Efekt Roe
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Podział społeczeństwa amerykańskiego na republikanów i demokratów pokrywa się niemal dokładnie z podziałem na zwolenników i przeciwników legalności aborcji, a to ma konsekwencje wyborcze. Od czasu werdyktu Roe vs Wade rodzi się dużo więcej republikanów niż demokratów.

Amerykański system wyborczy jest — w odróżnieniu od systemów wyborczych obowiązujących we wszystkich krajach Europy z wyjątkiem Wielkiej Brytanii — systemem większościowym z jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Ma to kilka istotnych konsekwencji.

Trzeci musi odejść

Po pierwsze, taki system wymusza istnienie tylko dwóch partii politycznych. W Ameryce jest wiele egzotycznych partii i partyjek, ale tylko dwie się liczą. Nie znaczy to, że małe partie są bez szans. Dawno temu w Stanach Zjednoczonych istniały partie inne niż obecnie — partie „wolnej ziemi”, wigów, partia „nic niewiedzących”, unionistów, partia Prawa Konstytucyjnego i wiele innych. W miarę upływu czasu partie tworzyły się lub rozpadały, a scena polityczna na ogół była zdominowana przez dwie najsilniejsze. W roku 1856 grupa działaczy, wśród których był niejaki Abraham Lincoln, założyła partię republikańską. W roku 1860 wystartował on w wyborach prezydenckich jako rywal kandydatów dwóch głównych partii, które wówczas istniały: Johna Cabella Breckenridge’a reprezentującego demokratów oraz Johna Bella z partii Unii Konstytucyjnej — i zdołał jako „trzecia siła” włamać się do establishmentu. Jednak system trójpartyjny nie przetrwał. Po następnych wyborach partia Unii Konstytucyjnej przestała istnieć i wszystko wróciło do normy: na scenie pozostały dwie partie — demokratyczna i republikańska. To, że w amerykańskiej polityce dominują dwie partie, nie oznacza, iż mający ochotę założyć trzecią są bez szans: można to zrobić, wygrać wybory i nawet wyeliminować którąś z partii istniejących — ale jest to trudne. Istniejące partie mają zwyczaj przechwytywania skutecznych programów wyborczych. Mało kto już dzisiaj pamięta Partię Reform założoną przez ekscentrycznego milionera Rosa Perota. Wystartował w wyborach pod hasłem walki z deficytem finansów publicznych, który w czasach Ronalda Wielkiego i Jerzego Busha Pierwszego wyrwał się spod kontroli. Zdobył sporo głosów, nawet się zastanawiano, czy nie uda mu się wprowadzić Partii Reform do Kongresu. Nie udało się, gdyż istniejące partie przejęły jego hasło i zaczęły porządkować finanse, co w połączeniu z boomem gospodarczym sprawiło, że deficyt zniknął. Skoro nie było deficytu, to Partia Reform utraciła sztandarowy punkt swojego programu i odeszła w niebyt. Amerykanie są ludźmi pragmatycznymi — ważne, aby był realizowany program, a kto to będzie robił — nie ma znaczenia. Skoro istniejące partie zrobiły dokładnie to, co Partia Reform obiecywała, że zrobi — to znaczy, że Partia Reform przestała być potrzebna.

Zaprojektowana stabilność

Drugą cechą amerykańskiego systemu wyborczego jest jego stabilność. Raz wybranego polityka bardzo trudno usunąć ze stanowiska. Nie jest to niemożliwe — w każdych wyborach zdarza się, że ten i ów zasiedziały gubernator lub kongresman z hukiem wylatuje z posady — jest to jednak dość trudne. Na ogół polityk raz wybrany będzie wybierany ponownie — aż do śmierci lub dobrowolnej rezygnacji. Senatorowie, którzy trwają w swoich fotelach przez dziesięciolecia, nie należą do rzadkości.

Podobnie ma się sprawa z partiami politycznymi. W krajach europejskich, w których obowiązuje system proporcjonalny, parlamentarne większości zmieniają się jak chorągiewka na wietrze. Koalicja, która rządzi w poniedziałek, nie musi wcale dotrwać do soboty. Nie wiem, ilu Czytelników potrafiłoby wymienić wszystkich premierów rządu RP od roku 1989! Natomiast w Ameryce partia, która zdobędzie większość w Kongresie, na ogół utrzymuje ją przez dekady.

