Nad jeziorem Natron

Nad jeziorem Natron

Zdawało się nam, skazanym, że naczelnik więzienia kryje w głębi serca litość. Bo czyż nie byliśmy zapraszani na jego niedzielny obiad? Czyż nie kazał nam usiąść na ziemi w grupach?

Szanowny Lwie,

ledwie mieściliśmy się w wąskim drabiniastym wozie zaprzężonym w dwa wysokie chude muły. Jedynie Wanyana nie miał rąk przykutych łańcuchem do szczebli, bo on rąk wcale nie miał, a ja, zerkając na niego ukradkiem, nie miałem pojęcia, Szanowny Lwie, jak ktoś taki mógł okradać misje, farmy i chaty. Dopiero w więzieniu nad słonym jeziorem Natron, nad którym unosi się ostra i kwaśna woń i którego brzegi bieleją jak suknie dziewcząt idących po raz pierwszy do komunii, dowiedziałem się któregoś popołudnia od Czerwonego Mohra, że banda Wanyana „nosiła” go na zbójeckie wyprawy, to znaczy, Szanowny Lwie, on szedł, skradał się, ale już na miejscu, kiedy zrobiono podkop lub wyważono okiennice — podawano go sobie z rąk do rąk niczym małe dziecko; tak, tylko on znał wartość rzeczy, które wskazywał, składając na nich pocałunek pełen szacunku. Nie, nie wynosili wszystkiego, wynosili tak niewiele, że ledwie można było napełnić tym kosz z ryżowej trawy. Ale nie były to diamenty, jak uparcie utrzymywał nasz strażnik Nudny Din. To on przyłaził pod nasze małe zakratowane okno w porze sjesty i całe zasłaniał swoim grubym ciałem. Jak mówiono — nie miał do tego prawa, ale pora odpoczynku w więzieniu nad jeziorem Natron była dla niego najbardziej pustą chwilą w jego podłym życiu i widocznie wtedy najbardziej trapiły go wyrzuty sumienia, a jak wiesz, Szanowny Lwie, wyrzuty sumienia mogą popsuć nawet utuczoną pustkę i staje się wtedy ona nieoswojona, dzika, drążąca jak ziemia, która ma urodzić diament, choć Msabu nie wierzy, że wtedy one się rodzą. Nie podejrzewam jednak, Szanowny Lwie, że Nudny Din mógłby urodzić cokolwiek z tej pustki, bo jest rozlazły, okrutny i gadatliwy, a według samego siebie — pokrzywdzony przez Boga. Dusiliśmy się w ciasnej celce, kiedy zasłaniał nam sobą okno, on jednak nie zwracał na to żadnej uwagi, mało tego — opornych, zmęczonych i śpiących na stojąco pobudzał do słuchania, sięgając w głąb celi zakrzywioną tyką. Tak złowiona głowa uderzała w inną głowę, a inna głowa w głowę stojącą pod oknem, a głowa stojąca pod oknem uderzała w kraty. Din mógł przemawiać na wszystkie tematy, a nawet sam prosił, byśmy wymyślali dla niego hasła. „Bóg!” — ktoś zawołał. „Dobrze, Bóg” — odpowiadał Din. „Słodkie pataty!”. „Dobrze, słodkie pataty”. „Deszcz!”. „ Dobrze, deszcz”. „Prostytutki!”. „Dobrze, prostytutki”. „Wakamba!”. „Dobrze, Wakamba”.

Nie potrzebuję waszej miłości

Czy myślisz, Szanowny Lwie, że Juma, który pilnował nas przy transporcie soli, był choć nieco bardziej wyrozumiały? Wcale nie. On był jeszcze gorszy. Gdyż Juma lubił pracować. Zawsze było mu mało, choć wcale nie musiał, rzucał się jak szaleniec na płyty soli, obciosywał je, nosił, układał w góry i pagórki. Wyglądał naprawdę żałośnie, choć mówił, że buduje imperium i że gdybyśmy się chcieli choć trochę przyłożyć do roboty, sprawy wyglądałyby inaczej. Ale nie wierzyłem mu, że tak bardzo obchodzi go bycie poddanym angielskiego króla, jego gorliwość miała coś budzącego w nas wszystkich grozę. Wierzył, że niewidzialna ręka wpisuje w wielką księgę jego czyny, ale tę nagrodę zostawiał sobie na życie po śmierci, w starości zaś miał smakować naszej dozgonnej wdzięczności.

