Widokówka z Blackpool

Widokówka z Blackpool

Oferta specjalna -25%

List do Rzymian

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Od trzech tygodni jestem w Blackpool, w Anglii. To 150–tysięczne miasto rozpościera się nad brzegiem Morza Irlandzkiego i choć lata świetności ma za sobą, to wciąż jest bardzo znanym kurortem. Świadczy o tym około 12 milionów wizyt rocznie. Goszczę w tutejszej wspólnocie jezuitów, którzy prowadzą jeden z ośmiu kościołów katolickich w mieście. Znajduje się on w samym centrum Blackpool, 200 metrów od morza, otoczony pubami i lokalami z różnymi automatami do gry. Niestety, za rok jezuitów już tutaj nie będzie. Z powodu braku powołań zostawiają dom i kościół diecezji, aby skoncentrować się na pracach uznanych za priorytetowe. Raz po raz spotykam się z nie do końca żartobliwą sugestią, że może by tak polscy jezuici objęli placówkę w Blackpool.

Przemawiałoby za tym kilka historycznych pretekstów. Na pobliskim cmentarzu znajdują się groby polskich żołnierzy. Napis na wspólnym kamieniu nagrobkowym brzmi: „Tutaj spoczywają polscy lotnicy, którzy duszę oddali Bogu, ciała brytyjskiej ziemi, a serca Polsce”. Ponadto w jezuickim kościele znajduje się płyta pamiątkowa ku czci polskich żołnierzy. Wielu z tych, którzy przeżyli, zostało właśnie w okolicach Blackpool. Był tu nawet Klub Polski. Lata mijają. Po polskich żołnierzach zostają wdowy i dzieci. Dziewczyna gotująca w jezuickiej kuchni nazywa się Kozlowska. Wie, że powinno być Kozłowska, ale skąd w Anglii wziąć „ł”?! Niekiedy po Mszy podchodzi do mnie jakaś kobieta i mówi, że jest wdową po Polaku. Tym spotkaniom sprzyja zwyczaj, zgodnie z którym kapłan, który odprawiał Mszę, nie wraca zaraz do zakrystii, ale idzie do drzwi kościoła, aby tam wymienić grzecznościowe uwagi z wiernymi. Jest to możliwe, bo kościoły katolickie w Anglii nie są tak tłumnie nawiedzane jak w Polsce. Na każdej z dwóch codziennych Mszy bywa w tutejszym kościele około 50 osób. Na pięciu niedzielnych Mszach jest w sumie około 700 wiernych. Tak jest w sezonie, kiedy nie brakuje turystów, wśród których zawsze są katolicy z Irlandii lub Szkocji.

Kiedyś udałem się do małej miejscowości koło Blackpool, by zastąpić w niedzielę księdza, który wyjechał na urlop. Po Mszy podszedł do mnie dziarski staruszek i po polsku powiedział: „Ja jestem Tad, Tadeusz, z Polski”. Zaprosił mnie do siebie na obiad. W domu skonstatował, że jego żona, Adeline, pochodząca z Republiki Południowej Afryki, jeszcze nie wróciła z anglikańskiego kościoła. Często chodziła na katolicką Mszę, ale jej anglikański proboszcz – widząc, że i tak ma niewiele owieczek w kościele – poprosił ją, by jednak uczęszczała na anglikańskie nabożeństwa. Tad nalał po szklaneczce whisky, a następnie włączył telewizję satelitarną, by znaleźć transmisję Mszy polskiej na Polonii. Wróciła Adeline. Przywitaliśmy się. Zerknęła na telewizor i oświadczyła, że bardzo lubi oglądać te Msze z Polski, bo ludzie są tak zaangażowani, śpiewają i głośno odpowiadają, i że takie właśnie Msze powinny być w Anglii, zarówno w katolickim, jak i anglikańskim kościele. Rzadko kiedy byłem tak dumny z polskiego katolicyzmu.

We wspólnocie zakonnej w Blackpool był 90–letni jezuita, niejaki Len. Poznałem go rok temu, podczas mojej pierwszej wizyty w tym mieście. Po kilku dniach Len zaprosił mnie do swego pokoju. Powiedział, że wie, iż wykładam teologię dogmatyczną, i że w związku z tym ma do mnie pytanie: „Jakie poznanie jest dostępne człowiekowi w niebie, a konkretnie, czy od razu spotka tam drogą mu osobę?”. Na tak sformułowane pytanie trudno byłoby mi odpowiedzieć po polsku, a cóż dopiero po angielsku. Znacznie więc ciekawsze od mojego teologicznego bełkotu było wyjaśnienie Lena, dlaczego takie właśnie pytania chodzą mu po głowie. Otóż okazało się, że Len wychował się w rodzinie anglikańskiej, został inżynierem, dobrze zarabiał, a najważniejsze – poznał kobietę, którą bardzo pokochał. Planowali małżeństwo. Niestety, narzeczona zachorowała na raka. Choroba okazała się śmiertelna. Po kilku latach od śmierci ukochanej Len uznał, że powinien przejść do Kościoła katolickiego. Co więcej, postanowił zostać kapłanem jezuitą. Tak też się stało. Pracował duszpastersko przez wiele lat. Na jego biurku zawsze jednak stało zdjęcie zmarłej narzeczonej. I teraz w wieku lat 90 był ciekaw, czy spotka ją zaraz po swej śmierci. Dwa dni po naszej rozmowie Len poczuł się słabo. Zabrano go do szpitala. Odwiedziłem go nazajutrz. Leżał w łóżku, ale twierdził, że czuje się całkiem dobrze. Kiedy następnego dnia wraz z miejscowym przełożonym jezuitów znów pojechałem do szpitala, powiedziano nam, że ojciec Len umarł. Znałem go dopiero od tygodnia, ale bardzo przeżyłem tę śmierć; nie jako stratę bliskiej osoby, ale w sensie metafizycznego doświadczenia rzeczywistości spraw ostatecznych. W tym roku, stojąc nad grobem Lena, pomyślałem, że na pewno spotkał już swoją ukochaną narzeczoną.

Czas już kończyć ten felieton. Za chwilę wychodzę bowiem ze współbratem do miejscowego, bardzo znanego cyrku. Nie musimy płacić za bilety, bo ów jezuita od lat jest cyrkowym kapelanem. Oby nas tylko klaun nie zaczepiał!

Widokówka z Blackpool
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....