Stabilność amerykańskiego systemu nie jest jego wadą, tylko jego cechą. System jest stabilny, gdyż tak właśnie został zaprojektowany. Ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych spędzili niejedną bezsenną noc na debatach, jak urządzić prawa republiki tak, aby politycy z jednej strony byli zależni od wyborców i musieli się z nimi liczyć, z drugiej jednak mieli tyle niezależności, aby móc przetrwać chwilowe kaprysy opinii publicznej oraz podejmować decyzje, które choć dziś są niepopularne, to jednak w długofalowej perspektywie konieczne.

Większości w Kongresie trwają przez pokolenia i zmieniają się, gdy zmieniają się czasy. Po wojnie secesyjnej, gdy partia demokratyczna była kojarzona ze skompromitowaną obroną niewolnictwa, nastały długie dziesięciolecia dominacji partii republikańskiej. Potem, gdy pokolenia pamiętające wojnę domową wymarły, partia demokratyczna się zmieniła — zamiast być partią plantatorów i właścicieli ziemskich, stała się partią robotników, drobnych farmerów i związkowców z fabryk Detroit lub kopalń Pensylwanii oraz imigrantów: Polaków, Włochów, Irlandczyków i Żydów. I jako taka nowa partia demokratyczna odzyskała większość w Kongresie. Nastały długie lata dominacji demokratów.

Przez dziesięciolecia republikańscy prezydenci — tacy jak Hoover lub Nixon — musieli się użerać z Kongresem zdominowanym przez polityków partii opozycyjnej. Tylko Ronald Reagan miał łatwiej: gdy wygrał wybory w roku 1980, uzyskał od wyborców niezwykły prezent: Senat z republikańską większością. Fakt, że demokraci zostali w jednej izbie Kongresu zepchnięci do roli mniejszości, traktowano wtedy jako zdumiewający wybryk natury — coś, co nie może trwać długo i wcześniej czy później wróci do normy. I rzeczywiście wróciło — przed końcem epoki Reagana demokraci odzyskali Senat. Jerzy Bush Starszy musiał walczyć z zaciekłą opozycją w obu izbach Kongresu — i w końcu uległ.

Clinton wystartował do prezydentury w warunkach komfortowych: demokratyczny prezydent mający za sobą demokratyczny Kongres. Wydawało się, że będzie mógł rządzić w komfortowych warunkach, bez poważnej opozycji… gdyby nie to, że dwa lata po inaguracji jego prezydentury nastąpiło polityczne trzęsienie ziemi: w wyborach uzupełniających demokraci utracili większość, zarówno w Senacie, jak i w Izbie Reprezentantów.

Wszyscy uważali, że jest to anomalia pogodowa, coś, co po następnych wyborach się zmieni i większość znów będą stanowić demokraci — ale przewidywania te okazały się płonne. W wyborach w roku 1996 republikanie utrzymali większość — i od tej pory utrzymują ją konsekwentnie co dwa lata. (Co dwa lata odbywają się wybory uzupełniające do Kongresu). Podczas ostatnich wyborów w 2004 roku demokraci liczyli na to, że uda się im odzyskać choćby Senat — i nic z tego nie wyszło.

Po wyborach w 2004 roku komentatorzy powtarzali do znudzenia, że ich wynik świadczy o tym, iż „Ameryka przesunęła się na prawo” — amerykańskie społeczeństwo staje się coraz bardziej religijne i konserwatywne. Jest to niewątpliwie prawda, jednak nikt nie potrafił sensownie wyjaśnić, DLACZEGO amerykańskie społeczeństwo staje się coraz bardziej religijne i konserwatywne.

Prawniczy zamach stanu

Powodów jest zapewne wiele, ale warto opowiedzieć o jednym z nich, który zaczyna być w publicystyce wymieniany pod nazwą: „efekt Roe”. Janet Roe to pseudonim Normy McCorvey. Wystąpiła pod nim w procesie sądowym przeciwko stanowi Teksas reprezentowanemu przez prokuratora Henry’ego Wade’a, stąd nazwa procesu „Roe vs Wade”.

