Żyję z tego, że nic nie mówię
fot. jack seeds 2Z / UNSPLASH.COM

Żyję z tego, że nic nie mówię

Po czterdziestce każdy ma taką twarz, na jaką zasłużył. Niby żart, ale przecież nosimy w swoim ciele pewne własne doświadczenia.

Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Miło usłyszeć pana głos.

Ireneusz Krosny: Dziękuję.

Dlaczego pan przemówił?

Bo mi się nazbierało. Po 23 latach milczenia doszedłem do wniosku, że czas najwyższy zrobić małe podsumowanie.

Nie ma pan poczucia, że się pan bardzo odsłonił, że coś stracił?

Nie. Zgłaszało się do mnie coraz więcej instytucji i firm z prośbą o warsztaty z zakresu mowy ciała. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że może warto wyjść z tym do szerszej publiczności w jakiejś formie humorystycznej. Merytorycznie, ale wesoło. Słowa okazały się niezbędne.

A dlaczego 23 lata temu schował się pan za ciałem?

Nie schowałem się. Dałem się uwieść pantomimie. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

Kiedy był ten pierwszy raz?

Miałem 12 lat, oglądałem w telewizji film kryminalny. Pamiętam taką scenę: inspektor prowadzący śledztwo wchodzi na widownię teatru, w którym trwa spektakl pantomimy. W chwili, gdy on przepycha się między widzami, kamera pokazuje mima na scenie. I wtedy zamarłem z wrażenia. Pomyślałem, że chciałbym tak umieć. Tylko że to był amerykański film, a ja miałem 12 lat, nie mieszkałem w Warszawie i byłem pewien, że tego w Polsce nie uczą.

Dwa lata później mój starszy brat szedł ze swoją klasą do teatru na pantomimę. Gdy się o tym dowiedziałem, zapaliła mi się w głowie czerwona lampka i nie bacząc na konsekwencje, nielegalnie – bo byłem jeszcze w podstawówce – dołączyłem do kolumny wchodzących do teatru licealistów. Z treści spektaklu nic nie zrozumiałem, ale szalenie mi się to podobało. Zobaczyłem świat nieistniejących rzeczywistości, który mnie totalnie urzekł. Po spektaklu usłyszałem z głośników: Osoby zainteresowane pracą w zespole proszone są o pozostanie na widowni. Okazało się, że to był amatorski teatr, studencko-licealny. Oczywiście zostałem na widowni. Byłem najmłodszym członkiem tego zespołu.

Gdzie był ten teatr?

W Tychach. Tam, gdzie się urodziłem i gdzie mieszkam do dziś. Podczas tego spektaklu postanowiłem, że będę mimem, i tak się stało.

A rodzice nie mówili panu: Irek, co ty, dziecko, wymyśliłeś, naucz się konkretnego zawodu, idź na stolarza albo na studia, lekarzem zostań albo prawnikiem?

Oczywiście, że mówili, więc żeby ich zbytnio nie denerwować ukończyłem technikum ze specjalnością automatyk elektronik. Poza tym zostanie mimem wcale nie było takie proste. W Polsce po prostu nie ma szkół ani uczelni pantomimy, w których można się kształcić. Na początku uczyłem się w teatrze amatorskim, młodzieżowym. Uczestniczyłem też w różnych warsztatach z mimami Wrocławskiego Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego. Jednak oglądając ich spektakle, widziałem, że to nie było to, czego wewnętrznie pragnąłem. Spektakle Tomaszewskiego były piękne, ale pełne kostiumów, rekwizytów i scenografii. A ja marzyłem o pustej scenie, o tworzeniu wszystkie

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się