dni skupienia i rekolekcje. Proszę sobie wyobrazić w pierwszym pokoleniu chrześcijan warsztaty o modlitwie, które organizują do spółki św. Piotr ze św. Janem, a na dokładkę – w ofercie – wyjazdowe rekolekcje prowadzone przez św. Pawła pod hasłem „Nieustannie się módlcie”. Czy pierwsi apostołowie nauczali metod modlitwy? Oni głosili Chrystusa Zmartwychwstałego. Bo On był najważniejszy. To nie modlitwa daje zbawienie, ale wiara w Jezusa, który jest Zbawicielem. Musimy sobie o tym wciąż przypominać, aby refleksje nad metodą modlitwy lub trudnościami w niej nie przysłoniły nam tego, co najistotniejsze.

To prawda, że trzeba mówić o modlitwie, o jej sposobach i formach, ale tylko wtedy, kiedy towarzyszy temu mówienie o Bogu, o tym, kim On jest. Jeśli to pominiemy, wówczas dana metoda stanie się jakimś specjalistycznym działaniem, które – bez wizji celu – nie ma sensu. Będziemy niczym astronauta w rakiecie, który umie obsługiwać wszystkie urządzenia na pokładzie, jednak nie wie, dokąd leci.

Celem modlitwy jest Bóg, spotkanie z Nim. Dlatego jeśli pytamy, JAK się modlić, to trzeba, abyśmy przede wszystkim zapytali, DO KOGO się modlimy? Oznacza to, że nasz „niezbędnik” ma sens tylko wtedy, kiedy ktoś, kto po niego sięga, już spotkał Jezusa, już z Nim żyje (a przynajmniej bardzo tego pragnie). Potrzebuje jednak umocnienia, by wytrwać w Chrystusie.

Choćbyśmy napisali tomy rozważań na temat modlitwy i trudności, jakie nam podczas niej towarzyszą, to i tak musimy się zgodzić, że pierwsze i podstawowe prawo modlitwy brzmi: Módl się i nie ustawaj! A jeśli jeszcze tego nie robisz, to po prostu zacznij się modlić! Nie zastanawiaj się zbyt wiele nad formą. Nie jest aż tak ważne, czy to będzie różaniec, liturgia godzin czy lectio divina. Liczy się to, czy spotykasz Zmartwychwstałego Chrystusa.

I jeszcze drugie prawo, podobne do pierwszego: Pamiętaj o Bogu. W modlitwie nastąpi zgrzyt, kiedy nie będzie ona konsekwencją twojego życia z Bogiem, kiedy będzie od niego oderwana. Ewangelia mówi: „Bo gdzie jest skarb twój, tam będzie serce twoje” (Mt 6,21). Jeśli cały dzień nie pamiętasz o Bogu, nie znajdujesz dla Niego czasu, to prawdopodobnie będziesz miał trudność z modlitwą, a wieczorny krótki pacierz niewiele zmieni, nie wprowadzi cię w prawdziwą zażyłość z Chrystusem. Katechizm przypomina, że modli się serce, ale „jeśli jest ono daleko od Boga, modlitwa pozostaje pusta” (KKK 2562).

Poradnik modlitwy?

Żyjemy w epoce poradników, a także warsztatów, kursów i szkoleń. Szukamy przystępnych wskazówek na dany temat, aby się szybko z czymś zapoznać; od gotowania po życie duchowe. Nieustannie się w czymś doskonalimy, uczymy się czegoś nowego. Przynosi to na pewno wiele dobrych owoców. Jak to się ma do modlitwy? Przyznaję, że w tym wypadku obawiam się poradnikowych podpowiedzi, które proponują szybki efekt, na kształt cudownej diety odchudzającej. Niezbędnik modlitwy? Przewodnik? Albo, co gorsza, poradnik? Kojarzy się to z amerykańską woman, lat około trzydziestu, samotną, która, niczym bohaterka powieści Doroty Masłowskiej, przegląda magazyn „Joga Life”, a następnie bierze do ręki „poradnik skutecznej (to ważne słowo!) modlitwy” i zaczyna go wertować, przegryzając chipsy oraz przerzucając kanały w telewizji. Tak się nie da! Modlitwa wypływa z życia. Tak się modlisz, jak żyjesz. Może więc w twoim życiu trzeba coś zmienić, może nawet dość radykalnie?

Mówi się dziś o kulturze instant. Kawy zazwyczaj już nie parzymy, tylko rozpuszczalną neskę zalewamy wrzątkiem. Kiedy jednak tę szybkość i natychmiastowość przekładamy na życie z Bogiem, na modlitwę, pojawia się problem. Bo jak nie da się wychowywać dziecka, trzymając w ręku Wychowanie bez porażek, tak nie da się z samych rozważań o modlitwie nauczyć się modlitwy. Samouczek nie sprawi, że „wypłynę na głębię”.

Najważniejsze sprawia Duch Święty. Dlatego potrzeba prośby do Niego i wielkiej cierpliwości. Miłość i przyjaźń potrzebują czasu, przebywania ze sobą dzień po dniu. Oswajania się ze sobą. Tak rodzą się bliskość i zaufanie. Kiedy myślimy o tej jedynej relacji, jaką chcemy mieć z Chrystusem, to trzeba jasno i dobitnie stwierdzić: modlitwa jest trudem, wysiłkiem, walką. W jednej z opowieści ojców pustyni bracia pytali abbę Agatona o to, która cnota lub dzieło jest najtrudniejsze ze wszystkich. Nauczyciel odpowiedział: „Nie ma trudu tak wielkiego, jak modlitwa”. Jednak ten trud się opłaca. Bo wyruszam ku Bogu żywemu, ku Jezusowi. Owoców i radości spotkania z Bogiem nic na tym świecie nam nie zastąpi. Dlatego warto.

Pragnienie Boga i głód modlitwy

Modlitwa jest działaniem Boga i człowieka. Wypływa z Ducha Świętego i z nas, jak mówi katechizm. Wierzymy też, że w każdego – bo tak zostaliśmy stworzeni – zostało wpisane pragnienie Boga – największe i najgłębsze, choć może być ono przysypane. Święty Jan Paweł II tak pisał o sytuacji współczesnego człowieka: „A czyż nie jest to »znakiem czasu«, że mimo rozległych procesów laicyzacji obserwujemy dziś w świecie powszechną potrzebę duchowości, która w znacznej mierze ujawnia się właśnie jako nowy głód modlitwy?” (Novo millennio ineunte 33). Pierwszą podstawową rzeczą w przypadku modlitwy jest zawsze jedno: pragnienie Boga żywego. „Dusza moja Boga pragnie, Boga żywego” (por. Ps 42). Jezus mówi: „Jeśli ktoś jest spragniony – a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do Mnie i pije” (J 7,37). Pragnienie Boga objawia się głodem modlitwy. Odkrycie tego pragnienia w sobie otwiera na życie modlitwy. Czy bez niego można się modlić? Katechizm wyraźnie mówi, że podobne pragnienie jest również w Bogu. Bóg pragnie człowieka. „Modlitwa – czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie – jest spotkaniem Bożego i naszego pragnienia. Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli” (KKK 2560).

Przewodnik, czyli ktoś, kto wtajemnicza

Zadajmy najpierw banalne pytanie: Czy mogę się sam nauczyć modlitwy, czy też musi być ktoś, kto mnie jej nauczy? Skoro nie przebywaliśmy, jak uczniowie, z Jezusem, nie patrzyliśmy, jak Mistrz się modli, ani nie usłyszeliśmy od Niego słów modlitwy Pańskiej, to musimy postępować nieco inaczej. Na szczęście mamy Ducha Świętego, który modli się w nas i uczy nas modlitwy. To jednak nie wystarczy. Potrzebujemy też jakiegoś człowieka, który byłby nauczycielem, przewodnikiem.

Prawdziwy mistrz ma uczniów, a nie wielbicieli. Nie szuka popularności, nie zatrzymuje przy sobie, ale uczy samodzielności i wychowuje do wolności. Wielka to łaska odnaleźć kogoś, kto wie, jak żyć z Bogiem, kto sam żyje z Nim w przyjaźni.

