Łowcy chrztów

Łowcy chrztów

Większość opowiada o wężach, robactwie, o tropikalnym klimacie i o wzruszającej serca biedzie. Utrwalają fałszywy stereotyp misjonarza-chrzciciela, podczas gdy dzisiejszy misjonarz jest najczęściej jedynym uczciwym pracownikiem socjalnym.

Łowcy chrztów to specyficzny typ misjonarzy. Spotykam ich w odległych zakątkach Ameryki Południowej. Są to najlepsi księża, jakich znam. Można odnieść mylne wrażenie, że na misje wyjeżdża kwiat, a w kraju zostają nam w większości łodygi. (Łodyga, jak wiadomo, jest sztywniejsza niż kwiat i mniej kolorowa).

Łowca głodny

Stał wypięty zupełnie nie po księżowsku, z głową zanurzoną w zamrażarce. Z grzechotem przesuwał zawartość w poszukiwaniu czegoś stosownego na dzisiejszą kolację.

— Będziemy musieli upiec węża — zawołał spomiędzy zmrożonych brył mięsa — bo już nic innego nie mam.
— Dzisiaj piątek — rzuciłem przekornie.
— Nie szkodzi — odparł ksiądz. — To był wąż wodny, więc da się podciągnąć pod dania rybne.

W Wenezueli — a rzecz dzieje się w samym jej środku, na rozległych sawannach Los Llanos — o piątkowym poście słychać tylko z okazji Wielkiego Piątku, natomiast opisywane przeze mnie zdarzenia miały miejsce w piątek powszedni.

— Tu na Llanos — zaczął ksiądz, kładąc przede mną półmetrowy kawał anakondy — to właściwie wołowina powinna być uznana za postną. Człowiek nawet oddycha wołowiną.

Miał stuprocentową rację. Wystarczyło pociągnąć nosem, żeby się o tym przekonać— milion sztuk bydła robi swoje. Także z powietrzem.

— Więc w piątki — ciągnął, rąbiąc anakondę tasakiem — powinniśmy jeść steki, a tego węża zostawić sobie na niedzielę.

* * *

Następnego dnia zjedliśmy potrawkę z iguany (metrowej długości jaszczurka; na skali uczuć odpowiednik szczura). Wcześniej musieliśmy ją upolować. Tak jak wszystko inne przez kolejne dni tygodnia.

W niedzielę była kapibara (największy gryzoń świata — świnka morska wielkości prosięcia), w poniedziałek rosół z bocianów (takie same jak polskie, tyle że dzioby mają czarne), we wtorek kajman (kuzyn krokodyla), w środę żółwie ogrodowe, w czwartek błotne, a potem jeszcze ryby, ryby, ryby, ryby. Cokolwiek, byle uniknąć wołowiny, bo ksiądz mieszkał tu już kilka lat i miał jej serdecznie dość.

Jerzy Pecold poszedł do seminarium wprost z rzeźni miejskiej. Zanim poczuł powołanie, zachowywał się jak każdy normalny chłopak w Pasłęku — pił, palił, rwał panienki (niektóre do dziś nie mogą odżałować, że pewnego dnia przestał). Seminarium ukończył z wynikiem celującym, trochę z przekory wobec wykładowców, którzy uważali, że rzeźnik nie może być księdzem. Wkrótce potem dał dyla na misje.

— Na misjach do biskupa daleko, ale do Pana Boga tuż tuż — tak to ujął. Zresztą wszyscy misjonarze, których znam, ujmują to podobnie. Ich „wadą” w Polsce jest nadaktywność — nie mieszczą się w sutannach, w kościelnych strukturach, w rutynach, dyscyplinach, za to świetnie pasują na misje.

* * *

— Największy problem miałem, kiedy mi się zaczęli nawracać. Wyobrażasz sobie?! Misjonarz, który się boi nawróceń! Ale był powód.

Tutaj ludzie mają po dwie rodziny — jedną we wsi, a drugą na ranczo. Dwa domy, dwie żony, dwa stadka dzieci. Nawracasz takiego faceta. Chrzci się, bierzmuje, a po kilku latach prosi o ślub kościelny. Tylko z którą żoną ten ślub, skoro on ma dwie?

I co ja mam robić? Tutaj to jest norma obyczajowa, oni tak żyli, zanim przyszedł ksiądz z katolickimi przepisami o monogamii. Obie panie się znają, czasami nawet przyjaźnią, dzieci to już nawet dokładnie nie wiadomo, które z którą — jedna wielka, harmonijna rodzina.

I on mnie teraz pyta, czy ma jedną żonę porzucić? Ale w takim razie którą? I dlaczego ona ma być ukarana za jego nawrócenie? Czy Pan Bóg tego chce?

No co ja mam zrobić? Udzielić dwóch ślubów mi nie wolno. Wypiąć się na faceta też nie mogę, bo to ja go ochrzciłem. On jest niewinny — wpadł w moje sidła.

Łowca anonim

— Wierzysz w czary? — zapytałem zdumiony.
— Jak mam nie wierzyć, kiedy sam widziałem.
— Ale księdzu chyba nie wolno…
— Każdemu wolno wierzyć, szczególnie gdy zobaczy na własne oczy albo dotknie. Pismo Święte bardzo stanowczo zabrania uprawiania magii, a gdy się czegoś zabrania, to chyba dlatego, że to istnieje, no nie?
— A co konkretnie widziałeś?
— Wszystko. Ja tu mieszkam już tyle lat. To są przerażające czarne moce, chociaż nie przeczę, że przy okazji czynią wiele dobra. W tym właśnie problem. Curandero kogoś wyleczy ze śmiertelnego ukąszenia i jak ja mam potem ludziom wytłumaczyć, że to było działanie Złego? Że on to zrobił tylko po to, by ich od siebie uzależnić, a potem im od środka wyżreć dusze? Magia działa jak narkotyk — najpierw jest miło, a zaraz potem za późno.

Ale… Ale czy mnie wolno zabronić ratowania życia? Czy mnie wolno nie skorzystać z JEDYNEJ pomocy, jaką mam? Do lekarza bardzo daleko, nie zdążymy. Na moich rękach umiera dziecko… I wtedy katolicki ksiądz idzie do czarownika.

A potem nie wie, czy ma się z tego spowiadać, czy ma być dumny, że uratował życie?

Łowca wredny

Ks. Adam Kuchta, werbista, trafił do jednej z dwóch ostatnich wiosek plemienia Ache. Do tej drugiej pojechał ks. Benek Remiorz — najweselszy Ślązak świata. Dzieli ich teraz kilkaset kilometrów polnych dróg. Łączy trzeszczące radio. Pod warunkiem, że świeciło słońce i naładowało baterie.

Ginące plemię Ache zaprosiło werbistów, by im pomogli przetrwać. W tym celu Ache muszą przejść od kultury zbieracko–łowieckiej do rolniczej. Postawili tylko jeden warunek: nie będziecie nas nawracać!

Czy misjonarz może się zgodzić na taki układ? Istotą misji jest przecież nawracanie. No tak, ale zanim Indianie dorosną do chrześcijaństwa, trzeba ocalić ich człowieczeństwo.

Łowcy chrztów, którym nie wolno zarzucać sieci, bo najpierw muszą zarybić staw.

Adam mieszka sam jak palec na dzikim odludziu. Indianie oddali mu kawałek ziemi za wioską. Tam stanął niewielki drewniany domek. Na studnię zabrakło pieniędzy. Żeby mieć co pić i w czym się umyć, Adam codziennie jeździ z bukłakami po wodę do strumienia odległego o kilka kilometrów.

Za potrzebą chodzi w las. Myje się, polewając konewką zawieszoną pod sufitem ganku. Poza tym uczy, leczy, buduje, handluje i pożycza.

Indianie przychodzą bez przerwy — po paczkę soli, cukru, yerba mate, kaszy, po baterie do latarki, po kawałek blachy, sznurek… To wciąż ludzie o mentalności zbieracko–łowieckiej. Misjonarz zastąpił im las — teraz chodzą zbierać do niego.

— Grabią mnie tak, jak kiedyś „ograbiali” puszczę. Ze wszystkiego, co ta pozwoliła sobie odebrać. A z drugiej strony większość z tego, co im dasz, natychmiast trwonią.

Kiedy mówią „pożycz”, to wcale nie zamierzają oddać. W ich kulturze „pożyczyć” to tyle co podarować przedmiot, który nam nie jest potrzebny. „Pożycz” znaczy po prostu „daj”, tyle że wyrażone bardziej uprzejmie.

Dla Ache pożyczka oznacza zobowiązanie symboliczne, a nie przedmiotowe. Kto pożyczył wędkę, wcale nie odda nam tej samej wędki, tylko coś innego, co mu akurat będzie zbywać. W dodatku nie wiadomo, kiedy to zrobi. Odbywa się to na podobnej zasadzie jak sąsiadki w Polsce pożyczają sobie szczyptę soli. Nikt przecież nigdy o zwrot tej soli się nie upomina. A gdyby się upomniał, to by nas tym obraził. Za pożyczenie soli oddaje się inną przysługę.

— Moja praca misyjna to nauczyć tych Indian, czym jest mamona, po to, by nie zginęli w nowoczesnym świecie. W gruncie rzeczy ODUCZAM ich chrześcijańskiej postawy dzielenia się wszystkim ze wszystkimi. Przedtem zbierali w lesie i oddawali bliźnim, a teraz mają zacząć oszczędzać, odkładać na później, inwestować. Zamiast otwartego serca — zapobiegliwość.

A wiesz, jak ich uczę? Raz po raz odmawiam, kiedy przychodzą coś „pożyczyć”. Robię się stopniowo coraz bardziej wredny — zaczynam sprzedawać, żądać zwrotu długów. Dla ich dobra jestem zły. Pewnego dnia staną się wyrachowani i to będzie sukces misji.

Łowca ostatni

Padre Dario (ks. Darek Piwowarczyk) przygotował się do pracy z Indianami wyjątkowo starannie. Poza studiami kapłańskimi ukończył także antropologię kultury. Uważa, że zanim się kogoś zacznie nawracać, trzeba go dobrze zrozumieć. Trzeba poznać mechanizmy działania danej społeczności, jej kulturę — przede wszystkim po to, by po drodze czegoś nie zniszczyć.

— Kościół w przeszłości zniszczył bardzo wiele, teraz powinniśmy ratować, ocalać przed zagładą to, co jeszcze pozostało.

Już na misjach Padre Dario nauczył się indiańskiego języka, którym mówiło wówczas zaledwie dziewięć osób na świecie. Kiedy piszę te słowa, mówią nim już tylko dwie osoby — jedna w Waszyngtonie robi doktorat z antropologii kultury, a druga jest bardzo starą Indianką w Paragwaju, która nie ma z kim porozmawiać, bo wszyscy jej współplemieńcy pomarli. Tego plemienia już nikt nie ocali. Misjonarze nie zdążyli na czas.

Łowca wytrwały

Padre Juan Marcos — imię i nazwisko zmienił urzędowo na hiszpańskie, żeby jego parafianie nie musieli łamać języka na obcych głoskach. Od wielu lat mieszka w odległym zakątku dżungli przy granicy Peru i Ekwadoru. Nawraca Indian.

W znacznym stopniu sam stał się Indianinem — nie nosi butów, jada i pracuje, siedząc w kucki na podłodze, dom zbudował na palach, przejął też wiele innych indiańskich obyczajów. Zasiada nawet w plemiennej Radzie Starszych.

Codziennie przed świtem odprawia mszę. W samotności. Bo jak do tej pory nie udało mu się nikogo nawrócić. Mówi, że już kilkakrotnie organizował grupy przygotowawcze do pierwszej komunii świętej, ale zawsze okazywało się, że jego Indianie nie są jeszcze gotowi na przyjęcie Boga.

— Nie mam zamiaru chrzcić tak jak kiedyś, czyli za pomocą sikawki. Masowo i w ciemno to można ludziom sprzedawać nowy gatunek pomidora, ale nie religię. Ich najpierw trzeba nauczyć tylu innych rzeczy. Bardziej podstawowych. I najpierw trzeba ich ocalić jako ludzi, przed cywilizacją, która chce ich stąd wykurzyć, a dopiero potem można z nich robić chrześcijan.

W każdą niedzielę plemię schodzi się do domu zgromadzeń, pełniącego jednocześnie rolę kaplicy. Indianki z dziećmi przy piersiach siadają pod ścianami, mężczyźni i chłopcy pośrodku i modlą się wspólnie z Juanem Marcosem. Trochę z szacunku dla Pana Boga, ale bardziej z szacunku dla Padre, którego traktują jak swego patriarchę.

Juan Marcos jest największym Łowcą Chrztów, jakiego spotkałem.

Jak to? Przecież jeszcze nikogo nie nawrócił!

No właśnie, ale wciąż wytrwale próbuje. OD CZTERDZIESTU LAT! Wiecie, ile to jest CZTERDZIEŚCI LAT OCZEKIWANIA na pierwszy efekt swojej pracy?

Łowca bezwstydny

Przez kilka lat bezskutecznie próbował szczepić wiarę pośród pewnego indiańskiego plemienia, o którym się mówi, że wciąż jest „dzikie”. Regularnie przedzierał się przez dżunglę i pięknie ubrany w sutannę odprawiał msze święte we wiosce zagubionej w ostępach tropikalnej puszczy. Indianie ignorowali go wytrwale, tak jak wszystkich jego poprzedników.

Koledzy po fachu śmiali się z uporu polskiego księdza, mówiąc, że skoro wcześniej przez kilkadziesiąt lat nawracanie „dzikich” nie powiodło się Hiszpanom ani Włochom, nie powiedzie się i jemu. Zdawało im się, że jedyną skuteczną metodą chrystianizacji jest cywilizowanie.

Zabierali więc indiańskie dzieci z wiosek w dżungli i wywozili do szkoły misyjnej. Tam, w kamiennych murach, pod dachem z blachy falistej nauczali podstaw pisania, czytania i uprawy roli. Przy okazji także wszczepiali miłość do nowego Pana Boga.

Polski misjonarz uparł się robić to wszystko inaczej — nie podobało mu się, że indiańskie dzieci są zabierane z ich świata i nauczane, jak żyć w obcej sobie cywilizacji. Postanowił zanieść Chrystusa wprost pod strzechy „dzikich ludzi”. I mu się to udało! Bo zamiast narzucać własną kulturę dostosował się do lokalnego obyczaju…

* * *

Indianie, których odwiedzał, chodzą nago albo prawie nago (skąpa przepaska biodrowa, ale tylko z przodu — pupa goła). Przykrywają jedynie te miejsca, które są w ich pojęciu brzydkie i dlatego właśnie wstydliwe. Zawijają więc rany, zasłaniają ropiejące liszaje i blizny, ale nigdy nie ukrywają tego, co zdrowe. Po co mieliby to robić? Zdrowe jest przecież ładne.

Jak w takiej sytuacji postrzegali księdza ubranego od stóp do głów w sutannę? Może był według nich cały pokryty krostami, a może w ogóle o tym nie myśleli, lecz podświadomie go odrzucali jako nieczystego.

Pewnego dnia misjonarz zdjął sutannę i stanął przed całym plemieniem tak, jak przez wiele miesięcy Indianie stawali przed nim, czyli nago. I wtedy okazało się, że nie ma żadnych felerów, ba, on był piękniejszy od nich wszystkich — tak białej skóry Indianie nie widzieli przecież nigdy przedtem.

Podchodzili go oglądać, dotykać (także w miejscach, gdzie księdza dotykać absolutnie nie wypada). Wzbudził wielkie zainteresowanie i zyskał szacunek.

To, że do tej pory przybywał w sutannie, zrozumiano jako wyraz rezerwy i braku zaufania. To, że ją nagle zdjął, Indianie poczytali sobie za zaszczyt, a jednocześnie deklarację braterstwa.

* * *

Kilka dni potem ów polski ksiądz odprawił pierwszą mszę na golasa. Miał na sobie tylko stułę i indiańskie guayuco, czyli kawałek czerwonej szmatki przesłaniającej męskość. I tym razem, po raz pierwszy, Indianie go nie zignorowali — przybyli wszyscy i z szacunkiem, w zupełnej ciszy wysłuchali, jak się modli do swojego Boga.

Teraz (od tamtych wydarzeń minęło kilka lat) modlą się wspólnie. Ponadto okazało się, że nowy Pan Bóg jest tym samym Bogiem, którego Indianie znali wcześniej z opowieści przodków.

* * *

Czy msza święta odprawiona z gołą pupą jest profanacją?

Na pewno nie pośród amazońskiej puszczy — tam jest aktem niezwykłej mądrości i szacunku dla Indian. Czyli tych naszych braci, których Pan Bóg umieścił daleko poza cywilizacją majtek i biustonoszy.

Przyznaję, że kiedy tam byłem i sam z gołą pupą klęczałem w czasie Podniesienia, czułem się trochę dziwnie. Ale wokół mnie klęczeli inni, ubrani równie skąpo, i Pan Bóg chyba nie miał nam tego za złe. Mam nawet wrażenie, że się cieszył, patrząc na nas z góry.

Dlaczego więc nie podałem nazwy kraju ani plemienia, o które chodzi? Prosił mnie o to ów ksiądz. Bardzo bał się niezrozumienia i związanych z tym kłopotów — w Kościele powszechnym ciągle przeważa pogląd, że chrystianizacja ludów pierwotnych musi się łączyć z ich cywilizowaniem. Tymczasem on postanowił wniknąć w kulturę „dzikiego” plemienia i przekazać naukę o Bogu bez rujnowania świata indiańskich wierzeń i obyczajów. Był prawdziwym Łowcą Chrztów.

Łowcy zażenowani

Misje utrzymują się z datków. Łowcy Chrztów raz na trzy lata przyjeżdżają na urlop do Polski. Są wtedy zapraszani, by odprawili niedzielną mszę i opowiedzieli o misjach — co zbiorą na tacę, należy do nich. Tylko co tu opowiedzieć, żeby nie zostać źle zrozumianym? Jak ksiądz miałby publicznie przyznać, że chorych posyła do czarownika albo że popiera wielożeństwo?

— Czy ja mam ludziom powiedzieć, że my wcale nie chrzcimy, tylko uczymy uprawy roli? Czy mam im powiedzieć, że zamiast kościoła budujemy silos na soję?

Dlatego większość opowiada o wężach, robactwie, o tropikalnym klimacie i o wzruszającej serca biedzie. Utrwalają fałszywy stereotyp misjonarza–chrzciciela, podczas gdy dzisiejszy misjonarz jest najczęściej jedynym uczciwym pracownikiem socjalnym, obrońcą uciśnionych, biednych, chorych, ale wcale nie dusz, tylko ciał.

* * *

Adam Kuchta był w Polsce na wakacjach. Próbował zebrać 3200 złotych na wybudowanie studni. Nie zebrał.

— Gdyby to była wieża kościoła albo dzwon… Ale dziura w ziemi i porządny kibel… Jak ja mam uzasadnić, że właśnie to jest najważniejszy cel misyjny w mojej parafii?

Łowcy chrztów
Wojciech Cejrowski

urodzony 27 czerwca 1964 r. w Elblągu – polski dziennikarz, prezenter telewizyjny, fotograf, podróżnik, autor książek i publikacji prasowych, poszukiwacz ginących plemion Amazonii, osobowość telewizyjna, dziennikarz radiowy, artysta kabaretowy, pisarz i publicysta, satyryk,...