— Wiem, że mnie nienawidzicie, lenie — pomrukiwał zbolały — ale przyjdzie czas, że będziecie wspominać starego Jumę, bo to on was wychował. Być może uważacie, złodzieje, że powinienem być dla was dobry i łagodny. Być może tak powinno być, ale ja wiem swoje, nie potrzebuję waszej miłości, nie potrzebuję jej, bo kocha mnie sam Bóg. I nie ma innej drogi do obudzenia waszych dusz, jak tylko zła dola, której podlegacie teraz. Mogę pójść o zakład, że nie ma innej drogi do Boga. Tak musi być, musicie czuć na waszych karkach gorący oddech Tego, który na początku nie zna litości.

Jesteście przeze mnie kochani

Zdawało się nam, skazanym, że naczelnik więzienia litość taką kryje w głębi serca. Bo czyż nie byliśmy zapraszani na jego niedzielny obiad? Czyż nie kazał nam usiąść na ziemi w grupach? Czyż nie wynoszono później bardzo szerokiego stołu nakrytego białym obrusem? Czyż nie ustawiano na nim bukietów świeżych kwiatów w srebrnych kielichach, nie rozkładano noży, widelców, miseczek z pachnącą wodą i kruchych talerzy jaśniejących złotem, serwet śnieżnych i sztywnych, delikatnych kieliszków, czarek, solniczek i naparstków z pieprzem, które widziałem na farmie Msabu? Czy później nie podawano wonnej kawy do stołu i ciast wysokich i pulchnych? Ależ tak, Szanowny Lwie, wszystko odbywało się w jak najlepszym porządku, a kiedy było już wszystko gotowe, pozwalano nam zbliżyć się do stołu. Wtedy nadchodził Bwana Cuthbert. Jego mundur był równie biały jak obrus. Uśmiechał się lekko, stawiał nogi jak bocian i myślałem niekiedy, że po niedzielnym posiłku w Afryce odleci jak on na północ do Europy brodzić w jej chłodnych błotach. Lecz następnej niedzieli pojawiał się znów, kiedy wszystko na stole zostało zastawione w nienagannym porządku. Znów kazano zbliżyć się nam do stołu i usiąść na ziemi. Nasze nogi skuwano wtedy wspólnym łańcuchem, lecz ręce mieliśmy wolne. Jak bardzo myliłem się, Szanowny Lwie, sądząc, że zostawiono je bez łańcucha, by tym łatwiej mogły złapać lecący od stołu kawałek chleba, ciasta czy mięsa. Nie. Bwana Cuthbert jadł na naszych oczach swój niedzielny obiad, robił to z ogromną elegancją, pamiętam, że przykładał białą serwetę do ust, zanim sięgnął po kieliszek z winem, tak, nigdy nie śpieszył się i pozwalał nam odprowadzać oczyma każdy kęs, który znalazł się na jego widelcu. Lecz nasze ręce! Te, gdy tylko podano kawę, unosiły się jak las w górę. Bwana Cuthbert wybierał tylko jedną z nich, dyskretnie wskazując na wybrańca końcem srebrnej łyżeczki.

— Proszę cię, mów — łaskawie skłaniał głowę, a głos jego nie miał w sobie nic żołnierskiego, był blady jak cała jego postać. — Możecie się poskarżyć, proszę — to jest chwila, cenna, jedyna, kiedy naprawdę jesteśmy razem, przy stole. Proszę, co masz do powiedzenia? — skinął na Wanyanę, który przecież nie miał rąk.

— Podoba mi się tu — powiedział śmiało Wanyana — podoba mi się wszystko, ale żebyś mnie dobrze zrozumiał, Bwana, muszę opowiedzieć ci moje dzieciństwo, o tak, miałem kochającą matkę, Bwana, lecz ojciec mój…

— Wiem, co chcesz powiedzieć, Wanyana — przerwał mu Bwana Cuthbert — wiem, co chcesz powiedzieć, i powtarzam wam to każdej niedzieli: chcę być waszym ojcem, lecz nie można być ojcem, kiedy nie ma się synów. Tak mi przykro, i Bóg jeden wie, jak bardzo pragnę wam pomóc, cóż, kiedy wy próbujecie uciekać ode mnie, cóż, kiedy pomocnicy moi tak podle was traktują. Natura moja, oschła być może i zamknięta, cierpi jednak z wami. Zdolna jest odpowiedzieć na wasze zaufanie. Zaufanie — powtórzył z naciskiem Bwana Cuthbert. — A to buduje się tylko wtedy, gdy ojciec i syn mają wspólny cel, zrozumieliście? Nie ślepa wiara, lecz ufność, drodzy synowie.

