Czym jeździłby Jezus?

Czym jeździłby Jezus?

, 0 recenzji

Nawiedzeni ekolodzy odnoszą się z chorobliwą wrogością do wszystkiego, co pachnie techniką. To znaczy: są zwykle gorącymi propagatorami rozwiązań technicznych, które akurat teraz nie są stosowane. Gdy jednak jakaś technologia się upowszechni, staje się celem ataków.

Na przykład, gdy chodziłem do szkoły, uczono mnie, że energia wodna to „biały węgiel”. Czysta, nie zatruwa powietrza, nieszkodliwa dla środowiska. „Dlaczego Polska nie rozwija energetyki wodnej!?” – grzmieli w tamtych czasach działacze. Potem się zmieniło, Zieloni w swoich broszurkach dostali instrukcje, że zapory wodne zmieniają klimat, zabijają ryby i coś tam jeszcze i dlatego są be. Przyszła moda na elektrownie wiatrowe. Wiatraki nagle stały się technologią przyszłości. Pod naciskiem ekologów zaczęto budować siłownie wiatrowe – i zaczynamy obserwować to, co nastąpić musi – powoli siłownie wiatrowe zaczynają wypadać z łask. Buduje się je bowiem na tam, gdzie wieje wiatr, czyli na brzegu morza, szczytach gór i nadmorskich klifach. Czytałem artykuł z „The Wall Street Journal” o perypetiach związanych z budową elektrowni wiatrowych w Nantucket Sound w Nowej Anglii. Zieloni zwalczają projekt, bo szpeci krajobraz. W dodatku o siłownie wiatrowe będą się rozbijać się ptaki albo samoloty. Zaraz też znaleźli się uczeni eksperci, którzy udowodnili naukowo, że generatory będą wibrować i te wibracje będą powodować wibracje gruntu, co będzie przeszkadzać fokom i delfinom w rozmnażaniu się. Nie mówiąc już o tym, że śmigło takiego wiatraka może się urwać i uderzyć ekologa w łeb. „Elektrownie wiatrowe to katastrofa, która tylko czeka!” – wołają dzisiaj działacze z International Wildlife Coalition, Ocean Conservancy, Humane Society i innych podobnych grup.

Dzisiaj modne są baterie słoneczne, w których ekolodzy widzą przyszłość. Pewnie mają rację – ale wiem o czymś, o czym Zieloni nie wiedzą. Słońce świeci w dzień, a nie w nocy. Oznacza to, że energię słoneczną trzeba magazynować. Oczywiście, wiem też, że ludzie sobie z tym poradzą – wynajdą jakieś superekonomiczne akumulatory, które będą się ładować w ciągu dnia, aby można było z nich korzystać w nocy. Tylko, że okaże się, iż akumulatory te będą zawierały bardzo dużo bardzo nieprzyjemnych substancji – rtęć, kadm, ołów, elektrolity i nie wiadomo, co jeszcze. Gdy okaże się, że każdy dom musi mieć w piwnicy sporą baterię, to nagle pojawi się problem, którego dziś nie ma – co robić ze starymi akumulatorami. Albo okaże się, że na skutek awarii do gleby przenikają chemikalia. I zobaczymy wtedy Zielonych przykuwających się łańcuchami do ogrodzenia na placach budowy elektrowni słonecznych: „Po naszym trupie!”, „Żadnej zatruwającej środowisko elektrowni słonecznej na naszym osiedlu!”. Tak będzie. Proszę wspomnieć moje słowa.

Na razie to przyszłość, tak jak na razie przyszłością są samochody napędzane wodorem. Tak, tak, przyjdzie dzień, gdy dzisiejszy silnik spalinowy zostanie zastąpiony silnikiem napędzanym wodorem wytwarzającym elektryczność w procesie odwrotnej elektrolizy, wydzielającym zamiast spalin parę wodną. Dzisiaj Zieloni są gorącymi zwolennikami samochodów wodorowych, nie przejmując się tym, że technika ciągle jeszcze nie nadaje się do zastosowania komercyjnego. Proszę się nie martwić. Dożyjemy dnia, w którym samochody wodorowe będą normą. Wtedy Zieloni zaczną je zwalczać.

Na razie Zieloni ograniczają się do zwalczania zwykłych samochodów, specjalną zaciekłość kierując przeciwko wozom sportowoterenowym – SUV. Z pozoru chodzi im o to, że te samochody palą więcej benzyny, przez co szkodzą środowisku. Jest to jednak zawracanie głowy. Naprawdę chodzi o zawiść: SUV są droższe i stanowią dla wielu właścicieli swoisty symbol statusu.