Zatraciliśmy gdzieś ten wymiar przekazywania mądrości, także w wierze, mimo że coraz więcej osób szuka dziś w Kościele swojego duchowego kierownika. Niekiedy jest to pewna moda, ale często także wyraz autentycznej tęsknoty za przewodnikiem.

Lubię stwierdzenie ojca Jana Andrzeja Kłoczowskiego, że „Kościół dziś naucza, a nie wtajemnicza”. I nie chodzi tylko o sakramenty inicjacji chrześcijańskiej, ale o coś jeszcze. O przekaz mądrości wiary i doświadczenia duchowego. Czy wielu jest takich chrześcijan (nie tylko kapłanów albo zakonników), którzy mogą wtajemniczyć w życie modlitwy, w życie z Bogiem, którzy poprowadzą na autentyczną głębię, bo sami tam żyją? Od kogo uczyć się modlitwy? Najpierw od samego Jezusa, podpatrując, jak On się modlił i jaką miał relację z Ojcem. Duch Święty będzie nam to pokazywał, kiedy Go o to będziemy prosić. Warto także uczyć się od Maryi, mistrzyni modlitwy, prosząc Ją o wstawiennictwo.

Potrzebujemy również „zwykłych” przewodników, czyli tych, którzy są przyjaciółmi Boga, żyją z Nim blisko. Nasze życie toczy się tu i teraz, i często dobry Bóg stawia na naszej drodze kogoś, kto może nas wprowadzić w życie modlitwy. Kimś takim mogą być rodzice czy babcia ucząca swojego wnuczka pacierza. Jeśli nikogo takiego jeszcze nie spotkałeś, to spróbuj poszukać. Znajdź duszpasterza, z którym będziesz chciał porozmawiać. Zapytaj go, jak się modli. Zobacz, jak to robi.

Nie tak dawno uświadomiłem sobie, że kimś, kto miał wielki wpływ na moje powołanie, był pewien ksiądz, którego dawno temu spotkałem na Ukrainie. Zobaczyłem go kiedyś niespodziewanie, gdy się modlił. Niby nic wielkiego, a jednak… Ten jeden obraz, to jedno spotkanie znaczyły dla mnie dużo więcej niż tomy przeczytanych rozważań. Dostrzegłem w nim kogoś, kto jest zatopiony w modlitwie. Zobaczyłem także, że jest zatopiony w Bogu, że na co dzień żyje Ewangelią. To wystarczyło. Nie trzeba było słów.

Warto kogoś takiego szukać, o kogoś takiego się modlić. Dobrze, jeśli będzie to ktoś żyjący, ale często przewodnikiem staje się osoba z dalekiej przeszłości, np. jakiś święty. Jeden z wykładowców na studiach zachęcił nas, aby znaleźć sobie taką postać – świętego czy doktora Kościoła (choć może czasem nie będzie to ktoś oficjalnie kanonizowany albo ogłoszony doktorem). Zalecenie polegało na tym, by się z taką osobą zaprzyjaźnić, czytając jej teksty i inspirując się jej doświadczeniem Boga. Zachętę wziąłem sobie do serca i od wielu lat towarzyszy mi ktoś taki. Jest jak przewodnik na trudnej drodze, który pomaga ją przejść, który wiele Bożych spraw rozświetla swoją nauką, który w pewien sposób wprowadza mnie w swoje doświadczenie Boga. Stąd zachęta: spróbuj znaleźć przewodnika.

Czas, czyli rytm spotkania z Bogiem

Żaliłem się kiedyś mojej znajomej, że mam niewiele czasu. Ona na to powiedziała: „Jak to nie masz czasu? Przecież masz tylko czas”. Tak naprawdę czas realnie do mnie należy. Często mówimy, np. podczas spowiedzi, że nie mamy czasu na modlitwę. Warto się wtedy zapytać: To na co mam czas? Znam człowieka – głowa rodziny, z absorbującą pracą – który, ku mojemu zdziwieniu, odmawia nowennę pompejańską (dość wymagająca codzienna modlitwa różańcowa). Ponieważ wiem, że człowiek ten uczestniczy także codziennie w Eucharystii, zapytałem kiedyś: – Jak ty znajdujesz na to czas? Odpowiedział: – Na to, co najważniejsze, muszę znaleźć czas.