— Ufność — powtórzył jak echo Wanyana — lecz w misce naszego codziennego ryżu znajdujemy białe larwy, w nocy gryzą nas szczury, Bwana…

— Tak — gorąco zgodził się z nim Bwana Cuthbert — tego nie można wziąć do ust, Wanyana, ryż powinien mieć smak ryżu, podobnie ryba, dobry kawałek wołu, owoc, kawa, ser, sos, kieliszek likieru, masz rację, Wanyana, zwłaszcza, że żyjemy w dwudziestym wieku, który żąda od nas przekraczania podziałów, wspólnego budowania dziedzictwa, szacunku dla każdego człowieka, tak, synowie moi, człowiek kształtuje się dziewięć miesięcy, pełnym człowiekiem staje się w wieku sześćdziesięciu lat, a zabija się go w ciągu jednej chwili. Zabija się głodem, splugawionym pożywieniem, wreszcie strzałem w głowę. Lecz zauważ, Wanyana, ponieważ oboje nie mamy wpływu na to, co znajduje się w naszych miskach, nie możemy tego zmienić, pozostaje nam to przyjąć, tak, Wanyana, być może z obrzydzeniem, być może z głębokim bólem, lecz z godnością, a ta bierze się z faktu bycia kochanym. Tak, jesteście przeze mnie kochani i żadne z waszych przestępstw i draństw nie zniszczy tego uczucia.

Święty Franciszek, Rabelais i „jeden z ewangelistów”

Poprowadzono nas, Szanowny Lwie, do cel i zatrzaśnięto drzwi. Ile to już czasu upłynęło, od kiedy przybyłem nad brzeg jeziora Natron? Słońce wstawało i zachodziło, wstawało i zachodziło, stół wystawiano i nakrywano, stół wynoszono i składano obrusy, a ja tu tkwiłem, zbierając każdego dnia sól bez żadnej wiary w to, że Msabu upomni się o mnie, a Arthur sprowadzi legion oddanych mu aniołów, które uwolniły z więzienia apostoła Piotra. Zapytasz zapewne, jak się tam dostałem, lecz to długa historia, długa i smutna, choć zaczęła się tak radośnie, gdy ponownie zapukałem do drzwi francuskiej misji i rozpocząłem prawdziwą szkołę. Cóż to była za nauka, Szanowny Lwie! Jadłem trzy razy dziennie i miałem swoje miejsce w sypialni, tabliczkę i rysik, nowe spodnie i długą brązową koszulę po jednym z ojców. Klasa była jasna i przewiewna, lecz przedzielona parawanem z desek i płótna na część, w której uczyli się chłopcy, i część, w której dziewczęta, przechylając pilnie głowy, rysowały litery z ogonkiem i brzuszkiem. Nauczyciel zaś stał pośrodku, również — jak się nam zdawało — przedzielony na pół, jednym okiem lustrując chłopców, a drugim dziewczęta. Mówił jednak i pisał dla wszystkich to samo, choć bardziej był zadowolony z pracy dziewcząt. Te w lot chwytały jego słowa i umiały odpowiedzieć na każde zadane pytanie. Inaczej my. Chłonęliśmy gramatykę i ortografię, lecz zawsze byliśmy gdzie indziej — jakby z sufitu, chmur za oknem, kołyszących się na lekkim wietrze drzew można było wyczytać nie tylko więcej, ale z sufitem, chmurą za oknem, kołyszącym się na lekkim wietrze drzewem napisać wielką pieśń o życiu naszej rodziny przedzielonej parawanem z desek i taniego płótna. Jeśli czegoś takiego nie stworzyliśmy w tym czasie, to tylko dlatego, że nauczyciel — ojciec Bernard — przywoływał nas zaraz do porządku. Nie rozumiałem jeszcze wtedy słów Msabu, która mówiła swoim białym przyjaciołom, że „gdybyśmy dali Afrykanom na dogonienie nas trzy lata za każdą setkę lat naszej historii, to teraz powinniśmy im posłać świętego Franciszka z Asyżu, a wkrótce Rabelais’go. Cieszyliby się obu wysłańcami i bardziej by ich szanowali niż my w naszym dwudziestym wieku. Za dwadzieścia lat mogą się okazać gotowi do przyjęcia encyklopedystów, a za dalsze dziesięć lat doszliby chyba do Kiplinga. Powinniśmy im dostarczyć marzycieli, filozofów i poetów, a wszystko po to, aby ostatecznie przygotować pole dla Mr Forda”. Lecz święty Franciszek nie nadchodził, a za nim nie podążał Rabelais. W drzwiach klasy pojawił się za to „jeden z ewangelistów” i dał znak ojcu Bernardowi, a ten skinął na mnie.

Nad jeziorem Natron
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...