Ludzie dzielą się na dwie klasy: takich, których na SUV stać, i takich, których nie stać. Właściciel SUV to przedstawiciel amerykańskiej klasy ciut powyżej średniej, człowiek, który się już czegoś w życiu dorobił i dlatego ceni sobie trochę luksusu, który daje posiadanie dobrego wozu.

Z kolei ludzie, których na SUV nie stać, dzielą się na trzy podgrupy: na takich, którzy zaczynają pracować na trzech etatach, aby przejść do klasy ludzi, których na SUV stać. Na takich, którym SUV jest niepotrzebny. Te dwie grupy stanowią większość tych, którzy SUV nie posiadają. Jest jeszcze jedna, niewielka, ale hałaśliwa grupa złożona z gołodupców, których nie stać i którzy z tego powodu chętnie zakazaliby posiadania SUV wszystkim innym, aby było sprawiedliwie. Zieloni na ogół należą do tej właśnie grupy.

Kampania przeciwko SUV osiągnęła ostatnio nowe dno, gdy ekolodzy – zazwyczaj w sprawach religijnych albo obojętni, albo wręcz wobec religii wrodzy – rzucili hasło: „Czym jeździłby Jezus?”. Chodzi im o to, że SUV zatruwają środowisko, a to jest w zielonej biblii grzech śmiertelny.

„Czym jeździłby Jezus” to dobre pytanie, więc warto się nad nim zastanowić. Po krótkim namyśle musimy dojść do wniosku, że odpowiedź może być tylko jedna: Jezus jeździłby SUV. I to z kilku powodów.

Po pierwsze, Jezus urodził się w Palestynie, kraju raczej pustynnym. Dobrych dróg tam nie było, więc gdyby miał używać samochodu, to raczej nie byłby to fiat czy volkswagen ani nawet rolls–royce, bo daleko by nimi nie ujechał. Musiałby to być wóz terenowy z napędem na cztery koła.

Po drugie, klimat Palestyny sprawia, że Jego wóz musiałby mieć klimatyzację i przyciemnione szyby. Otwierana klapa w dachu też by się przydała.

Po trzecie, jako cieśla Jezus pewnie musiałby wozić czasem deski czy belki. Nie powinien to więc być samochód osobowy, lecz wagon.

Po czwarte, żydzi w Palestynie musieli kilka razu do roku udawać się na pielgrzymkę do Jerozolimy. Oczywiście było to uciążliwe, dobrze więc byłoby mieć samochód, w którym zamieściłoby się jak najwięcej osób. Z tego powodu Jezus na pewno nie jeździłby maluchem, tylko czymś większym, by móc dokonywać uczynków miłosierdzia, podwożąc sąsiadów.

Po piąte, Bliski Wschód obfituje w ropę. Wprawdzie w samej Palestynie jej nie ma, ale w okolicznych krajach jest. Oszczędność paliwa nie byłaby czymś istotnym przy wyborze samochodu. Natomiast duże zużycie paliwa sprawia, że właściciel SUV płaci stosunkowo dużo podatków wliczonych w cenę benzyny. Trzeba pamiętać, że cena benzyny to w zasadzie tylko podatek – koszty produkcji są znikome! To oznacza, że państwo na właścicielach SUV zarabia więcej niż na rowerzystach, dzięki czemu ma więcej pieniędzy na opiekę społeczną. Pamiętajmy: szeroko rozumiana opieka społeczna, emerytury, zdrowie itp. pochłania większość budżetu! Jeżdżąc SUV, Jezus łączyłby przyjemne z pożytecznym.

I wreszcie ostatnie i najważniejsze, dekalog mówi: „Nie będziesz używał imienia Boga do czczych celów”, czyli między innymi: nie będziesz używał argumentów religijnych do osiągnięcia celów niemających nic wspólnego z religią. Walka z SUV stanowi przejaw zawiści względem ludzi trochę bogatszych, dlatego nie będziesz używał argumentu: „Czym jeździłby Jezus”, aby podjudzać ludzi do walki klasowej. Tym bardziej że napisano: „Nie będziesz pożądał wielbłąda sąsiada swego ani żadnej rzeczy, która jego jest, w tym jego SUV”.

Z tego powodu Jezus ostentacyjnie jeździłby SUV, aby zademonstrować nawiedzonym ekologom, co sądzi o wycieraniu sobie gęby Jego imieniem.

Czym jeździłby Jezus?
Tomasz Włodek

urodzony w 1965 r. – pracownik naukowy, przebywa w USA, publikował w miesięczniku „W drodze” oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju. Autor cyklu felietonów pt....