Jest taki piękny tekst Stanisława Vincenza o czasie górskim. Każdemu gorąco polecam. Czytamy tam: „W gazdowskim życiu pośpiech niepotrzebny. Wszystko robi się zawczasu, wszystko dzieje się na czas. (…) Pośpiech, to dziwactwo jakieś, a ciągły pośpiech to śmiech, to choroba” (Prawda starowieku). Wschodnia albo raczej „górska” miara czasu ma w sobie coś z ekstrawagancji.

Ktoś powie, że to romantyczne wizje, niemożliwe do zrealizowania. Życie górskiego gazdy to nie życie męża i ojca rodziny, który ma tyle na głowie. Może tym bardziej warto spróbować, na zasadzie eksperymentu, przeżyć jeden dzień czy tydzień inaczej, a więc bez pośpiechu, bez wykonywania dodatkowych telefonów, czytania wszystkich maili i odpowiadania na nie od razu. Dobrym zwyczajem jest zrezygnowanie, choćby na jeden dzień w tygodniu, z telewizji i internetu. Czy to możliwe? Dlaczego to ważne? Bo trzeba „wyrąbać” sobie czas i przestrzeń do modlitwy, do życia z Chrystusem. Bo trzeba spróbować inaczej podejść do czasu, który jest nam dany. A kolejne prawo modlitwy mówi: „Nie żałuj czasu Bogu”. Może być oczywiście skrajna wersja pobożności, kiedy przesiadujemy godzinami w kościele, a modlitwa staje się ucieczką od życia i problemów. Chyba jednak częściej wpadamy w pułapkę dawania Bogu ochłapów: mam teraz wolną chwilę, to się pomodlę. Słyszałem o pewnym księdzu, wykładowcy w seminarium, który w przerwie między zajęciami odprawiał w kaplicy mszę świętą. Zajmowało mu to 10–15 minut. Msza została odprawiona, ale czy Bogu o to chodzi?

Czy warto przeznaczyć 10 lub 30 minut dziennie dla tego, kogo kocham – dla męża, żony, dzieci? Warto, ale jednocześnie czujemy, że nie do końca o to chodzi. Przyjmijmy jednak taką taktykę w odniesieniu do Pana Boga, przynajmniej na początku. Spróbuj wyznaczyć sobie codziennie czas na modlitwę, którego się będziesz trzymał. Zacznij od 5–10 minut, może połączonych z lekturą Biblii albo choćby Ewangelii na dany dzień. Chroń ten czas za wszelką cenę i nie uciekaj od niego, mimo że będziesz zmęczony, roztargniony, smutny albo radosny. Zasypiasz ze zmęczenia? Nic nie szkodzi. Zasypiaj na modlitwie! A potem pomyśl, by zmienić porę modlitwy, np. z wieczornej na poranną.

Warto wypracować sobie rytm spotkania z Bogiem. Kandydat przychodzący do zakonnego nowicjatu ma wyznaczony czas na modlitwę osobistą, czyli na tzw. rozmyślanie. Te pół godziny, które codziennie – przez rok – człowiek praktykuje, daje szansę na wyrobienie w sobie nawyku modlitwy. Daje to także szansę Panu Bogu na spotkanie się ze mną każdego dnia; niezależnie od tego, czy mam dobry, czy zły nastrój; czy jestem wypoczęty, czy też padam na twarz. To nie jest ważne. Istotne, że ja, dzień po dniu, jestem przed Tobą, Panie. Daję Ci to, co bardzo konkretne: mój czas. A poprzez to chcę Ci dać samego siebie. Ileż mądrości jest w starych, zwłaszcza klauzurowych zakonach, gdzie od wieków plan dnia i godziny wspólnych modlitw są niezmienne. Człowiek wchodzi w pewien święty rytm. Czy jednak zagoniony mąż i ojciec albo młoda mama zajmująca się dziećmi mogą sobie na to pozwolić? Mogą, choć pewnie nieco inaczej. Każdy musi szukać swojej miary, odkryć swój rytm. Jednak nie tylko sam czas jest ważny. Istotne jest także miejsce.

