Islam, opór, przemoc
fot. matias north / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Nerw święty. Rozmowy o liturgii

0 votes
Wyczyść

Timbuktu, reżyseria: Abderrahmane Sissako, występują: Ibrahim Ahmed, Abel Jafri, Toulou Kiki, Francja/Mauretania 2014, dystrybucja: Aurora Films

Cisza. Na ekranie widzimy galopującą gazelę. Jeszcze nie wiadomo, przed czym czy przed kim ucieka. Ciszę przerywa seria wystrzałów. W kadrze pojawia się dobrze znana czarna flaga z białymi arabskimi literami. Za chwilę zobaczymy pędzącego jeepa, a na nim zamaskowanych mężczyzn z karabinami. Gazela biegnie dalej, unikając kul. Jeden z mężczyzn instruuje kolegę: – Nie zabijaj. Zmęcz ją.

Wioska i dyktatura przemocy

Od czerwca 2012 roku do stycznia 2013 w związku z powstaniem, które wybuchło na północy kraju, pięćdziesięciotysięczne Timbuktu znalazło się pod okupacją dżihadystów. Wydarzenia te stały się dla pochodzącego z sąsiedniej Mauretanii reżysera Abderrahmane Sissako pretekstem do skonstruowania kameralnej opowieści o islamie, przemocy i oporze. Gdyby nie ta inspiracja, można by potraktować ten film jako rozgrywającą się na ziemi niczyjej uniwersalną przypowieść o mechanizmach upodlenia i podporządkowania człowieka. W tym jednak wypadku za filmową fikcją stoją prawdziwe osoby i prawdziwe dramaty.

Długo się zastanawiałem nad tym, o czym właściwie jest ten film. Owszem, wątkiem spinającym poszczególne sceny jest przywoływana w większości recenzji historia Tuarega, Kidane, pasterza, który nieumyślnie postrzelił sąsiada rybaka. Ten jednak wcześniej zabił jego najlepszą krowę. Krowa z kolei weszła tamtemu w sieci, więc poniosła zasłużoną karę. Konflikt tyleż złożony, co popadający w banał. Ileż podobnych historii już opowiedziano! Co miałoby przekonać mnie, widza, do poświęcenia obrazowi Sissako półtorej godziny, jeśli jedynym oryginalnym pomysłem byłoby umieszczenie akcji w zjawiskowej scenerii dwóch żywiołów: piasków zachodniej Sahary i spokojnych, choć zdradzieckich wód Nigru?

Ale nie, nie o tym jest ta historia. Ona wszak, jak wskazuje tytuł, koncentruje się w wiosce, a nie pod pustynnym namiotem nomady. Jest to więc nie tyle opowieść o samotniku, jednostce i jego najbliższych, ale o pewnej społeczności postawionej w obliczu dyktatury przemocy. Jaskrawo przerysowana sielanka otwartego namiotu, szczęścia rodzinnego pasterza to tylko kontrapunkt do opowieści o bezimiennych mieszkańcach, do których domów nie zaglądamy.

Absurd

 Reżyser zdecydował się na narrację epizodyczną, fragmentaryczną, bez łagodnych przejść czy logicznego następstwa wydarzeń. Duży problem może sprawić widzowi rozróżnienie postaci, zwłaszcza że większość kobiet ubrana jest na czarno, a na głowach noszą hidżaby. Zostajemy wprowadzeni w sam środek historii i nie zobaczymy również jej finału – wyzwolenia miasta. Nie wiemy więc, skąd się wzięli islamiści. Dlaczego tu przybyli? Jak wyglądało wcześniejsze życie mieszkańców? Te niedopowiedzenia podkreślają absurd sytuacji. Kto kogo prosił o wprowadzanie prawa szariatu? Miejscowa ludność to byli wszak w całości muzułmanie.

Bardzo szybko się okazuje, że wbrew powtarzanym hasłom dżihad wcale nie jest walką uciskanego Południa z bezbożnym Zachodem. Ofiarami napastników są pobożni muzułmanie. Żyjący wśród nich imam spokojnie, choć stanowczo potępia nowe porządki i tłumaczy: Tego nie ma w Koranie. Kto więc dał najeźdźcom prawo dyktowania nowych obyczajów? Kto ustanowił ich jedynymi i nieomylnymi interpretatorami nauki Mahometa? Dlaczego tak postępują? Skąd się bierze ich fanatyzm? Stajemy przed pytaniami, na które próżno szukać odpowiedzi. Religijne opętanie? Sublimacja? Skrywana żądza profitów ekonomicznych? Nic z tych rzeczy. A może reżyser konsekwentnie unika odpowiedzi, by lepiej wybrzmiała absurdalność przedstawionej sytuacji?

