fot. Krzysztof Stępkowski

Bezkres i horyzont

Był mistrzem parzenia herbaty. Wyczarowywał jakieś mieszanki nie do odtworzenia. Piliśmy jego napary, ale najpierw wdychaliśmy. To był cały ceremoniał. Ojciec Marcin przynosił czajnik w „sweterku”, siadał, nalewał w porcelanowe filiżanki i opowiadał. Na przykład o pogrzebach… Mówiliśmy, że jest naczelnym pogrzebistą w Poznaniu. Mówiliśmy żartobliwie, ale to był jeden z jego charyzmatów. Tego dnia akurat odbył się pogrzeb szefowej cenzury w Poznaniu. Chowano ją w podmiejskiej parafii. Nowy proboszcz nie miał pewności, czy zmarłą można pochować w obrządku katolickim. Kiedy jednak zobaczył w kaplicy dominikanów, doznał objawienia. Zapytał kogoś z parafii i dowiedział się, że zmarła w każdą niedzielę była na mszy świętej. I wygłosił wtedy o niej płomienne słowa.
– I tak pochowaliśmy uroczyście kobietę, która cenzurowała Pismo Święte i literaturę religijną. Wyobraź sobie, że te wszystkie delegacje, które przyjechały z Warszawy i nie tylko, żeby wyrazić hołd zmarłej za jej wkład w rozwój Polski Ludowej i powstrzymywanie władzy kleru, porzuciły swoje wieńce, przemówienia i w zdumieniu wyjechały.
– Świetny materiał na opowiadanie…
– He, he – śmiał się ubawiony Marcin. – Tylko nie można nigdzie podać jej nazwiska.
– Tak, nazwiska to rzecz niebezpieczna… – westchnąłem. – Ojcu też Pan Bóg dał nazwisko…
– Jakie nazwisko?
– Takie pokorne.
– Jak?
– No Babraj. Wiadomo, co w polszczyźnie znaczy słowo „babrać się”…
– No wiesz… Jesteś bezczelny.
Wzburzył się, po czym zaczął się śmiać w charakterystyczny dla siebie sposób, podrzucając w górę ramiona. Cały się trząsł. Można było mu powiedzieć wszystko. Z miłością.
Kiedy wkrótce po informacji o jego śmierci zadzwoniłem do kilku wspólnych przyjaciół, każdy rozmowę rozpoczynał mniej więcej tak samo: Uśmiech i pokora…
„Błogosławieni potrafiący się śmiać z samych siebie, gdyż zawsze znajdą powód do radości” – mawiał ksiądz Tadeusz Fedorowicz.
Ojciec Marcin był błogosławiony.

Kazachstan

Andrzej – późniejszy Marcin – urodził się na Wołyniu w miasteczku Berezne. W marcu 1940 roku wywieziono go wraz z matką i dwiema siostrami do północnego Kazachstanu. Miał wówczas sześć lat.
Jechali dwa tygodnie w bydlęcych wagonach strzeżonych przez uzbrojonych krasnoarmiejców. Zamieszkał w Krasnej Polanie. Musiał walczyć o życie, zbierać na stepie krowie łajno, tzw. kiziaki, ale, jak mówił, ciężar egzystencji dźwigała jego mama i dwie siostry pracujące w kołchozie. „Cud, że przeżyliśmy”. Polskiego uczył się na Trylogii Sienkiewicza, która kursowała od chaty do chaty, pozostały z niej strzępki.
– Kiedy wracaliśmy do Polski, pozostający tam ludzie mówili, że przetrzymają najgorsze, byleby mieli księdza. Myślę, że moje powołanie – wspominał – miało tam swoje korzenie… Tęsknota za księdzem, a jednocześnie ten bezkres stepów i niebo nad nim – świątynia Boga. Pamiętam, jak ogromne wrażenie robił na mnie widok zesłanych tu Czeczenów, Inguszów – kaukaskich górali – muzułmanów, którzy rozkładali na stepie swe płaszcze, klękali i modlili się do Allacha.

*

W 1946 roku wrócili do Polski. W zrujnowanej Warszawie dowiedzieli się o śmierci ojca. Że zginął w Powstaniu Warszawskim.
– Pozostał nam Inowrocław, rodzinne miasto mojej matki, gdzie mieszkała jej jedyna siostra – opowiadał mi Marcin. – Przyjęła nas z otwartymi ramionami. Przyjechaliśmy jako kompletni żebracy. Całkowicie zawszawieni. Wszys




Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się