O co chodziło? Prawo stanu Teksas zabraniało przeprowadzania operacji przerwania ciąży. Kobieta nazwana Janet Roe, aby zachować anonimowość, wytoczyła stanowi Teksas sprawę sądową, oskarżając go o to, że pragnie dokonać operacji przerwania ciąży, ale nie może tego zrobić, gdyż prawo stanowe tego zakazuje, a zakaz ten jest niekonstytucyjny.

Po wielu apelacjach proces skończył się w Sądzie Najwyższym. Decyzja, którą podjęto, nie przynosi mu chluby — abstrahując już nawet od tego, czy przerywanie ciąży powinno czy nie powinno być dozwolone — uzasadnienie werdyktu, które wymyślili sędziowie, kompromituje ich jako prawników. Konstytucja USA o przerywaniu ciąży nie wspomina ani słowem, nie wspomina nawet o niczym, co można by pod przerywanie ciąży podciągnąć. Mówi natomiast, że decydowanie o sprawach, które nie są wymienione w konstytucji, należy do rządów stanowych. Każdy stan powinien sprawy legalności rozstrzygać we własnym zakresie — i tak właśnie było w tamtych czasach. Sędziowie, aby uznać niekonstytucyjność zakazu, musieli dokonać karkołomnych łamańców myślowych. Uchwalili, że zakaz przerywania ciąży jest niekonstytucyjny, gdyż narusza prawo do prywatności. Co prawda w konstytucji żadnego prawa do prywatności nie ma, ale to nie szkodzi, gdyż, zdaniem prawników, to, że czegoś nie ma, nie zmienia faktu, że, ich zdaniem, powinno być — a więc jest.

Warto o tym pamiętać: Stany Zjednoczone są — o ile wiem — jedynym państwem, w którym przerywanie ciąży zostało zalegalizowane nie na drodze debaty, referendum czy głosowania w parlamencie, ale w sposób antydemokratyczny — na drodze sądowego zamachu stanu. Wyborcy na ten temat nie mieli nic do gadania. Dodajmy, że dzisiaj w dokładnie taki sam sposób — na drodze sądowych zamachów stanu — stan Massachusetts niedawno zalegalizował „małżeństwa” homoseksualne. Kilku sędziów zadekretowało, że prawo uznające tylko małżeństwa osób odmiennej płci jest niekonstytucyjne. Stanowy kongres momentalnie podjął kroki, aby wprowadzić stosowną poprawkę do konstytucji zakazującą małżeństw homoseksualnych. Sędziowie szybciutko odpowiedzieli, nakazując zalegalizowanie małżeństw homoseksualnych ze skutkiem natychmiastowym, aby to uniemożliwić. Tak jak w sprawie Roe vs Wade — rewolucja obyczajowa została wprowadzona poprzez prawniczy zamach stanu.

Pamiętajmy: różnica między USA a Europą polega m.in. na tym, że w Ameryce legalizacji przerywania ciąży lub małżeństw homoseksualnych nigdy nikomu nie udało się przeprowadzić na drodze demokratycznej — poprzez referendum lub głosowanie w Kongresie lub kongresach stanowych — i trzeba było wprowadzać stosowne prawa tylnymi drzwiami przy zaciekłym oporze! Natomiast w Europie podobne sprawy da się poddawać pod głosowanie — i wygrywać. Powszechne w Europie wyobrażenie o Ameryce jako siedlisku rozwiązłości jest po prostu nieprawdziwe: Ameryka to kraj znacznie bardziej konserwatywny i znacznie mniej rozwiązły, niż to się może komuś wydawać na podstawie hollywoodzkich filmów.

Jabłko i jabłoń

Wróćmy do polityki. Ameryka stała się w ciągu ostatnich lat krajem wyraźnie bardziej konserwatywnym obyczajowo, niż była w latach 60., w czasach dzieci kwiatów. Dlaczego? Otóż właśnie za sprawą werdyktu Roe vs Wade.