Bo takie właśnie, absurdalne, są nowe przepisy. Handlarka ma podawać ryby w rękawiczkach, żeby nie było widać dłoni. Nie wolno słuchać muzyki, nie wolno grać w piłkę nożną. W napięciu, które wywołuje widok wszechobecnych karabinów, pojawia się śmiech. Jeden z funkcjonariuszy nowego ładu chodzi po pustym mieście (mieszkańcy schowali się w domach przed upałem) i jak katarynka powtarza coraz to nowe nakazy. Kamera wodzi szerokim łukiem po miejskim placu. Kto go słucha?

Inna scena: Klepisko, dwie bramki, grupka chłopaków gra niewidzialną piłką „w nogę”. Kiwają się, blokują, bronią, ryczą, gdy strzelą niewidzialną bramkę, obserwowani przezornie przez strażników, czy aby piłka nagle się nie zmaterializuje.

Niewiara

Sissako nie odpowiada na pytanie o motywacje islamistów, stawia jednak inne: Czy którykolwiek z nich wierzy w narzucane siłą ideały? Przywódca, wbrew zakazom, pali w ukryciu papierosy. Młody chłopak ma wystąpić w filmie propagandowym i wyznać, że słuchał kiedyś grzesznego hip-hopu, ale teraz się nawrócił. Jego szef instruuje go, co powinien robić, być wypaść bardziej autentycznie. Nic z tego. Chłopak nie potrafi szczerze wypowiedzieć podyktowanego mu wyznania. Islamiści mają na ustach wyuczone tyrady o opresji i niesprawiedliwości Zachodu, ale rejestrują je supernowoczesnymi kamerami, wysyłają w świat dzięki zachodnim zdobyczom techniki, ubrani w markowe okulary słoneczne.

Jest jednak też odpowiedź głębsza, która daje dużo do myślenia nie tylko w kwestii fanatyków islamu, ale i przeżywania mojej wiary. W czasie jednej z rozmów imam wyrzuca okupantom: Walczycie w imię Allaha, a czy mu ufacie? Czy wasza obłędna walka nie jest raczej przejawem własnej niewiary w moc Boga? Odrabiacie pracę za Niego, bo nie ufacie, że sam sobie poradzi. Dżihad, o który chodzi w islamie, powtarza starzec, jest najpierw walką przeciw samemu sobie. Walką z moim wewnętrznym złem. Jeśli sobie z nim nie poradzę, będę je rozsiewał dalej – pod płaszczykiem pobożnych motywacji.

Zmęczyć i upodlić

Napisałem, że Timbuktu to film o islamie, przemocy i oporze. Specyficzna to przemoc i osobliwego wymaga oporu. Uderza spokój prześladowców. Nie krzyczą, nie biją, nie robią hałasu. Trzymają przeciwnika w zawieszeniu. Czekają jak drapieżnik obserwujący swoją ofiarę. Pokazują broń, która w każdej chwili może wystrzelić. Pozwalają, by ofiara się zmęczyła – drobnymi przeszkodami, utrudnianiem życia w detalach. Krok za krokiem. To nie jest heroiczna walka z efektownym smokiem. Raczej powolne umieranie organizmu konsekwentnie niszczonego przez małą bakterię. Taką przemoc można przeoczyć. Ale ona też zabija.

Opór natomiast ma twarz kobiety. Jeden z recenzentów zauważa, że siłą sprawczą kolejnych nieszczęść są mężczyźni. Chłopiec nie upilnował krowy, rybak zabił, pasterz strzelił. Konsekwencje ponoszą wdowy i sieroty – zdane na łaskę i niełaskę islamistów, wprowadzających wbrew tradycji małżeństwa przymuszane. Tam, gdzie mężczyźni się wycofują, zawodzą, godzą z własnym losem, handlarka ryb – wbrew rozsądkowi i instynktowi przetrwania – krzyczy na funkcjonariusza. Niech odetnie jej ręce, ona się nie podporządkuje. Nie będzie żyła za wszelką cenę. Lokalna wariatka, w geście przywołującym „Nieznanego Buntownika” z placu Tiananmen, staje przed jadącym jeepem i krok za krokiem zmusza kierowcę, by się wycofał. Młoda dziewczyna, biczowana za śpiewanie muzyki popularnej, od krzyku i łez przejdzie do śpiewu. Osłupiony strażnik będzie mógł tylko kontynuować wykonywanie kary. Nic więcej jej nie zrobi. Opór i przemoc, pokazuje Sissako, to nie kwestia sił i środków, ale męstwa i strachu. Jeśli się przestraszysz, jeśli się cofniesz, jesteś przegrany.

Islam, opór, przemoc
Dominik Jarczewski OP

urodzony w 1986 r. w Warszawie – dominikanin, duszpasterz, rekolekcjonista, doktor filozofii uniwersytetu Paris 1 Panthéon-Sorbonne, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów, adiunkt w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, stały współpracownik...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze