Zaobcęgowanie mózgów i języków

Zaobcęgowanie mózgów i języków

Współcześnie naukowcy i ludzie pióra pozostawili zagadnienie Boga za sobą w odległej już przeszłości. Ich pisma, leksyka są najpoważniejszym świadectwem kryzysu wiary, ale bodaj jeszcze większym świadectwem kryzysu współczesnego intelektu.

Kazachstański letni wieczór, bez przyjęć, bez dyplomatycznej oficjalszczyzny… Jest czas na książkę. W Lapidarium V Ryszarda Kapuścińskiego przeczytałem:

W „Tygodniku Powszechnym” (17 marca 2002 roku) Jacek Kubiak pisze o kryzysie Kościoła katolickiego we Francji: puste kościoły, coraz mniej wiernych, coraz mniej powołań.

Socjolog Jean–Fraçois Barbier–Bouvet wymienia trzy przyczyny kryzysu religii:

— ludzie obawiają się wszelkich religii, gdyż w ich łonie pojawiają się tendencje do przejęcia rządu dusz, a to już ma posmak totalitaryzmu;

— podejrzewają, że Kościół chce manipulować ich świadomością;

— ponadto demokratyzacja życia sprawiła, że ludzie odrzucają wszelką ingerencję wielkich instytucji w ich życie prywatne.

Kapuściński swoim zwyczajem wybranych przez siebie fragmentów różnych tekstów nie komentuje. Dlaczego? Wbrew pozorom nie uważam, aby był to dowód pokory, czy też próba pozostawienia czytelnikowi miejsca na własną refleksję, co przecież byłoby głęboko pedagogiczną wspaniałomyślnością. Wszak on te fragmenty świadomie dobiera. Ba, akurat tę książkę Ryszard Kapuściński nie tylko pisze, ale i bardzo inteligentnie preparuje. Lapidarium — wszystkie jego części — to w znaczącej mierze autorsko zredagowana porcja wiedzy, swego rodzaju digest dla polskiego, zagonionego, stosunkowo rzadko czytającego i niezbyt ochotnie myślącego inteligenta A.D. 2002. Czytam i ja — zagoniony. Szanuję jego erudycję, społeczną wrażliwość, zdolności syntezy. Jednakże ten autor i jego książki są dla mnie swego rodzaju signum temporis. Tak jak na przykład bardzo współcześnie europejski Umberto Eco. I znów dlaczego?

To, co piszą Jacek Kubiak, Francuz Jean–François Barbier–Bouvet i co po nich dla polskiego — tu się powtórzę — zmęczonego i zagonionego inteligenta relacjonuje Kapuściński, nie jest faktycznym — przynajmniej bezpośrednim — dowodem kryzysu Kościoła. To nie adekwatna diagnoza, bo i nie do końca adekwatna jest terminologia przyjęta przez autorów tekstów. Kościół według nich jest ludzką i tylko ludzką organizacją. On „rządzi”, „manipuluje”, jest zaprzeczeniem i zagrożeniem „demokratyzacji”, „ingeruje w życie prywatne”. Kościół tych współczesnych intelektualistów jest specyficzną, jakby gorszą formą partii politycznej. W efekcie w odniesieniu do Kościoła kolejny raz stosuje się aparat pojęciowy prymitywnego pozytywizmu. Czy tego wymaga współczesna metodologia nauk społecznych? Jeśli nawet tak jest — ja w ten wymóg wątpię — to tego rodzaju ograniczenie dotyczyłoby wyłącznie Barbier–Bouveta. Tylko on jest w tym gronie socjologiem. To nie jest i być nie może obligatoryjny wymóg dla publicysty czy tym bardziej dla pisarza. Postawmy więc wspomnianym wyżej autorom kilka pytań.

Gdzie wiara? Gdzie historia zbawienia? Gdzie historia judeochrześcijańskiej cywilizacji europejskiej? Gdzie jej wartości? Jednakże nade wszystko: gdzie Bóg? Gdzie Ukrzyżowany, Najpokorniejszy z Pokornych, Chrystus? Gdzie ci, którzy przez wieki szli Jego drogą? Wszak oni również byli ofiarami różnej maści autokracji i totalitaryzmów. Pierwszymi i najliczniejszymi ofiarami najbardziej niepojętych totalitaryzmów ubiegłego stulecia byli ludzie wiary: chrześcijanie i żydzi, żydzi i chrześcijanie… W badaniach Barbier–Bouveta nie ma miejsca na Kościół inny niż ten przypominający karykaturę partii politycznej. Kościół Chrystusowy, Kościół — depozytariusz wiary, Kościół — krynica sakramentów, nie istnieje. Synagoga też nie istnieje. Bóg nie istnieje! Wiara nie istnieje!

Czy ci współcześni naukowcy, tym bardziej zaś ludzie pióra, nie piszą przypadkiem, być może podświadomie, o kryzysie wiary? Nie — kryzysie Kościoła, a kryzysie wiary. Kryzysie najstraszniejszym ze strasznych… Kryzysie, który tyle razy prowadził ludzkość w ślepe zaułki? Czy nie są najbardziej dobitnym świadectwem współczesnego kryzysu wiary?

Owszem! I piszą… Tylko słowo wiara w ich leksykonie jest „terminem nie na miejscu”, wstydliwym, archaicznym. W ich klubie nie wypada pisać o wierze, o Bogu. Członkowie tego klubu pozostawili zagadnienie Boga za sobą, w odległej już przeszłości. Ich pisma, leksyka są najpoważniejszym świadectwem kryzysu wiary, ale bodaj jeszcze większym świadectwem kryzysu współczesnego intelektu. Cóż to za intelekt, dla którego w warunkach społeczeństwa otwartego istnieją tematy tabu? Czy to nie symptom nowego „ukąszenia heglowskiego”? Następstwem poprzedniego był stalinizm, który jakże boleśnie dotknął ojców współczesnych intelektualistów, w szczególny sposób francuskich. Jakie następstwa przyniesie dzisiejsze zaobcęgowanie — dziękuję za ten zgrzytający termin mędrcowi z kirgiskich gór Czingizowi Ajtmatowowi — mózgów i języków?

Owszem, kryzys wiary jest kryzysem Kościoła, gdyż to Kościół jest depozytariuszem wiary. Ten depozyt jest Jego skarbem. Najstraszniejsze, co mogłoby ten skarb spotkać, to zakopanie go w ziemię, aż do powrotu Tego, który go nam powierzył.

„Czy kiedy powrócę, zastanę wiarę…?”

Wiara jest skarbem Kościoła, jego elementem konstruktywnym. Bez niej nie ma Kościoła. Kościół zakopujący swój największy skarb w ziemię, niewierny Chrystusowemu posłaniu: „Idźcie na cały świat, nauczając i chrzcząc wszystkie narody”, byłby Kościołem sprzeniewierzenia, karykaturą Kościoła.

Po blisko czterech latach ponownie powróciłem do lektury książki, która już przy pierwszym czytaniu mnie poraziła. Szykując się na spotkanie z Panem, ciężko chory André Frossard napisał niewielką objętościowo książkę testament: Słuchaj, Izraelu. On, jak sam o sobie przez lata pisał: nieprawy syn Narodu Wybranego, który swoją wiarę, tak jak każdy z nas, darmo otrzymał i który świadom niepojętej wyjątkowości tego daru z niego właśnie uczynił swoje fundamentalne życiowe zobowiązanie, który Stwórcę i Zbawiciela odnalazł w swoim Bracie z Nazaretu, adresatami swojego testamentu uczynił swoich braci w wierze i we krwi: chrześcijan i Żydów. Ten testament to głośne wołanie człowieka odpowiedzialnego aż po ostatnie łoże boleści i grób: wy jesteście solą ziemi! Co się stanie z ziemią, jeśli ta sól zwietrzeje? Ten testament to apel do odpowiedzialności chrześcijan i Żydów. W jednym z najważniejszych rozważań pisze jej jakże różny od wcześniej przeze mnie cytowanych, nieco od niego młodszych intelektualistów, autor:

Inni chrześcijanie, którzy od pięćdziesięciu lat odgrywają dość poważną rolę w życiu religijnym albo w tym, co z niego pozostało, uważają się za bliższych Ewangelii. I w istocie tak jest. Są bliżsi, lecz nie na tyle, by się z nią utożsamiać. Widzą oni w Kościele instytucję niedoskonałą, której naprawianie należy do nich. Potępiają jego wady, niezręczność w przechodzeniu przez, jak je nazywają, „przełomowe momenty historii”, które periodycznie wpychają go w przepaść; jego błędy w ocenie demokracji, stanu obyczajów lub systemu słonecznego; jego długotrwałą zmowę z panującą władzą, która sięga czasów Konstantyna; przy czym nie dostrzegają, że główną zasługą tego władcy jest położenie kresu boskości Cezara. Kościół nie jest już dla nich tym, czym był dla Bossueta, czyli „Jezusem Chrystusem, którego głosi się, naucza i przekazuje”. Ponad wszystko bowiem lękają się oskarżenia o prozelityzm. Kościół nie jest też już, ich zdaniem, „wzrastającą pełnią Chrystusa”, którą był on dla świętego Pawła. Marzą więc o ukształtowaniu Kościoła stosownie do ich wygody i w końcu na ich podobieństwo. Chętniej też mówią o Kościele niż o Bogu. Właśnie on, a nie Bóg stał się dla nich prawdziwym obiektem kontemplacji, co również jest pewną formą idolatrii.

Twój wyostrzony zmysł boskiej transcendencji, Izraelu, może odwieść ich od tej skłonności! Pod warunkiem, że nie pozostaniesz zamknięty w swoich synagogach i nie będziesz wstrzymywać oddechu, wchodząc do kościoła, tak jakbyś przez nieuwagę wstąpił do siedziby diabła!

Tak, Frossard również pisze o kryzysie Kościoła, jednak jakże inaczej go definiuje. Kryzys Kościoła zawsze najpierw, a może i wyłącznie jest kryzysem wiary. Przychodzi wtedy, kiedy nasza wiara zaczyna cierpieć na zaniki pamięci, kiedy ufność pokłada w sobie, kiedy w sobie i przez siebie poszukuje zbawienia, przede wszystkim zaś wtedy, kiedy się lęka.

Chrystus raz jeden bardzo wyraźnie wytknął apostołom brak wiary. Było to w Galilei. Nad jeziorem Genezaret szaleje burza. Apostołowie płyną rybacką łodzią na drugi brzeg. On umęczony śpi na dnie tej łodzi. Fale niebawem zaleją łódź, oni zaś przeżywają udrękę — tak im się przecież zdaje — Jego nieobecności. Przerażeni szarpią Go, budzą — „Panie, nie obchodzi Cię nic, że giniemy?” .

Potem gest Tego, Który nas stworzył.

Cisza.

I ten bolesny, sprawiedliwy wyrzut: „Wy, małej wiary!”.

Cisza.

Ich pokorna modlitwa albo krzyk: „Panie, przymnóż nam wiary!”.

Bóg Izraela, Bóg chrześcijan, objawił przed wiekami Mojżeszowi Swoje Imię: „Powiedz im, że posłał cię »JESTEM«”.

To znaczy zawsze JESTEM.

Nawet wtedy, kiedy zapomnicie o Mnie — JESTEM.

Nawet wtedy, kiedy wam wydawać się będzie, że łódź tonie — JESTEM.

JEGO SYN otrzymał ludzkie Imię JEZUS, po hebrajsku: JEHOSHUA — BÓG, KTÓRY ZBAWIA. ON ZBAWIA.

Nie bójmy się kryzysów Kościoła. W każdej chwili i na każdym miejscu módlmy się — wołajmy o wiarę. ON JEST. ON ZBAWIA.

Zaobcęgowanie mózgów i języków
Zdzisław Nowicki

(ur. 17 grudnia 1951 r. w Pile – zm. 6 czerwca 2006 r.) – polski dyplomata, ekonomista, senator I kadencji, ambasador RP, w latach 1992-1998 oraz 2000-2004 przebywał na placówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu, Charkowie i Astanie, publikował po polsku, rosyjsku, ukrai...