Rozumowanie jest bardzo proste: dzieci — na ogół — dziedziczą przekonania polityczne i religijne rodziców. Oczywiście nie zawsze, dziecko wychowane w rodzinie religijnych katolików może zostać wojującym ateistą, dziecko wychowane w tradycyjnej rodzinie żydowskiej może zostać (jak np. Karol Marks) zoologicznym antysemitą. Może być i na odwrót — dziecko wychowane w rodzinie ideowych stalinistów może zostać ideowym antykomunistą i działaczem opozycji demokratycznej. Są to jednak wyjątki od reguły, która brzmi: „Niedaleko pada jabłko od jabłoni”.

Amerykańskie partie demokratyczna i republikańska różnią się poglądami na wiele spraw. Republikanie są obrońcami konstytucyjnego prawa do posiadania broni — demokraci chcieliby je ograniczyć. Republikanie są za niskimi podatkami, zmniejszaniem roli państwa w gospodarce, polityką twardej ręki w zwalczaniu przestępczości, utrzymaniem silnej armii. Demokraci gdyby mogli, wprowadziliby 100% podatek od dochodów osobistych, zakazali jakiejkolwiek działalności gospodarczej, aby nie niszczyć środowiska, przestępców powypuszczali na wolność, aby „zmniejszyć liczebność populacji w więzieniach”, a w kwestiach obrony uważają, że najlepszym sposobem na zapobieganie wojnom na świecie jest uchwalanie rezolucji ONZ. To może podział uproszczony, ale oddaje istotę rzeczy.

W jednej kwestii podział między demokratami a republikanami jest wyjątkowo głęboki — w poglądach na dopuszczalność przerywania ciąży. Partia demokratyczna jest partią ortodoksyjnych zwolenników dopuszczalności tej procedury — bez jakichkolwiek ograniczeń.

Ci, którzy się nigdy nie urodzili

Podział społeczeństwa amerykańskiego na republikanów i demokratów pokrywa się niemal dokładnie z podziałem na zwolenników i przeciwników legalności aborcji, a to ma konsekwencje wyborcze. Wyobraźmy sobie bowiem dwa plemiona — Hotentotów i Irokezów, oba liczące 100 rodzin. Niech jednak rodziny hotentockie wychowują po jednym dziecku, irokeskie zaś po troje. Plemiona te będą miały odpowiednio: 100 i 300 dzieci. Oznacza to, że w drugim pokoleniu Hotentoci będą liczyli 50 rodzin, a Irokezi 150, czyli stosunek sił obu plemion w pierwszym pokoleniu wynoszący 1:1, w drugim zmieni się na 1:3 na korzyść Irokezów. Jeżeli ten trend się utrzyma, to w trzecim pokoleniu Hotentoci będą mieli 50 dzieci (25 rodzin), a Irokezi 450 (225 rodzin) i stosunek sił będzie wynosił 1:9.

Teraz postawmy tezę: rodziny złożone z ludzi przeciwnych aborcji będą miały (statystycznie rzecz biorąc) więcej dzieci aniżeli rodziny ludzi uważających, że powinna być dopuszczalna. To, jak pokazuje przykład Hotentotów i Irokezów, prowadzi do dramatycznych zmian demograficznych. Jeżeli dzieci — co jest założeniem intuicyjnie dość przekonującym — będą dziedziczyć poglądy rodziców, to liczba przeciwników legalności aborcji będzie rosnąć, a zwolenników — maleć.

Werdykt Sądu Najwyższego legalizujący aborcję został ogłoszony w roku 1973. Od tego momentu zaczął tykać zegar demograficzny bezlitośnie eliminujący dzieci zwolenników legalności aborcji. Natomiast w rodzinach konserwatywnych liczba dzieci nie uległa znaczącej zmianie: kobiety, które z założenia nie chcą ciąży usuwać, nie będą tego robić bez względu na to, czy jest to legalne czy nie. Innymi słowy — od czasu werdyktu Roe vs Wade rodzi się dużo więcej republikanów niż demokratów.

Nikt tego nie zauważył, gdyż nikt nie bada preferencji wyborczych ludzi, którzy się nigdy nie urodzili, dlatego w badaniach opinii publicznej i sondażach wyborczych ta asymetria pozostawała niezauważona — aż do czasu, kiedy pierwsze pokolenie urodzone po werdykcie Roe vs Wade osiągnęło prawa wyborcze.

W roku 1992 liczba wyborców urodzonych po roku 1973 była jeszcze zbyt mała, aby zadecydować o wyniku, ale już w 1994 roku nastąpił wstrząs — i demokraci utracili większość w Kongresie. Od tego momentu czas działa na ich niekorzyść. Co roku prawa wyborcze uzyskuje kolejny rocznik młodych ludzi — na skutek „efektu Roe” — bardziej republikański, niż byłby, gdyby werdyktu Roe vs Wade nie było. To powoli, ale nieuchronnie, przesuwa rozkład głosów na korzyść republikanów.

Efekt Roe wpływa na wyniki wyborów na dwa sposoby. Po pierwsze, bezpośrednio zmieniając proporcje demokratów i republikanów. Po drugie — efekt Roe sprawia, że w stanach republikańskich liczba ludności rośnie szybciej niż w stanach demokratycznych. Liczba miejsc w Izbie Reprezentantów oraz w kolegium elektorskim wybierającym prezydenta zależy od liczby mieszkańców w danym stanie — więc efekt Roe również i w ten dodatkowy sposób faworyzuje republikanów. Gdyby w wyborach prezydenckich w roku 2004 prezydent Bush wygrał w tych samych stanach, co w roku 2000 — to i tak wygrałby większą różnicą głosów elektorskich niż w roku 2000! W tym czasie zmniejszyła się liczba mieszkańców stanów demokratycznych, co przyznało więcej głosów elektorskich stanom republikańskim — choć precyzyjne oszacowanie, na ile jest to wynik wewnętrznych migracji ludności, a na ile „efektu Roe”, wymaga odrębnej analizy.

Jedno nie ulega wątpliwości: w roku 1970 stosunek liczby demokratów do republikanów wynosił 2:1. Dzisiaj to już 1:1, z tym że powoli, ale nieustannie zmienia się na korzyść tych ostatnich.

Wszystko to ma konsekwencje polityczne: oznacza bowiem, że demokraci nigdy nie będą w stanie zdobyć wyborczej większości — przynajmniej tak długo, jak długo sztandarowym postulatem ich partii będzie: „Utrzymać legalność aborcji bez żadnych ograniczeń i zalegalizować małżeństwa homoseksualistów” — takie bowiem są prawa biologii. Polityk, który na wiecach zaczyna machać tęczowym sztandarem homoseksualistów — popełnia wyborcze samobójstwo!

Walki frakcyjne

No dobrze, powie ktoś. Czy w takim razie nie oznacza to, że demokraci będą wybory konsekwentnie przegrywać, a republikanie wygrywać — aż w końcu Ameryka stanie się krajem monopartyjnym jak Sowiety?

Odpowiedź brzmi: nie. Tak się nie stanie. Dlaczego?

Partia demokratyczna wcześniej czy później porzuci hasła, których obrona gwarantuje przegrywanie wyborów. Amerykańskie partie trwają, ale ich ideologie się zmieniają. Pisałem, że kiedyś dawno temu partia demokratyczna reprezentowała głównie białych plantatorów broniących niewolnictwa Murzynów. Potem stała się partią robotników, związkowców i imigrantów.

Taką partią demokraci byli przez kilkadziesiąt lat XX wieku, aż do rewolucji obyczajowej lat 60. Trudno powiedzieć, dlaczego partia demokratyczna stała się wtedy partią wojujących ateistów i mniejszości seksualnych. Robotnicy, drobni farmerzy, drobni przedsiębiorcy, słowem amerykańska „dolna klasa średnia”, która stanowiła wcześniej rdzeń partii demokratycznej, nagle zaczęła się głupio czuć na wiecach wyborczych, gdy zobaczyła wokół siebie niedomytych hippisów, radykalne feministki, nawiedzonych ekologów. Wykorzystał to Reagan, który zaczął jeździć po terenach uchodzących wcześniej za bastiony demokratów i wołał: „To nie wy opuściliście partię demokratyczną — to partia demokratyczna opuściła was!” — czym przeciągnął na swoją stronę elektorat przeciwnika — i jak wiemy, wygrał w cuglach. Dzisiejsi demokraci to partia ortodoksyjnych zwolenników utrzymania legalności przerywania ciąży. To nie będzie trwało wiecznie. Już teraz po przegranych wyborach prezydenckich trwają w niej walki frakcyjne. Można tam spotkać twardogłowych lewaków, którym marzy się przekształcenie USA w Socjalistyczne Stany Ameryki rządzone przez ONZ, z legalną aborcją i przywilejami dla homoseksualistów. Istnieje też frakcja politycznych realistów uważających, że doktrynalna obrona wolności przerywania ciąży — nawet w przypadku tak odrażających procedur jak aborcja przez urodzenie („W drodze” nr 332, http://www.mateusz.pl/wdrodze/nr332/12–wdr.htm) — jest na dłuższą metę niemożliwa, a walka o legalizację małżeństw homoseksualnych budzi w wyborcach obrzydzenie i tylko dostarcza głosów republikanom.

Frakcja pierwsza dziś nadaje partii ton, ale zbliżają się kolejne wybory, w roku 2006 i 2008. Demokraci je przegrają, a w każdym razie nie zdołają odzyskać większości w Kongresie. Wtedy w partii demokratycznej do przywództwa dorwie się nowe pokolenie polityków, którzy z hukiem pozbędą się lewackiego betonu i zaczną dystansować się od kontrowersyjnych pomysłów obyczajowych.

Jakie będą przyszłe hasła, którymi demokraci zastąpią dzisiejszą antyreligijną frazeologię? Nie wiem. Być może zaczną republikanów atakować za doprowadzenie do wielkiego deficytu w budżecie federalnym. Być może wykorzystają to, że prezydent Bush chciałby ogłosić amnestię dla nielegalnych imigrantów, co jest bardzo niepopularne wśród jego zwolenników, i zaczną go atakować pod hasłem: „Ufortyfikować granicę z Meksykiem i Kanadą!”.

Nie wiem, co się stanie hasłem bojowym demokratów po roku 2008 — ale wiem, że partia rozpocznie odwrót od dzisiejszych haseł „aborcja dla wszystkich i na koszt podatnika”. W roku 2015 partia demokratyczna będzie istnieć dalej — ale będzie to z ideologicznego punktu widzenia partia odmienna od obecnej.

Niektórzy, co bardziej rozgarnięci przywódcy demokratów już dzisiaj widzą konieczność porzucenia radykalnie antyreligijnej retoryki, aby przeciągnąć na swoją stronę wyborców republikańskich. Senator Hillary Clinton jeździ obecnie po różnych wiecach, deklarując, że w zasadzie to jest prawie republikaninem — ale nie sądzę, aby jej to pomogło, i prezydentem nie zostanie.

Efekt nieodwracalny

No dobrze, powie ktoś, ale czy nie jest możliwy taki scenariusz: wskutek „efektu Roe” republikanie zdobyli trwałą większość w Kongresie, dzięki temu mianują republikańskich sędziów Sądu Najwyższego, Sąd zmienia wyrok w sprawie Roe vs Wade, aborcja staje się ponownie nielegalna — i cały proces zostaje odwrócony, gdy zacznie się rodzić więcej demokratów?

Odpowiedź brzmi: nie. Po pierwsze, nawet gdyby dzisiaj Sąd Najwyższy zdelegalizował przerywanie ciąży, to i tak pierwsze efekty tej decyzji odczujemy dopiero za 18 lat (plus dziewięć miesięcy!), gdy pokolenie urodzone po tej decyzji uzyska prawa wyborcze. Po drugie, aby zwolennicy swobodnego dostępu do aborcji odzyskali większość, muszą mieć więcej dzieci od przeciwników.

Wracając do przykładu z Hotentotami i Irokezami: w pierwszym pokoleniu oba plemiona miały po 100 rodzin. W pokoleniu drugim po 50 i 150. Hotentoci, aby odrobić straty, muszą teraz mieć więcej dzieci niż Irokezi. Nie wystarczy, że będą mieli po trzy na rodzinę, jak ci ostatni, ponieważ ci w trzecim pokoleniu będą mieli 450 dzieci. Hotentoci, aby ich dogonić, będą musieli mieć po dziewięcioro pociech w każdej rodzinie. Jest wysoce nieprawdopodobne, aby w przypadku delegalizacji aborcji zwolennicy jej legalności zaczęli się nagle dorabiać potomstwa w takim tempie. To oznacza, że efekt Roe jest nieodwracalny. Przynajmniej za naszego życia. Dlaczego nie jest on widoczny w Europie? Po pierwsze, w Europie podział na partie polityczne nie pokrywa się z poglądami na temat dopuszczalności aborcji. Po drugie, Europa jest znacznie bardziej zsekularyzowana i ludzie religijni stanowią w niej kilkuprocentową mniejszość, co odpowiada sytuacji, gdy w przykładzie z Hotentotami i Irokezami Irokezi mają w pierwszym pokoleniu 5 rodzin, a Hotentoci 200. Nawet jeżeli Irokezi będą mieli więcej dzieci niż Hotentoci, to i tak upłynie dużo czasu, zanim staną się od nich bardziej liczebni. Na pojawienie się „efektu Roe” w Europie przyjdzie nam więc poczekać trochę dłużej niż w Ameryce.

Reakcja Morforda

Natomiast puentą niech będzie artykuł, który w „San Francisco Chronicle” napisał 19 października 2005 roku Mark Morford. Tło artykułu jest następujące: agencje doniosły, że pani Michelle Duggar z Arkansas urodziła właśnie swoje 16 dziecko. W wywiadach powiedziała, że chce ich mieć jeszcze więcej. Zarówno ona, jak i jej mąż są głęboko religijnymi chrześcijanami i uważają dzieci za dar Boga.

Normalny człowiek, gdy coś podobnego przeczyta, zareaguje przerażeniem: „Jak oni tyle dzieci utrzymają?”. Następnie zacznie tej rodzinie zazdrościć albo współczuć. (W tym konkretnym przypadku współczuć nie trzeba: mąż pani Duggar jest przedsiębiorcą i reprezentantem w stanowym Kongresie. Z głodu nie umrą i z zasiłków pomocy społecznej korzystać nie będą).

Mark Morford z „San Francisco Chronicle” zareagował inaczej. San Francisco to bastion homokomuny — czyli ultralewaków i homoseksualistów, nastawionych wrogo do ludzi religijnych, ale i tak jego komentarz po prostu zatyka — nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę, że został napisany we współczesnym odpowiedniku Sodomy i Gomory. Pozwalam sobie przytoczyć jego obszerne fragmenty, choć przyznam, że tłumaczenie go nie było łatwe, jeśli nie chciało się utracić specyficznego stylu oryginału.

Któż dał mi prawo do sądzenia? Któż dał mi prawo, aby stwierdzić, że jedna — bardziej niż obleśna — 39–letnia baba z Arkansas właśnie urodziła swoje 16 dziecko — tak jest, szesnaste! — czy czują Państwo skurcz pochwy, gdy o tym mówię? — Któż dał mi prawo, aby powiedzieć, że Michelle Duggar jest trochę niezrównoważona i walnięta?

I oczywiście, kimże jesteś, aby sugerować, że jej równie walnięty mąż — który, tak na marginesie, nazywa się Jim Bob i któremu marzy się zostanie republikańskim senatorem (czy nie czujecie socjopolitycznego bólu, gdy o tym mówię?) — jest żywą skamieliną i że wydanie na ten wyczerpany świat 16 głodnych, mażących się, pozbawionych opieki (a ona chce więcej!) dzieci już nie prowokuje współczucia, nawet nie budzi zaniepokojenia, ale woła wprost: „Na miłość boską, do jasnej cholery, czy tym ludziom odbiło?”

Skąd się u autora bierze taka nienawiść do wielodzietnych rodzin chrześcijańskich? Stąd, że takie rodziny uświadamiają mu, iż reprezentowana przez niego homokomuna to tylko mało znaczący wybryk przyrody. Facet zaczyna rozumieć, że jest tylko nieudanym modelem w procesie ewolucji, który nigdy nie wejdzie do masowej produkcji i zostanie zastąpiony przez potomstwo pani Duggar. I to jest bardzo przykra świadomość. Stąd bierze się jego jad: z bezsilności. A to jest nic innego jak tylko efekt Roe — w praktyce.

Efekt Roe
Tomasz Włodek

urodzony w 1965 r. – pracownik naukowy, przebywa w USA, publikował w miesięczniku „W drodze” oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju. Autor cyklu felietonów pt....