Miejsce, czyli o Bogu, który jest sąsiadem za ścianą

Czy istnieje jakieś uprzywilejowane miejsce na modlitwę? Jezus mówi: „Gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki” (Mt 6,6). Słysząc te słowa, odruchowo myślimy o zamkniętym pokoju, małym klęczniku, ikonie i zapalonej świecy. To też jest ważne, bo zewnętrzna przestrzeń odgrywa istotną rolę, więc chodzi o miejsce sprzyjające spotkaniu z Panem. Warto o nie zadbać. Jak sobie jednak radzić, kiedy tego miejsca odosobnienia brakuje, bo dzieci krzyczą w domu albo jest głośno w akademiku, w którym dzielę z kimś pokój? Z pomocą przychodzi nam przekonanie, że Bóg mieszka w człowieku, to znaczy, że to jest także MIEJSCE, gdzie należy Go szukać i tam się z Nim spotykać. Jeśli więc trudno o odosobnienie w domu czy w pracy, warto przypomnieć sobie o tym wewnętrznym miejscu w człowieku, o którym Jezus mówi: „przyjdziemy do niego i uczynimy sobie w nim mieszkanie” (J 14,23).

Czym jest owa „izdebka”? Greckie tameion oznacza magazyn, skład, skarbiec; izdebka, komora to „wewnętrzna część domu ukryta przed obcymi”. Wydaje się więc, że słowa Chrystusa można także odnieść do wnętrza człowieka, do tej przestrzeni we mnie, która jest ukryta i bardzo intymna. Tutaj mam wejść i modlić się do Ojca. Jeśli to odkryję, będę umiał modlić się także na spacerze, w drodze na uczelnię lub do pracy, może nawet w niesprzyjających warunkach zewnętrznych, pośród hałasu i zgiełku. I będę doświadczał intymności kontaktu z Bogiem.

Czym to miejsce jest? Katechizm tak je charakteryzuje: „Aby jednak określić miejsce, z którego wypływa modlitwa, Pismo Święte mówi niekiedy o duszy lub duchu, najczęściej zaś o sercu (…). Serce jest mieszkaniem, w którym jestem, gdzie przebywam (według wyrażenia semickiego lub biblijnego: gdzie »zstępuję«). Jest naszym ukrytym centrum (…); jedynie Duch Boży może je zgłębić i poznać” (KKK 2562n).

Jak to miejsce odkrywać? Przede wszystkim być świadomym, że takie miejsce głęboko we mnie istnieje, że nikt tam nie ma wstępu, tylko sam Bóg. Nie mogę zatem żyć wyłącznie na zewnątrz siebie, ale muszę także spróbować „być u siebie” wewnętrznie, to znaczy „mieszkać ze sobą”. Przepięknie pisze o tym Rilke: Bóg jest sąsiadem i „jedna nas tylko dzieli ściana”. To poetyckie wyrażenie tajemnicy naszej wiary: że w naszej duszy mieszka Bóg, Trójca Święta. Bóg jest moim sąsiadem za ścianą (odruchowo myślę o swoich sąsiadach w klasztorze, gdzie często są cienkie ściany i słychać różne odgłosy, np. chrapanie). Rilke pyta nawet, czy Bóg w tobie nie jest czasem zbyt samotny? „Wiem, że jesteś sam w komorze”. Może dzieje się tak wtedy, gdy przebywam cały czas tylko na zewnątrz siebie, choć mam takiego Gościa w środku. Święty Augustyn wołał ze łzami: „Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię umiłowałem. W głębi duszy byłaś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie” (Wyznania).

Tyle o „niezbędnikach”. Te kilka prostych uwag ma sens tylko wtedy, kiedy zechcemy się modlić. Bo najważniejsze w modlitwie jest to, aby się modlić. I nie ustawać.

Niezbędniki modlitwy
Radosław Broniek OP

urodzony w 1974 r. – dominikanin, teolog, duszpasterz, do 2023 roku dyrektor, a obecnie wicedyrektor Dominikańskiego Centrum Informacji o Sektach i Nowych Ruchach Religijnych, wykładowca w...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze