fot. archam jain

Nie tak dawno obchodziłem kolejne osiemnaste urodziny. Rzecz nie byłaby warta wzmianki w felietonie, gdyby nie to, że zupełnie niezależnie od siebie dwie grupy moich znajomych podarowały mi gadżety z wizerunkiem beboka. Przypadek? Choć w sumie byłym studentom – jakkolwiek myśl ta nie nastraja mnie superoptymistycznie – mogę się trochę z bebokiem kojarzyć. Mityczne to stworzenie bowiem – wyjaśniam głównie na użytek czytelników mniej obeznanych ze Śląskiem – jest szczytowym osiągnięciem dawnej śląskiej myśli pedagogicznej. Bebok nie ma innego życiowego celu, jak tylko dyscyplinowanie niesfornych pociech. Krótko i węzłowato: jeśli jakiś dzieciak wyrwał się z rodzicielskiej tuteli, żeby eksplorować zakazane tereny, to bebok już tam czyhał (w piwnicy, na strychu, w lesie albo po prostu zaraz za drzwiami w sieni), aby delikwenta zapakować do worka i obić stosownie do przewinienia. Już sama perspektywa worka i bęcków nie była przyjemna, a co dopiero myśl, że bebok chodzi z kijem i może z niego zrobić argument pedagogiczny!

W rozstawianiu beboków po świecie celowała moja babka. Pamiętam, że jeden miał przesiadywać nawet w kuchni, w kołkastli (węglarce) – co miało mnie prawdopodobnie odstraszać od wszelkich zabaw ogniem. Pamiętała czasy, kiedy to nawet całkiem małe szkraby puszczało się luzem, więc odpowiednie zarządzanie lękiem było jednym z nielicznych dostępnych sposobów chronienia dzieciaków przed skutkami zabawowej brawury. Na mn

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się